Rozdział 6
Punkt widzenia: Amayra
Jego niebieskie oczy były głęboko wyryte w mojej pamięci. Za każdym razem, gdy w nie patrzyłam, serce mi stawało.
A potem uśmiechał się, ilekroć na mnie spojrzał. To było coś w rodzaju cichego porozumienia między nami albo jakiejś umowy. Nie wiem. Ale nawet po tylu spotkaniach nigdy nie rozmawialiśmy, nawet nie znamy swoich imion.
Zbliżała się impreza dla pierwszorocznych i byłam podekscytowana. Zawsze zajmowałam się dekoracjami sceny i koordynowałam je z występami.
Nie ciągnęło mnie do występowania — bardziej do koordynacji, a właściwie do pracy za kulisami.
Pewnego poranka poszłam więc do pani Marwaha, która odpowiadała za tę imprezę, i z radością przydzieliła mi obowiązki związane ze sceną.
— Amayra, jeśli będziesz miała jakiś problem i będziesz potrzebowała pomocy, możesz poprosić Karana i jego przyjaciół — powiedziała mi pani Marwaha.
— Kto to Karan? — zapytałam zdezorientowana.
Pani Marwaha rozejrzała się i w końcu wskazała palcem w jednym kierunku.
— Tam, ci trzej chłopcy, którzy idą w stronę głównej bramy. Ten pośrodku to Karan. Możesz do niego podejść i poprosić go o pomoc. — Powiedziała to i zajęła się swoją pracą.
Zastygłam w miejscu. Czy to nie ten „Niebieskooki”? Ma na imię Karan. Uśmiechnęłam się w duchu, kiedy poznałam jego imię.
Ale nagle otrząsnęłam się z myśli, gdy zobaczyłam, że zbliża się do bramy. Pobiegłam w jego stronę, nie myśląc o niczym.
— Przepraszam — spróbowałam go zatrzymać, a on to zrobił, odwracając się.
„Boże!!!!” Oddychałam ciężko po tym szybkim biegu. „Co on sobie o mnie pomyśli”. W myślach przeklęłam się tysiąc razy.
Odchrząknęłam i przedstawiłam się.
— Cześć. — Uśmiechnęłam się. Oby nie pokazałam wszystkich zębów. Byłoby jeszcze bardziej żenująco.
— Witaj. — Odezwał się. Jego głos był niski i magnetyczny.
— Jesteś Karan? — zapytałam najgłupszym pytaniem roku. Brawo, Amayra. Po co pytasz, skoro możesz po prostu potwierdzić… albo może zapytanie to był dobry wybór. ARGGHHH, rozmawiam z nim dopiero dziesięć sekund, a już tracę rozum.
— Tak. — Zmarszczył brwi. Pewnie pomyślał, jaka jestem tępa. Chciało mi się płakać.
— Super, mam na imię Amayra. — Przedstawiłam się, wyciągając dłoń do uścisku.
Uścisnął mi rękę. Miał silną dłoń, trochę szorstką. Może ćwiczy albo podnosi ciężary.
— Impreza dla pierwszorocznych jest za tydzień i jestem koordynatorką sceny. Potrzebuję pomocy przy dekorowaniu scen zgodnie z występami, a pani Marwaha zasugerowała ciebie i twoich przyjaciół.
Zatrzymałam się na chwilę, żeby złapać oddech.
Potem, po krótkim czasie, zapytałam go:
— Pomożesz mi, proszę?
Jeśli nie chcesz pomagać, możesz mi powiedzieć teraz. Poradzę sobie.
— Pomożemy. — powiedział natychmiast. Wow, to ulga. Podziękowałam, a potem wymieniliśmy się numerami, żeby łatwiej się kontaktować.
Opowiedziałam Mayrze i Shruti o tym spotkaniu. Jak można było się spodziewać, były bardziej niż podekscytowane.
Rozmawiałyśmy i śmiałyśmy się, aż padłyśmy ze zmęczenia.
Następnego dnia przygotowałam się i zrobiłam lekki makijaż, bo miałam dziś spotkać się z Karanem. I nie chciałam, żeby pomyślał o mnie coś złego.
Dotarłam do audytorium, żeby zameldować się pani Marwaha. Kiedy do niej podeszłam, wyglądała na zmartwioną i w jakiś sposób winną.
— Co się stało, proszę pani? — zapytałam.
Uśmiechnęła się lekko i delikatnie ścisnęła mnie za ramię. — Amayra, wiem, że jesteś utalentowaną dziewczyną i… — trajkotała. Od razu wiedziałam, że coś jest nie tak.
Zapytałam więc wprost:
— Proszę pani, proszę mi powiedzieć jasno, o co chodzi.
Pani Marwaha wypuściła długi oddech, zanim otworzyła usta. — Amayra, Monica chce cię zastąpić w koordynacji sceny. Powiedziałam jej, żeby robiła to razem z tobą, ale odmówiła.
I wiesz, kim ona jest. Nawet dyrektor nie ma tu nic do powiedzenia. Więc musimy cię od tego odsunąć.
Potem spojrzała na mnie i dodała przepraszająco:
— Mam nadzieję, że zrozumiesz?
Monica!!! Znowu.
Nie wiem, jaki ona ma ze mną problem. Przecież chodziłyśmy do tej samej szkoły i od tamtej pory zawsze próbowała mnie ograniczać. Co ja jej kiedykolwiek zrobiłam?
Ale ja zawsze ją ignorowałam, bo nigdy nie chciałam dać jej tej satysfakcji, wdając się z nią w kłótnię. Niech sobie robi, co chce, z tymi swoimi sztucznymi pośladkami.
Mimo to bolało, kiedy nie możesz robić tego, co najbardziej lubisz. Więc po prostu uśmiechnęłam się i skinęłam ze zrozumieniem głową.
Pani spojrzała na mnie i obdarzyła mnie pokrzepiającym uśmiechem, kładąc lewą dłoń na moim prawym policzku.
Kiedy wyszłam przed audytorium, nie potrafiłam już się uśmiechać. Czułam się trochę przybita. Wtedy usłyszałam jego głos.
Zastąpił mi drogę. — Amayra, hej. Wszystko w porządku?
Spojrzałam na niego.
— Właśnie miałem do ciebie zadzwonić, żeby się dowiedzieć… — Nie pozwoliłam mu dokończyć.
— Już nie koordynuję sceny. Jeśli chcesz o coś zapytać, możesz zapytać panią Marwahę albo Monikę — powiedziałam i odeszłam gwałtownie.
Bo nie chciałam, żeby zobaczył moją smutną twarz. Jak mogłam pozwolić, żeby zobaczył moją smutną twarz ktoś, na kim chciałam zrobić wrażenie?
Zadzwoniłam więc do moich przyjaciółek, które siedziały przed biblioteką. Poszłam do nich i wszystko im opowiedziałam.
Wiedziały co nieco o Monice. Zaczęły ją przeklinać, bo była ich odwiecznym wrogiem.
A sposób, w jaki Mayra o niej mówiła, był trochę zabawny i we trzy zaczęłyśmy się śmiać.
Śmiałam się, kiedy znowu usłyszałam jego głos.
— Hej!! Jestem Karan. Pamiętasz tego gościa, którego prosiłaś o pomoc. — Podrapał się po głowie.
Chyba poczuł się niezręcznie. Cóż, jakby nie było, śmiałam się dość głośno.
AARRGH!! Boże, czemu, czemu?? Zawsze, kiedy robię coś niezręcznego, on musi tam być, albo robię te wszystkie rzeczy wtedy, kiedy on jest obok.
— Mogę dołączyć? — zapytał, a ja spojrzałam na niego, potem na moje przyjaciółki.
Obie skinęły głowami, więc on i jego koledzy usiedli obok nas i się przedstawili.
Jego przyjaciele mieli na imię Danish i Raunak. I mieszkali w swoich mieszkaniach.
Rozmawialiśmy przez jakiś czas. Potem Poorvi i Mayra poszły do akademika, Danish i Raunak też wyszli.
A ja i Karan siedzieliśmy sami na schodach i rozmawialiśmy dalej, bo nie chciałam jeszcze wracać do akademika.
Odprowadził mnie do mojego dormu. Już miałam otworzyć drzwi do pokoju, kiedy poczułam go blisko siebie i moje serce zaczęło bić szybciej.
Odwróciłam się do niego i spojrzałam w jego niebieskie tęczówki.
Nie wiem, kiedy zmniejszyliśmy dystans między nami — a jego usta znalazły się na moich. To był mój pierwszy pocałunek, więc nie wiedziałam, co robić.
Jedną dłonią ujął moją twarz, drugą objął mnie w talii i przyciągnął jeszcze bliżej do swojego ciała. Jego ciało promieniowało ciepłem, a ja się w nim rozpływałam.
Był ode mnie o stopę wyższy. Więc kiedy go całowałam, stałam na palcach, a moje ramiona oplotły jego szyję. Zrobiłam to, co podpowiadał mi mózg — a to była odpowiedź.
Wiedziałam, że kiedy go całuję, budzę między nami huragan. Nigdy wcześniej nie byłam całowana i nie wiem, czemu go pocałowałam. To było tak, jakby — gdybym go nie pocałowała — mogłabym umrzeć. W tamtej chwili był dla mnie jak tlen.
Moje ręce były na jego szyi, a on owinął ramię wokół mojej talii, jakbym była kruchą laleczką, którą trzeba ostrożnie się opiekować. Gdy obejmował moją twarz, było tak, jakby nie patrzył na moją wrażliwość, tylko rzucał wyzwanie mojej wewnętrznej sile — a przygryzienie mojej wargi było tego początkiem.
Jęknęłam, kiedy przygryzł, wsunął język do moich ust i pocałował mnie mocniej. Byliśmy w naszym świecie, gdy nagle Mayra otworzyła drzwi od środka.
Spojrzała na nas, ale wiedziałam, że była w szoku, widząc, jak się całujemy, i że kiedy Karan sobie pójdzie, wyleci z lawiną pytań.
Spojrzałam na Karana. Był trochę spięty. Popatrzył na mnie i uśmiechnął się. — Pa, do jutra — powiedział zachrypniętym głosem.
Weszłam do pokoju i rozejrzałam się. Kiedy się odwróciłam, Mayra złapała mnie za ramię i niemal zaciągnęła do naszych sypialni.
— No... i jak było?? — zapytała, prawie rzucając mnie na łóżko.
Uśmiechałam się jak idiotka. Szeroki uśmiech na mojej twarzy dawał im wszystkie odpowiedzi na ich pytania.
— Było cudownie... chyba — próbowałam przestać się uśmiechać. — Było idealnie — powiedziałam, ściskając poduszkę, którą trzymałam pod rękami.
Obie piszczały z ekscytacji.
