Królowa wśród ciemności: Rozdział czwarty - Izolda
– Isolde? Isolde, obudź się – słyszę czyjś szept. Powoli otwieram oczy i daję sobie chwilę, by rozmazana postać po mojej lewej nabrała ostrości. To Alfa Jasper, a w dłoni trzyma coś, co świeci. – To tak ma wyglądać? – pyta.
Wzrok wreszcie mi się wyostrza i widzę, że w jego ręce jasno jarzy się wisiorek. Uśmiecham się i kiwam głową. – Jak długo trzymałeś go na słońcu?
– Kilka godzin. Wyglądałaś, jakbyś potrzebowała odpoczynku, a ludzie byli zajęci – mówi z obrzydzeniem na twarzy. Mogę się domyślić, czym byli zajęci. – To co mam teraz zrobić?
– Jeśli jesteś gotów się stąd wydostać, odsuń się i rzuć nim w kraty. Musimy działać szybko, bo ześlą tu armię, żeby nas zatrzymać, a każdy będzie miał przy sobie wszystko, czego potrzebuje, żeby nas zabić – ostrzegam go.
– Huk i w nogi. Jasne. – Podnosi się i wciska plecami w ścianę celi, a ja z trudem staję na nogi, podpierając się ceglaną ścianą za sobą. Jasper nabiera głęboko powietrza i ciska wisiorkiem w dolną część krat w swojej celi, a w chwili, gdy wisiorek roztrzaskuje się na kawałki, jesteśmy zmuszeni zasłonić się, bo kraty eksplodują z potworną siłą. Kaszlę i machnięciem ręki odganiam pył i odłamki, które wypełniają teraz powietrze, kiedy wokół nas zaczynają wyć alarmy. – Ile ty w sobie masz mocy? – pyta, patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami.
Uśmiecham się. – A to nawet nie jest moja pełna siła.
– Dobrze, że jestem po twojej dobrej stronie – mówi, wychodząc ze swojej celi i podchodząc do mojej. Kilka razy szarpie, ale w końcu udaje mu się wyrwać bramę z mojej celi. Gdyby był w pełni sił, zrobiłby to bez wysiłku; jedyny powód, dla którego teraz w ogóle mógł, to fakt, że wybuch osłabił kraty.
Jasper wchodzi do mojej celi i ostrożnie obejmuje mnie ramieniem, pozwalając mi oprzeć na nim ciężar, po czym wyprowadza mnie na zewnątrz. Słyszę wołania o pomoc innych więźniów i wiem, że nie mogę ich tu zostawić.
– Musimy ich stąd wydostać, ale nie jestem wystarczająco silna.
– Czy makkares potrafią wchłonąć energię kogoś innego? – pyta.
Marszczę brwi ze zdziwienia. – Teoretycznie tak, ale—
– To weź trochę mojej. Nie siedziałem tam na tyle długo, żeby wyssało ze mnie całą energię, a lupina już zdążyła się z mojego organizmu wydostać. To niewiele, ale energia Alfy powinna dać ci dość magii, żeby wyciągnąć tych ludzi stąd – sugeruje.
Uśmiecham się do niego. – Teraz rozumiem, czemu jesteś Alfą. Na pewno tego chcesz? Masz niewiele. Musiałabym zabrać prawie wszystko, co masz, żeby dać sobie dość kopa, żebyśmy się stąd wydostali – ostrzegam.
– Strażnicy będą tu lada sekunda. Jeśli to oznacza, że wszyscy wrócimy do domu, to bierz każdą pieprzoną ostatnią kroplę – mówi z mocnym przekonaniem.
Wzruszam ramionami. — Nie mów, że cię nie ostrzegałam.
Kładę dłoń na jego sercu i pod palcami czuję Znak Alfy. Sięgam po tę maleńką iskierkę magii w sobie, która z trudem próbuje utrzymać się przy życiu. Przywołuję ją i wyciągam rękę ku energii w Jasperze. Jest ciepła i sprawia, że na języku czuję posmak pianek marshmallow. Kiedy wciągam ją w siebie, czuję, jak iskierka magii we mnie nabiera mocy. Czuję, jak moje oczy zaczynają się zmieniać w obsydianowe sadzawki o srebrnych źrenicach, a im więcej energii z niego wyciągam, tym bardziej moje ciało zaczyna jarzyć się fioletowym światłem. Jasper dyszy i wkrótce osuwa się na kolana.
Chcę cofnąć rękę, ale on przytrzymuje ją na miejscu. — Mówiłem: co do ostatniej kropli — sapie przez zaciśnięte zęby. Skupiam się mocniej, gdy słyszę odgłosy zbliżających się strażników. Biorę tyle, ile potrzebuję — aż czuję się na tyle silna, by zrobić to, co trzeba. Jasper ledwo jest w stanie utrzymać głowę, ale nic mu nie będzie.
Delikatnie ujmuję jego policzek. — Gdybym wzięła choć trochę więcej, byłbyś martwy.
W tej samej chwili widzę, jak jedenastu uzbrojonych strażników wpada pędem do lochu i już ma zamiar wycelować broń w naszą stronę, ale to ja jestem szybsza. Podnoszę rękę w ich kierunku, ciskając w nich rozbłysk jaskrawofioletowej energii; wszystkich odrzuca do tyłu, z hukiem uderzają o ściany i kraty, po czym padają na ziemię nieprzytomni.
— Odkąd tu trafiłam, marzyłam, żeby to zrobić — uśmiecham się. Spoglądam na oba końce korytarza i jednym ruchem dłoni sprawiam, że każde drzwi celi odblokowują się i otwierają. Formuję w dłoni małą kulę fioletowej energii i rzucam ją na drugi koniec korytarza, wybijając dziurę w ceglanej ścianie. — Panie i panowie, dziękujemy za podróż liniami air makkari. Wyjście znajdą państwo w ziejącej dziurze za mną. Proszę opuszczać pokład w sposób uporządkowany, ale jak najszybciej, żebyśmy wszyscy mogli się stąd, kurwa, wynieść — mówię radośnie.
Jeden po drugim, poranieni ludzie wychodzą z cel, wspierają się nawzajem i kierują korytarzem do wyłomu, który zrobiłam. Z ogromnym trudem pochylam się, zarzucam sobie ramię Jaspera i pomagam mu wstać. — No chodź. Nie wyjdę stąd bez osoby, po którą przyszłam. — Choć sprawia mi to potworny ból, wyprowadzam Jaspera z lochu, tam gdzie wszyscy czekają na trawie na zewnątrz. Słońce praży nas z góry, a ja nabieram go w płuca, pozwalając, by jego promienie mnie uzupełniły i podtrzymały. Makkares potrafią czerpać magię ze słońca, największego źródła światła i energii w naszym Układzie Słonecznym — a ja jestem mu teraz naprawdę wdzięczna.
— Co teraz robimy? — pyta mnie kobieta o krwistoczerwonych oczach.
— Chcę, żebyście wszyscy pomyśleli o swoich domach. Skupcie się na nich najmocniej, jak potraficie — instruuję.
Biorę głęboki oddech i wypycham swoją magię w stronę każdego z nich, szukając miejsc, do których wołają ich serca. Gdy tylko dostatecznie mocno uchwycę te lokalizacje, przywołuję portale za każdym z nich i natychmiast czuję, jak moja magia zaczyna przygasać. Nawet ze słońcem i zastrzykiem energii od Alfy Jaspera to za mało. Spalam ją zbyt szybko; moje ciało wciąż jest zbyt osłabione przez całe to gówno, które we mnie wpakowali i którym wypełnili moją celę. Nie wiem, jak długo jeszcze dam radę to ciągnąć, zanim całkiem się wypalę.
— Wszystko w porządku? — pyta Jasper.
Kiwam głową. — Otworzyłam dla was wszystkich portale. Przejdźcie przez nie teraz i nie oglądajcie się za siebie — instruuję. Niektórzy śpiewają podziękowania, zanim przejdą przez swoje portale, inni po prostu wskakują w nie od razu, zdesperowani, by uciec z tego piekła i wrócić do domów. Nie dziwię im się.
— Nie wiem, jak ci dziękować — mówi Jasper słabo.
— Pomogłeś mi tak samo, jak ja pomogłam tobie, a teraz idź. Nadchodzą kolejni strażnicy, a ja mogę nie zdołać ich powstrzymać.
Bierze moją dłoń i ściska ją. — Dopilnuję, żeby wszyscy wiedzieli, co zrobiłaś.
Natychmiast przeszywa mnie strach. — Nie! Mów ludziom, co chcesz, ale nie możesz powiedzieć, że to ja.
— Ludzie muszą znać prawdę. Muszą wiedzieć, że nie jesteś potworem, za jakiego cię wykreowano — spiera się.
— Jeśli to zrobisz, namalujesz sobie cel na plecach. Ludzie, którzy znają prawdę, nie żyją długo, uwierz mi. Masz rodzinę i watahę, które cię potrzebują, nie bądź idiotą — ostrzegam go.
Patrzy na mnie, z twarzą rozdartego człowieka. — Nigdy nie zapomnę, co dla nas zrobiłaś. Jeśli kiedykolwiek przyjdzie taki moment, że będziesz czegoś potrzebować, pamiętaj, że możesz przyjść do mnie — mówi z najczystszą szczerością.
Uśmiecham się i ściskam jego dłoń. — A ja nie zapomnę dobroci, którą mi okazałeś. A teraz idź do swoich bliskich i postaraj się nie dać znowu złapać.
Śmieje się. — Dobra rada. — Z ciepłym uśmiechem przechodzi przez portal obok siebie i znika. Biorę głęboki oddech, czując, jak uchodzi ze mnie siła. Jednym gestem dłoni zamykam wszystkie portale i skupiam się na stworzeniu jeszcze jednego — dla siebie. Gdy powietrze przede mną faluje, dając znak, że portal jest otwarty, mam już zrobić krok, kiedy coś zatrzymuje mnie w miejscu.
— Ani kurwa drgnij — ostrzega miękki, ale stanowczy meksykański głos.
Postanawiając nie słuchać ostrzeżenia, powoli się odwracam, tylko po to, by znieruchomieć. Zaledwie kilka stóp ode mnie stoi przepiękna, opalona bogini — około metr siedemdziesiąt — i celuje we mnie z pistoletu. Powinnam skupić się na broni, ale moje głupie oczy bardziej chcą chłonąć widok jej samej. Ma długie, miodowobrązowe włosy i miodowobrązowe oczy, które mierzą mnie spojrzeniem drapieżnika obserwującego swoją ofiarę. Ma na sobie obcisły czarny skórzany gorset z długimi, koronkowymi rękawami w kształcie dzwonów. Gorset jest dość krótki, odsłania bardzo wyrzeźbiony brzuch i pełny biust. Jej krągły tyłek podkreślają czarne skórzane spodnie z niskim stanem, a jeszcze bardziej uwydatniają go czarne skórzane, sięgające kolan kozaki na wysokim obcasie.
Jakby to wszystko nie było wystarczającym powodem, żeby się w nią wpatrywać, największym jest to, że biją od niej jasne fale miedzianej energii, promieniujące jak gigantyczny neonowy znak. Te fale przemawiają do każdego nerwu w moim ciele i już czuję, jak moja energia zaczyna dostawać lekkiego kopa od samej jej obecności.
Chyba sobie, kurwa, żartujesz.
To jest ten moment w każdej powieści romantycznej, kiedy ktoś na moim miejscu opisywałby drganie ziemi albo rzuciłby jakimś banałem w stylu: „Znalazłem światło w mojej ciemności”. Pff. Nie, ja właśnie znalazłem więcej ciemności w mojej ciemności. Po tych wszystkich stuleciach wreszcie znajduję swoją animai, ale jak zwykle, kurwa, nic w moim życiu nie może pójść dobrze. Moja animai musi być pieprzoną venatrix i jedną z osób odpowiedzialnych za moje schwytanie i tortury. Po prostu, kurwa, wspaniale. Moja animai w tej chwili celuje we mnie z broni. Co ja takiego zrobiłem, że ściągnąłem na swoje życie tyle gówna? To musi być pomyłka, nie mogę zaakceptować zabójczyni jako animai — co, kurwa, myśli Bogini? Jak mówią, mieux vaut être seul que mal accompagné.
— Słuchaj, naprawdę nie chcę cię skrzywdzić, ale odejdę tak czy inaczej — mówię spokojnie. Choć jest venatrix, sama myśl o tym, by choć odrobinę zrobić jej krzywdę, sprawia, że serce zaciska mi się z bólu. Głupia więź animai.
— Musisz być szalony, jeśli myślisz, że po prostu pozwolę ci sobie odejść — mówi pewnie.
— To mnie zastrzel — mówię, i jestem w szoku, widząc, że się waha. Wtedy do głowy wpada mi myśl. — Nawet nie musiałaś ostrzegać mnie, że stoisz za mną. Mogłaś po prostu spróbować mnie zabić i mieć to z głowy. Czemu tego nie zrobiłaś? — pytam z ciekawością.
Podchodzi bliżej, wciąż trzymając broń twardo wycelowaną w moją stronę. — Nie chciałam ryzykować zmarnowania naboju. Poza tym chciałabym wiedzieć, jak zdołałeś się wydostać, skoro to powinno być niemożliwe.
Uważnie ją obserwuję. Czy… czy to możliwe, że ona też czuje tę więź? Wiem, że ludzie są przeznaczani istotom nadnaturalnym bez przerwy, ale nie do końca wiem, jak to jest z ich perspektywy. Czy ona waha się dlatego, że więź każe jej się wahać?
— Nie sądzę, żebyś naprawdę chciała do mnie strzelić, i nie sądzę, żebyś w ogóle wiedziała dlaczego. Więc oto, co się wydarzy: odejdę, a my możemy udawać, że to się nigdy nie stało — mówię jej.
— Zrób choć jeden krok, a cię zastrzelę — grozi.
— To zobaczymy, które z nas ma rację — mówię, odwracam się i przechodzę przez portal. Jestem w połowie drogi, kiedy czuję, jak spada na mnie ciężar, przygniatając mnie i niosąc ze sobą impulsy elektryczności statycznej, gdy pcha mnie do końca przez portal. Uderzenie jednak posyła falę bólu przez każdą otwartą ranę i sprawia, że zgarniam twarzą pełne usta ziemi.
