Rozdział 6: Czy zawsze budzisz się tak wcześnie?

Punkt widzenia Evelyn

"Ale ja..." Zawahałam się. Pójście do domu Alfy Adama jako gość? To nigdy wcześniej się nie zdarzyło.

"Proszę, nie mów nie," powiedział Milo swobodnie. "Będziesz dotrzymywać towarzystwa Nadii, a gotowanie Luny Isabelli jest niesamowite."

"Ja..."

"Potrzebuję cię tam ze mną." Nadia chwyciła mnie za rękę. "Proszę? Czułabym się o wiele bardziej komfortowo mając przy sobie przyjaciółkę."

Patrząc w jej błagalne oczy, nie mogłam odmówić.

"Dobrze." Zgodziłam się cicho.

"Tak!" Nadia ścisnęła moją rękę podekscytowana. "Szósta jutro wieczorem, prawda?"

"Tak." Magnus potwierdził, a potem spojrzał na mnie. "Odbierzemy was obie."

"Nie musicie - " zaczęłam.

"To żaden problem." Lucian uśmiechnął się. "I tak jedziemy w tamtą stronę."

"Ustalono." Orion powiedział krótko, a potem odwrócił się do wyjścia.

Pozostali pożegnali się. Przed wyjściem Elliot niezręcznie poklepał mnie po ramieniu.

Patrzyłam, jak odchodzą, moje emocje były całkowicie splątane.

"To będzie wspaniałe!" Nadia powiedziała, prawie podskakując. "Pójdziemy razem!"

"Tak..." odpowiedziałam nieobecnie.

"Co jest nie tak?" Natychmiast wyczuła mój nastrój. "Nie chcesz iść?"

"To nie to." Pokręciłam głową. "Po prostu... nigdy wcześniej nie byłam na czymś takim."

"W porządku, będę tuż obok ciebie." Ścisnęła moje ramię. "I widziałaś, jacy wszyscy byli mili."

Milutcy dzięki tobie, pomyślałam, ale tylko skinęłam głową.

"Mój ojciec może nie być zadowolony." Wyraziłam największy niepokój.

"Dlaczego nie?" Nadia wyglądała na zdezorientowaną.

Jak mogłam wyjaśnić, że mój ojciec ledwo mnie zauważał? Że prawdopodobnie nawet nie zauważyłby, gdybym nie wróciła do domu?

"To nic," pokręciłam głową. "Powinno być w porządku."

W najgorszym wypadku, po prostu mu nie powiem. I tak by nie zauważył.

Wyszłyśmy na zewnątrz, gdy zachód słońca malował wszystko na pomarańczowo. Nadia wciąż podekscytowana mówiła o tym, co ubrać jutro, podczas gdy moje myśli błądziły.

Oficjalna kolacja w domu Alfy z przywództwem stada. Powinnam być podekscytowana, ale głównie czułam niepokój.

Za dużo się zmieniło, powiedział mój wilk. Dziś wydarzyło się więcej niż przez cały rok.

Tak. Mam tylko nadzieję, że nie pogorszy to sytuacji.


Leżałam w łóżku, wpatrując się w sufit. Druga w nocy, a sen nigdzie nie był w pobliżu. Za każdym razem, gdy zamykałam oczy, dzisiejszy dzień odtwarzał się w mojej głowie - Nadia siedząca obok mnie, jej obrona przed Acacią, Elliot faktycznie zapraszający mnie gdzieś.

A co jeśli jutro coś zepsuję? Co jeśli będą żałować, że mnie zaprosili?

O czwartej nad ranem poddałam się. Przebrałam się w strój do biegania i zakradłam się na dół, uważając, by nie obudzić taty ani Elliota.

Chłodne poranne powietrze uderzyło mnie, gdy wyszłam na zewnątrz. Srebrne Sosny były martwe ciche, z wyjątkiem okazjonalnego nocnego ptaka. Zaczęłam biec po mojej zwykłej trasie.

Bieganie zawsze oczyszczało mi głowę. Każdy krok oddalał mnie od wszystkich społecznych komplikacji, przybliżał do bycia sobą. To był mój czas, moja przestrzeń.

Kiedy mijałam dom Nadii, zwolniłam. Światła wciąż były włączone - ciepłe żółte światło płynęło przez okna. Przez okno salonu widziałam poruszające się postacie. Mama Nadii coś porządkowała, podczas gdy jej ojczym siedział z papierami.

Scena wyglądała tak normalnie, tak ciepło. Czy tak wyglądały prawdziwe rodziny? Ktoś czekający, troszczący się o to, czy jesteś bezpieczna?

Gdy tylko zaczynałam się zagłębiać w myśli, drzwi frontowe się otworzyły.

"Evie?" Zaskoczony głos Nadii rozbrzmiał. "Co ty tutaj robisz?"

Podskoczyłam, prawie tracąc równowagę. Ona też była w ubraniach do ćwiczeń, najwyraźniej planując biegać.

"Byłam... na porannym biegu." Wyjąkałam, czując się złapana na gorącym uczynku.

"O czwartej trzydzieści?" Uniosła brew, schodząc do mnie. "Zawsze wstajesz tak wcześnie?"

"To nawyk." Wzruszyłam ramionami, próbując zachować luz. "Kiedy nie mogę spać, biegam."

Nadia przyglądała mi się, jej bursztynowe oczy błyszczały pod latarnią. "Przez dzisiejszą kolację?"

Jej spostrzegawczość mnie zaskoczyła. "Może."

"Ja też jestem zdenerwowana," przyznała. "Dlatego wstałam wcześnie, żeby się poruszać. Chcesz biegać razem?"

Punkt widzenia Nadii

Patrząc na Evelyn stojącą przed moim domem, poczułam troskę i ciekawość. Wyglądała tak mała, tak zmęczona, jakby dźwigała cały świat na swoich barkach.

Dzisiaj jeszcze bardziej mnie zaintrygowała. Była wyraźnie zdolna, ale zawsze starała się to ukryć. Córka Bety, ale dręczona przez rówieśników. Nawet jej własny brat traktował ją, jakby prawie nie istniała.

"Pewnie," odpowiedziała Evelyn, przerywając moje myśli. "Jeśli nie masz nic przeciwko."

"Czemu miałabym mieć?" Uśmiechnęłam się. "Lepiej niż biegać sama. Prowadź."

Punkt widzenia Evelyn

Zaczęłyśmy biegać ramię w ramię, nasze kroki odbijały się echem na cichej ulicy. Mieć towarzystwo było dziwne - byłam przyzwyczajona do biegania sama.

"Robisz to codziennie rano?" zapytała Nadia, nadal oddychając równomiernie.

"Większość dni, tak." Odpowiedziałam. "Szczególnie w weekendy. Zwykle wstaję około piątej, biegam, a potem robię śniadanie."

"Robisz śniadanie? Dla swojej rodziny?"

Kiwnęłam głową, nie chcąc wchodzić w skomplikowane rodzinne sprawy.

"Chwila, nadal jest piątek. Dziś mamy szkołę." Przypomniała mi.

"Tak." Westchnęłam. "Przynajmniej to lekki dzień."

Biegłyśmy wzdłuż krawędzi Silver Pines. Poranne powietrze było rześkie i zimne, każde wdech piekł w płucach, ale to było przyjemne. Wschodnie niebo zaczynało pokazywać blade światło świtu.

Po około godzinie wróciłyśmy do sąsiedztwa. Policzki Nadii były zarumienione od ćwiczeń, ale jej oczy nadal błyszczały.

"To było niesamowite!" Powiedziała z trudem łapiąc oddech. "Ta trasa jest przepiękna. Te srebrne sosny wyglądały, jakby świeciły w porannym świetle."

Uśmiechnęłam się. Większość ludzi wolałaby pospać, niż zobaczyć Silver Pines o świcie.

"Powinnam iść się przebrać," powiedziała. "Do zobaczenia w szkole?"

"Tak."

Patrząc, jak biegnie z powrotem do domu, poczułam dziwne oczekiwanie. Chociaż dzisiaj był tylko kolejny piątek, z Nadią w pobliżu, nic już nie wydawało się zwyczajne.

Szłam powoli do domu, myśląc o nadchodzącym dniu. Zajęcia, lunch, przygotowania do dzisiejszej kolacji... to będzie długi dzień.

Kiedy otworzyłam drzwi frontowe, usłyszałam ruch na górze. Pewnie Elliot już nie spał. Poszłam do kuchni i zaczęłam robić śniadanie. Chociaż wczoraj był przyzwoity, nie spodziewałam się, że to długo potrwa. Lepiej mieć niskie oczekiwania.

Gdy kroiłam chleb, telefon zawibrował. Wiadomość od Nadii:

"Nie mogę się doczekać szkoły! Dzisiejszy dzień będzie niesamowity!"

Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Jej entuzjazm był naprawdę zaraźliwy.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział