Rozdział 7: Coś jest nie tak

Punkt widzenia Evelyn

Piątkowa lekcja matematyki dłużyła się jak zawsze. Siedziałam przy oknie, promienie słońca padały na mój podręcznik, ale myśli ciągle uciekały do dzisiejszej kolacji. Dom Alfy, formalna kolacja, te wszystkie oczekiwania - na samą myśl skręcało mnie w żołądku.

Nadia obok mnie była skupiona na robieniu notatek. Jej koncentracja sprawiała, że czułam się winna za to, że odpływałam myślami, ale nie mogłam pozbyć się niepokoju.

Co jeśli coś zepsuję? Co jeśli powiem coś nie tak?

Nagle kilka postaci przebiegło za oknem, przerywając moje spirale myśli. Starsi uczniowie, ich twarze były pełne niepokoju. Potem jeszcze więcej ludzi biegło w tym samym kierunku.

"Co się dzieje?" ktoś szepnął.

Więcej kroków odbijało się echem w korytarzu. Usłyszałam fragmenty spanikowanych głosów:

"...teren dla młodych..."

"...stracili kontrolę..."

"...potrzebna pomoc..."

Serce mi zamarło. Młode?

Nauczycielka ruszyła w stronę drzwi, gdy nagle starszy uczeń wpadł do środka, ciężko dysząc. "Coś jest nie tak na terenie treningowym dla młodych! Dzieciaki są... kompletnie poza kontrolą!"

Klasa wybuchła szeptami.

"Poza kontrolą? Co to znaczy?"

"Jak młode mogły stracić kontrolę?"

"Gdzie są przywódcy?"

"Alfa i inni przywódcy są na polu wojowników po drugiej stronie kampusu," wykrztusił uczeń. "Nie zdążą tam na czas. To chaos - potrzebujemy pomocy!"

Wyskoczyłam na równe nogi. Te młode to tylko dzieci, pięcio- do dziesięciolatki. Jeśli coś jest nie tak...

"Evie?" Nadia też wstała. "Dokąd idziesz?"

"Muszę zobaczyć, co się dzieje."

"Wszyscy uczniowie mają pozostać na miejscach!" zawołała nauczycielka, ale połowa klasy już ruszyła w stronę drzwi.

Zignorowałam polecenie i skierowałam się do korytarza. Nadia szła tuż za mną.

Korytarze tętniły nerwową energią. Uczniowie wylewali się z klas, wszyscy mówili naraz.

"Słyszałem, że teren treningowy został zniszczony..."

"Jak to możliwe? To tylko dzieci..."

Mój niepokój pogłębiał się. Przyspieszyłam kroku, prawie biegnąc.

"Zaczekaj!" Nadia zawołała za mną.

Przebiegłyśmy przez budynek szkolny, przez plac zabaw. Zanim dotarłyśmy do terenu treningowego, już słyszałam chaos - dzieci płakały, coś się rozbijało, dorośli krzyczeli instrukcje, które nie były słyszane.

To źle, powiedział nerwowo mój wilk.

Kiedy w końcu dotarłyśmy do wejścia, zatrzymałam się jak wryta.

Pole treningowe wyglądało jak strefa katastrofy. Sprzęt leżał porozrzucany i połamany wszędzie. Ziemia była pokryta gruzem, jakby przeszło tornado.

Ale to dzieciaki naprawdę mnie przestraszyły.

Ponad trzydzieści młodych biegało dziko, ich oczy pełne paniki i zamieszania. Niektóre płakały, inne krzyczały. Kilka niszczyło, co tylko mogło złapać.

Kilku starszych uczniów próbowało opanować sytuację, ale wyraźnie byli przytłoczeni. Za każdym razem, gdy zbliżali się do dziecka, to albo uciekało, albo stawało się bardziej agresywne.

"Uważaj!" ktoś krzyknął.

Siedmioletni chłopiec machał drewnianym kijem, niszcząc sprzęt treningowy z siłą, której żadne normalne dziecko nie powinno mieć.

"Cholera," Nadia wyszeptała obok mnie. "Co się z nimi dzieje?"

"Nieudane przebudzenie mocy," powiedziałam, skanując chaos. "Nie mogą tego kontrolować."

Więcej uczniów zebrało się przy wejściu, ale większość tylko stała i patrzyła. Nikt nie wiedział, co robić. Młode miały teraz nadludzką siłę, ale ich umysły wciąż były dziecięce - nie mogły poradzić sobie z tym, co się z nimi działo.

Wtedy zobaczyłam coś, co zamroziło mi krew w żyłach. Kilkoro dzieci leżało nieruchomo w rogu boiska.

Serce mi zamarło. Czy były ranne? A może coś gorszego?

Wzięłam głęboki oddech, przygotowując się do ruchu.

"Evie, nie!" Nadia złapała mnie za ramię. "To zbyt niebezpieczne!"

"Ktoś musi im pomóc." Delikatnie się uwolniłam. "Te dzieci nas potrzebują."

Patrząc na te przerażone dzieci, coś dzikiego obudziło się w mojej piersi. Były przestraszone i zdezorientowane, a nikt im nie pomagał.

Gotowa? zapytała moja wilczyca.

Gotowa.

Rzuciłam się w chaos.

Gdy tylko weszłam na boisko, mała dziewczynka prawie na mnie wpadła. Płakała, machając rękami, tworząc podmuchy wiatru przy każdym ruchu.

"Hej Amy, wszystko będzie dobrze," powiedziałam, rozpoznając zwykle słodką sześciolatkę.

Ale nie mogła mnie usłyszeć. Jej oczy były puste, zagubione w strachu, który ją pochłaniał.

Wokół nas inne dzieci nie były w lepszym stanie. Biegały jakby goniły je niewidzialne potwory. Niektóre rozbijały sprzęt, inne tarzały się po ziemi krzycząc, a kilka popychało się nawzajem z niebezpieczną siłą.

Starszy uczeń próbował złapać ośmioletniego chłopca. "Przestań biegać! Posłuchaj mnie!"

Chłopiec walczył jeszcze mocniej, kopiąc starszego ucznia w goleń. Siła była tak duża, że chłopak padł na kolana.

"Cholera, jak te małe dzieci mogą być takie silne?" jęknął.

Po drugiej stronie dziewczyna próbowała podejść do grupki dzieci skulonych razem. "Wszystko będzie dobrze, nie bójcie się..."

Ale one tylko mocniej się do siebie przytulały, drżąc. Każdy ruch w ich stronę sprawiał, że krzyczały głośniej.

Szybko oceniłam sytuację. Normalne podejścia nie działały - te dzieci były uwięzione w czystej panice. Ich umysły się wyłączyły, zostawiając tylko strach.

Najpierw te dzieci, które leżą, przypomniała mi wilczyca. Musisz się upewnić, że są bezpieczne.

Racja. Musiałam upewnić się, że są bezpieczne.

Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam przeciskać się przez chaos, wykorzystując każdą umiejętność zwinności, której nauczyłam się przez lata. Uniki, przewroty, szybkie zwroty - każdy ruch musiał być perfekcyjny, by uniknąć niekontrolowanych dzieci, jednocześnie docierając do nieprzytomnych.

Chłopiec rzucił się z lewej strony. Wykonałam salto w tył, lądując właśnie wtedy, gdy inne dziecko machnęło dziko w moją stronę. Uniknęłam i przeturlałam się do przodu, pozostając nisko.

W końcu dotarłam do leżących dzieci. Szybkie sprawdzenie pokazało, że oddychały - były tylko nieprzytomne, bez widocznych obrażeń. Ale nie mogłam ich zostawić w tym niebezpiecznym bałaganie.

Podniosłam najmniejszą dziewczynkę.

"Nadia!" krzyknęłam przez hałas. "Łap!"

Zrozumiała od razu, otwierając ramiona na skraju boiska. Ostrożnie podałam jej dziecko. "Zabierz ją w bezpieczne miejsce, sprawdź, czy wszystko z nią w porządku!"

"Zrozumiałam!" Wzięła dziewczynkę i szybko odeszła z boiska.

Wróciłam po pozostałe. Jedno po drugim, wynosiłam cztery nieprzytomne dzieci w bezpieczne miejsce, Nadia i kilka innych dziewczyn pomagając je sprawdzić.

"Jak się mają?" zapytałam, ciężko oddychając.

"Po prostu zemdlały," powiedziała Nadia, z wyraźną ulgą w głosie. "Wszystkie mają normalne parametry, ale mają gorączkę."

Kiwnęłam głową i odwróciłam się z powrotem do pozostałego chaosu. Inne dzieci wciąż były uwięzione w swojej panice, a ja musiałam wymyślić, jak je uspokoić.

Ale jak przekonać dzieci, które nawet cię nie słyszą?

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział