Rozdział 1 Przyczyna
02:17 W NOCY — NIEZNANA LOKALIZACJA
Pierwszą rzeczą, którą zauważyła, było zimno.
Nie takie, które przynosi zimowe powietrze albo wilgotne ściany, tylko takie, które osiada głęboko w kościach — spotęgowane przez metalowe krzesło wciśnięte w skórę. Nadgarstki miała skute za plecami plastikowymi opaskami zaciskowymi.
Kostki przyklejono jej taśmą do nóg krzesła. Grube pasy srebrnej taśmy typu duct tape owinięte zbyt wiele razy, szczypiące skórę, odcinające krążenie. Kolejny pas przebiegał w poprzek ud.
Nad głową kołysała się pojedyncza żarówka, powoli i hipnotycznie, rzucając na pokój naprzemienne plastry światła i cienia. Sprawiała, że postacie wokół niej wyglądały nierealnie, jakby wchodziły i wychodziły z istnienia.
Maski. Wszyscy je mieli.
Plastikowe czaszki. Czarna tkanina z wyszytymi uśmiechami. Gładka, biała twarz z otworami na oczy wyciętymi zbyt szeroko. Jedna wyglądała jak popękana porcelana, a namalowane usta zastygły w uśmiechu. Nikogo nie rozpoznawała.
Puls dudnił jej w gardle. Przełknęła ślinę i poczuła metaliczny smak, ostry i znajomy. Strach.
— Przestań się trząść — odezwał się jakiś głos.
Niski. Spokojny. Prawie znudzony.
Zmusiła się, żeby znieruchomieć, ale drżenie dłoni nie chciało jej posłuchać. Rozległ się stłumiony śmiech; ktoś krążył za jej krzesłem, a buty chrzęściły po żwirze. Coś musnęło jej włosy — palce albo materiał, nie potrafiła rozróżnić — i wzdrygnęła się tak mocno, że krzesło zaskrzypiało, przesuwając się do tyłu, a dźwięk odbił się echem od ścian.
Dłoń zacisnęła się na jej włosach, pociągając akurat na tyle, by w oczach zapiekło.
— Nie rób tego — ostrzegł spokojny głos. — Tylko pogorszysz sprawę.
Wstrzymała oddech. Próbowała go uspokoić. Nie wyszło.
Uścisk puścił gwałtownie. Jej głowa szarpnęła się do przodu.
— Proszę — wyrwało jej się, zanim zdołała się powstrzymać.
W pomieszczeniu zapadła cisza, jakby pokój nasłuchiwał.
— Proszę — powtórzył spokojny głos z ledwie zauważalnym rozbawieniem. — To dobry początek.
Wpatrywała się w podłogę między czubkami swoich butów. Beton poplamiony starym olejem, ciemne smugi, których nie chciała rozpoznawać.
Ktoś wszedł w snop światła. Maska czaszki. Puste oczodoły za blisko jej twarzy.
— Wiesz, dlaczego tu jesteś — powiedziała czaszka.
— Ja… — ścisnęło ją w gardle. — Nie.
Dłoń uderzyła w oparcie krzesła — ostro, głośno. Podskoczyła.
— Nie kłam — warknęła czaszka. — Nie mamy cierpliwości do kłamstw.
— Nie wiem, kim jesteście — powiedziała, choć głos zadrżał mimo wysiłku. — Nie wiem, czego chcecie.
Spokojny westchnął.
— Wiesz. Po prostu liczysz, że powiemy to pierwsi.
Metal zaskrzypiał o beton. Przeciągnięto do przodu składane krzesło. Spokojny usiadł naprzeciwko niej, opierając łokcie na kolanach. Jego maska była zwyczajna: czarna tkanina, bez znaków, tylko otwory na oczy i usta.
Ta maska przerażała ją najbardziej.
— Bez teatru — powiedział cicho. — Bez krzyków. Bez gierek. Odpowiadasz — wychodzisz stąd. Nie odpowiadasz… — wzruszył ramionami. — Znajdziemy kogoś innego, kto odpowie.
Zaschło jej w ustach.
— Kogoś innego — powtórzyła.
Inna zamaskowana postać prychnęła.
— Myśli, że jest ważna.
Znów szarpnęła plastikowe opaski; panika zagłuszyła rozsądek. Wżarły się głębiej. Oczy ją zapiekły.
— Czego chcecie? — wyszeptała.
— Informacji — odparł spokojny. — To proste.
Czaszka pochyliła się bliżej.
— Nazwisk.
Żołądek jej opadł.
— Ja nie…
Czaszka walnęła dłonią w jej ramię, przygwożdżając ją do krzesła. Sapnęła, żebra zaprotestowały pod taśmą.
— Spróbuj jeszcze raz — powiedział. — Nie marnuj naszego czasu.
Oddech spłycił się do krótkich haustów. Liczyła. Raz. Dwa. Trzy. To nie pomagało.
Spokojny przechylił głowę.
— Powiedz mi o klubie.
Spojrzała na niego, a przez strach przebiło się zdumienie.
— O czym?
— O tym miejscu — odparł cierpliwie. — Barze. Placu. Zapleczach. Kto tam jest. Kiedy.
Jej wargi się rozchyliły. Nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
— Możesz zacząć od czegoś małego — ciągnął, a w jego głosie pojawiła się ledwie wyczuwalna ostrość. — Od czegoś niewinnego. Żeby udowodnić, że rozumiesz, co się stanie, jeśli tego nie zrobisz.
— J-ja… nie znam grafików — powiedziała.
Wypuścił powietrze powoli.
— Nie znasz grafików.
— Nie. — Kłamstwo miało wodnisty, cienki posmak.
Maska z czaszką parsknęła śmiechem.
— Ale ona jest urocza.
— Spójrz na mnie — powiedział ten spokojny.
Jej wzrok powędrował w górę niechętnie. Natrafiła na ciemne otwory w jego masce.
— Znasz grafiki — powiedział. — Wiesz, kto przychodzi i wychodzi. Kto pilnuje drzwi, a kto nie. Wiesz, kiedy robi się cicho — i dlaczego.
Przełknęła ślinę z trudem.
— Nawet gdybym wiedziała… dlaczego miałabym wam to mówić?
Skinął głową, jakby był zadowolony.
— No proszę. Wreszcie.
Spojrzał w bok.
— Pokaż jej.
Zamaskowana postać zrobiła krok do przodu, trzymając telefon. Ekran rozjarzył się światłem.
Ganek. Poręcz. Drzwi, które znała tak dobrze, że obraz jej się zawęził, jakby patrzyła przez tunel.
Powietrze boleśnie utknęło jej w piersi.
— Nie — wydusiła.
— Nie rób tego — powiedział cicho ten spokojny. — Nie zmuszaj mnie, żebym tłumaczył ci to tak, jakbyś była tępa.
— Nie możecie…
— Nie możemy czego? — zapytał wesoło ten w masce czaszki. — Pójść do domu? Poczekać na zewnątrz? Zamki nie mają znaczenia.
Potrząsnęła głową tak mocno, że rozbolała ją skóra na czaszce.
— Zostawcie ich z tego.
— Oni nigdy nie byli poza tym — odparł spokojny. — To przez nich wciąż oddychasz.
Telefon opadł.
Pokój wydał się mniejszy. Kołysząca się żarówka sprawiała, że ściany wyglądały, jakby się zbliżały, jakby napierały.
— Kto jest chroniony? — zapytał spokojny.
Rozchyliła usta. Nic. Szczęka zadrżała.
— Odpowiadaj — naciskał czaszkowy.
Zacisnęła powieki. Wyrwała się jedna łza i nienawidziła się za to.
— Nie chcę, żeby ktoś ucierpiał — wyszeptała.
— To mów.
— Mają ludzi — powiedziała w końcu, głosem ledwie słyszalnym. — Na obrzeżach. Obserwują. Nie zawsze ich widać.
— Kto?
— Nie znam nazwisk — skłamała znowu, a desperacja uczyniła ją nierozważną.
— Znowu to robisz — stwierdził z zadowoleniem ten w masce czaszki.
Krzesło szarpnęło się, gdy ktoś kopnął jedną z nóg. Krzyknęła, serce galopowało tak szybko, że obraz jej się rozmazał.
— Dosyć — warknął spokojny.
W pokoju zapadła cisza.
Wstał i podszedł powoli, pewność w każdym kroku. Przykucnął, aż jego maska znalazła się na wysokości jej twarzy.
— Nie jesteś głupia — powiedział miękko. — Przestań udawać. Nazwiska. Jedno.
Pokręciła głową.
— Jedno — powtórzył chłodniej.
Żarówka zamigotała. Jego maska zniknęła w cieniu, po czym znów się pojawiła.
— Zazwyczaj… on — powiedziała drżąco. — Ten, którego wszyscy słuchają.
— A kiedy go nie ma?
Myśli pędziły jej jak szalone. Za dużo ich pogrąży. Za mało pogrąży ją.
— Są luki — przyznała. — Czasem ludzie zakładają, że ktoś inny patrzy.
— Trasy — powiedział spokojny.
— Ja nie—
Coś uderzyło w podłokietnik krzesła obok niej, ostro i głośno. Zawyła.
— Przestań! — szlochała. — Proszę… będę mówić.
— Dobrze.
— Jest tylne dojście — powiedziała, trzęsąc się. — Droga serwisowa. Jeżdżą tamtędy ciężarówki. Przez część nie ma kamer.
— Godziny.
— Późno. Po zamknięciu baru. Przed wschodem słońca.
Cisza. Potem—
— Chcesz wrócić do domu.
— Tak — wyszeptała. — Chcę wrócić do domu.
— Rozwiązać ją — powiedział ten w masce czaszki.
Wybuchła w niej panika.
— Czekaj—
— Jeśli uciekniesz, znajdziemy cię — powiedział spokojny. — Jeśli skłamiesz, będziemy wiedzieć. Jeśli kogokolwiek ostrzeżesz, będziemy wiedzieć.
Dłonie rozpięły opaski zaciskowe. Krew napłynęła boleśnie z powrotem do jej nadgarstków. Taśma odklejała się powoli, palącymi szarpnięciami.
Postawili ją na nogi. Kolana ledwie ją trzymały.
Przy drzwiach spokojny odezwał się jeszcze raz.
— To nie koniec.
Gardło jej się zacisnęło.
— Wiem.
Gdy drzwi się otworzyły, w twarz uderzyło ją zimne nocne powietrze.
A jedyną myślą, która odbijała się echem w jej głowie, tą, której nie potrafiła zatrzymać, było—
Co ja właśnie zrobiłam?
