Mściwy kumpel Alfy Cameron

— Tak, ale nie zaszkodziłoby mieć kilku sojuszników. Nie wszystkie watahy są prowadzone tak jak... — urwał, wiedząc, że mówienie o tym, jak mój ojciec prowadził tę watahę przede mną, jest zakazane. Wszyscy wiedzą, że nie wracamy do przeszłości. — Przepraszam, omal się nie wygadałem — mówi.

— Nic się nie stało, po prostu postaraj się, żeby to się więcej nie powtórzyło. Myślę, że dziesięciu elitarnych wojowników wystarczy, żeby pojechali z nami. Nie wiem dlaczego, ale mam przeczucie, że jutro albo w sobotę coś się wydarzy i możemy potrzebować wsparcia — mówię mu, a on natychmiast lekko się kłania, po czym wychodzi z mojego gabinetu. Nie muszę się domyślać, dokąd idzie, bo dobrze mnie zna.

Po skończeniu papierkowej roboty idę na górę i, zgodnie z przewidywaniami, kiedy wchodzę do pokoju, przy drzwiach stoi już spakowana torba. Kręcąc głową, podchodzę do barku i nalewam sobie szklankę bourbona, po czym kieruję się do drzwi balkonowych i patrzę w noc. Księżyc jest duży i jasny na nocnym niebie, a wokół migoczą miliony gwiazd. Nigdy nie męczy mnie patrzenie nocą w niebo. Jest w nim coś tak kojącego, coś, co napełnia mnie spokojem. Kiedy kończę drinka, kładę się do łóżka, biorę książkę, którą aktualnie czytam, otwieram na stronie, na której skończyłem poprzedniego wieczoru, i czytam, aż zasypiam.

Następnego ranka wstaję wcześnie, żeby pobiegać przed długą podróżą do watahy Red Dawn. Mój wilk, Black, od samego rana jest bardzo niespokojny, więc bieg powinien, mam nadzieję, trochę ukoić jego nerwy. Biegamy przez godzinę, a potem wracamy do sypialni, żebym mógł wziąć prysznic. Zerkam na zegar i widzę, że jest 5:45 rano, a to dobrze, bo powinniśmy wyjechać po śniadaniu. Postanawiając założyć wygodne ubrania zamiast mojego zwyczajowego czarnego garnituru, wkładam czarne dżinsy, ciemnoniebieską koszulkę polo, skarpetki i timberlandy. Kiedy kończę się ubierać, używam mojej ulubionej wody kolońskiej, a potem przeczesuję szczotką falowane czarne włosy sięgające końców ramion. — Ciekawe, czy nie powinienem w końcu obciąć włosów — mówię do siebie, po czym potrząsam głową, odrzucając tę myśl. Jeszcze raz patrzę w lustro i zauważam, że moje jaskrawozielone oczy wydają się dziś jaśniejsze. Zanim zdążę się dłużej zastanowić, dlaczego tak jest, czuję, że ktoś próbuje połączyć się ze mną przez więź umysłową, więc ją otwieram, żeby usłyszeć mojego Betę.

— Dzień dobry, Alpha. Po śniadaniu będziemy gotowi do drogi. Zebrałem dziesięciu elitarnych wojowników, którzy będą nam towarzyszyć. Czy chciałeś zabrać ze sobą jakieś omegi? — pyta.

— Zejdę za minutę. Właśnie skończyłem się szykować. Wyślij kogoś po moją torbę i każ ją włożyć do samochodu, i nie, nie zabieramy ze sobą żadnych omeg. — Zrywam połączenie i wychodzę z pokoju, kierując się do jadalni.

Kiedy jestem jakieś pół metra od wejścia, wpadam na kogoś, kogo miałem nadzieję już nigdy więcej nie zobaczyć. Stoi tam i uśmiecha się do mnie w pozie, którą uważa za uwodzicielską, a ja w duchu przewracam oczami, zakładając ręce na piersi. Patrzę, jak oblizuje wargi, kiedy widzi, jak poruszają się moje mięśnie, ale nic nie mówię. „Zaczyna mnie naprawdę drażnić. Nigdy nie powinieneś był wsadzać w nią kutasa. Teraz nie daje nam spokoju, mimo że już miesiące temu powiedziałeś jej, że to koniec. Gdybyś mnie posłuchał i po prostu poczekał na naszą partnerkę, ta suka nie byłaby teraz problemem.” mówi mój wilk. Ma rację, że nigdy nie powinienem był się z nią wiązać, ale myślałem, że rozumie, iż może być moją Luną tylko z nazwy. Między nami nigdy nie będzie nic fizycznego i nie będzie miała nic do powiedzenia w sprawach watahy. Jedyne, na co będzie jej wolno, to zorganizowanie przyjęcia, kiedy będziemy urządzać bal partnerów albo uroczystości wejścia w dorosłość dla naszych niepełnoletnich wilków, gdy osiągną odpowiedni wiek, i wszystko to będzie musiało zostać zrobione w ramach budżetu, który jej wyznaczę. Nie ma dostępu do pieniędzy ani do czegokolwiek, co dotyczy mojej watahy. A jednak przy każdej nadarzającej się okazji próbuje mnie uwieść, żebym uczynił ją prawdziwą, wybraną partnerką pod każdym względem. Śmieję się w duchu, bo to nigdy się nie stanie.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział