Rozdział 7
Punkt widzenia: Cassandra
Dzielili tę samą moc, to samo życie, tę samą wieczną samotność, która przykuwała ich do tego świata. Byli tego samego rodzaju.
Więc kim wobec tego byłam ja?
Spojrzałam w dół na koszulę nocną spływającą po moim ciele i dostrzegłam krew na łokciu — ludzką krew, kruchą krew, bezwartościową krew.
Nie byłam niczym więcej niż wymienialnym workiem z krwią. Narzędziem kupionym, by łagodzić jego nastroje, cenionym wyłącznie za tę śmieszną słodycz, która skaziła moje żyły.
Wróciłam myślami do wcześniejszej sceny w gabinecie. Przycisnął mnie do tego zimnego, mahoniowego biurka, z brutalną sprawnością rozdarł na mnie ubranie i wziął mnie — zawładnął mną, pożywił się mną — w sposób ocierający się o upokorzenie.
W tamtej chwili w jego oczach nie było nic prócz dzikiego głodu. Ani śladu czułości.
A jednak teraz był gotów rozciąć własny nadgarstek i ofiarować swoją najcenniejszą krew — samą esencję — żeby uśmierzyć ból Sereny.
A więc potrafił być delikatny. Po prostu całą swoją okrutność zachowywał dla mnie, a całą cierpliwość dla niej.
Mokry, rytmiczny odgłos karmienia dobiegający zza drzwi stopniowo ucichł.
Serena odsunęła usta z zadowolonym westchnieniem. Jej wargi były poplamione krwią Alexandra, a karmazyn nadawał jej policzkom niemal obsceniczny rumieniec.
Wysunęła język i powolnym, rozkoszującym się ruchem zlizała resztki z ust, po czym odchyliła głowę, by spojrzeć na niego z uwielbieniem zbierającym się w jej szarych oczach. — Alexander... twoja krew jest najwspanialszą rzeczą, jaką kiedykolwiek smakowałam.
Alexander wyjął z kieszeni marynarki ciemną jedwabną chusteczkę i metodycznie wytarł ranę na nadgarstku. Wampiryczna zdolność gojenia już działała — rozcięcie zamykało się w widocznym tempie, pozostawiając jedynie bladą, białą bliznę.
— Czujesz się lepiej? — zapytał cicho.
— O wiele lepiej. — Serena przylgnęła do niego, opierając policzek o drogi materiał jego spodni i łagodnie się wtulając. — Dziś w nocy... mógłbyś zostać ze mną? Wciąż trochę się boję.
Alexander przez chwilę milczał.
Przez wąską szczelinę w drzwiach patrzyłam, jak lekko odwraca głowę, a jego spojrzenie przesuwa się — niemal leniwie — w stronę wejścia.
W tamtej sekundzie wstrzymałam oddech z przerażenia, przyciskając się płasko do ściany i modląc, żeby mnie nie odkrył, czającej się jak jakaś żałosna podglądaczka.
Nie podszedł. Po prostu odwrócił wzrok z obojętnością.
— Ilias będzie stał na warcie pod twoimi drzwiami. Śpij, Serena. — Odrzucił jej prośbę, ale jego ton pozostał łagodny.
Wiedziałam, że nie mogę patrzeć dłużej. Gdyby mnie teraz przyłapał — skuloną na korytarzu jak nędzna kreatura — ta odrobina godności, która mi została, rozpadłaby się całkowicie.
Mocno przygryzłam dolną wargę, zmuszając się, by znieść palący ból w łokciu i drżenie nóg, gdy cofałam się krok po bolesnym kroku.
Oczy piekły mnie od groźby łez, ale nie pozwoliłam im spłynąć.
Płakanie przez bezdusznego potwora takiego jak on byłoby stratą.
Odwróciłam się i rozpłynęłam w bezkresnej ciemności korytarza. W tej chwili z bolesną jasnością zrozumiałam, że w tym wystawnym gotyckim dworze nigdy nie byłam niczyją panią.
Byłam po prostu kimś z zewnątrz. Całkowicie, zupełnie niepotrzebną.
Minęły trzy dni od załamania Sereny i od chwili, gdy byłam świadkiem tego groteskowego „rytuału karmienia”.
Przez te trzy dni Alexander zachowywał się tak, jakbym przestała istnieć. Nie przyszedł do mojego pokoju, nie wezwał mnie w środku nocy, żebym spełniła swoje „małżeńskie” obowiązki. Cała jego uwaga zdawała się skupiona na przygotowaniach do dzisiejszej rodzinnej uczty i pocieszaniu mojej drogiej „siostry” — jego bezcennej nowicjuszki.
Stałam przed lustrem w pełnej wysokości, przyglądając się swojemu odbiciu.
Wybrałam suknię z głębokozielonego aksamitu z długimi rękawami. Wysoki kołnierz i dopasowane mankiety ukrywały ślady ugryzień na szyi oraz bandaż wciąż owinięty wokół lewego łokcia, który pulsował tępym bólem. Nałożyłam nieco mocniejszy makijaż niż zwykle, próbując zamaskować bladość skóry i cienie pod oczami, które bezsenne noce wyryły mi pod powiekami.
Ale bez względu na to, jak bardzo starałam się to ukryć, i tak to czułam — kruchy, śmiertelny zapach, który się mnie trzymał.
— Puk, puk. — Służąca zastukała do drzwi. — Proszę pani, bankiet już się rozpoczął. Pan prosi o pani obecność na dole.
Wciągnęłam głęboki oddech i wyprostowałam plecy jak skazaniec idący na szubienicę.
Kiedy schodziłam po krętych schodach do wielkiej sali, uderzyła mnie oszałamiająca mieszanina drogich perfum, starego wina i ciężkiego, metalicznego posmaku krwi.
Całe pierwsze piętro zostało odmienione. Ogromne kryształowe żyrandole rzucały na wszystko zimne światło, a długi stół jadalny uginał się pod ciężarem srebrnych sztućców i wysokich kielichów wypełnionych ciemnoczerwonym płynem. Sala była zatłoczona dziesiątkami mężczyzn i kobiet ubranych w wykwintne stroje wieczorowe.
Wszyscy należeli do rodu Alexandra — czystokrwiści arystokraci, prawdziwi władcy nocnego imperium Nowego Jorku.
Mężczyźni byli niewiarygodnie przystojni, kobiety — porażająco piękne. Bez wyjątku mieli skórę o marmurowej bladości, a w ich oczach lśniła arogancja i okrucieństwo, które rodzą się z życia trwającego całe stulecia.
Gdy zeszłam z ostatniego stopnia, niski gwar rozmów nagle ucichł.
Dziesiątki spojrzeń zwróciły się ku mnie jednocześnie.
W tych oczach nie było powitania — tylko naga ocena, pogarda, a w niektórych przypadkach nieskrywany głód. Dla nich nie byłam żoną Alexandra. Byłam kawałem mięsa, pachnącym i nie na miejscu, pozostawionym beztrosko w zasięgu ręki.
— O mój Boże, czy to… człowiek?
Wampirzyca w czarnej koronkowej sukni, ociekająca rubinami, wachlowała się teatralnie, a jej głos był głośny i bezczelny. Nazywała się Eleanor, była czystokrwną starszą z pokolenia ojca Alexandra.
— Nic dziwnego, że nagle powietrze tak śmierdzi. — Eleanor zmarszczyła delikatny nos i spojrzała na mnie, jakbym była śmieciem. — Alexander naprawdę pozwolił śmiertelniczce — takiej, która się starzeje, która się poci — przyjść na rodzinny bankiet? Pachnie jak bydło.
Po tłumie przebiegła fala stłumionego śmiechu.
Stałam nieruchomo, a palce zaciskały mi się na materiale spódnicy tak mocno, że paznokcie niemal wbijały się w skórę.
Walcz, Cassandra. Krzyczałam do siebie w myślach. Ale zrozumiałam, że w obecności tych nieśmiertelnych drapieżników moja cięta riposta jest kompletnie bezużyteczna. Każda odpowiedź sprawiłaby tylko, że wyglądałabym jak ujadający chihuahua.
Wtedy właśnie słodki, krystaliczny głos przeciął moje upokorzenie.
— Ciociu Eleanor, proszę, nie mów tak.
Serena wyłoniła się z tłumu jak zgrabny czerwony motyl.
Zmarszczyłam brwi. Otrzymawszy pierwszą krew Alexandra, naturalnie wkupiła się w łaski rodzinnych starszych.
Tego wieczoru Serena miała na sobie szytą na miarę bordową suknię haute couture, którą Alexander zamówił specjalnie dla niej. Głęboki dekolt eksponował jej kształty z druzgocącym efektem. Na jej bladej szyi wisiał diamentowy naszyjnik, który niegdyś należał do matki Alexandra.
Była to rodzinna pamiątka, której nigdy nie pozwolono mi nawet dotknąć.
Sunęła ku mnie i wsunęła ramię pod moje w geście fałszywej ochrony.
— Siostra jest tylko człowiekiem. Nie może nic poradzić na ten… pospolity zapach, który ze sobą niesie. — Serena posłała Eleanor uśmiech, a jej małe kły błysnęły. — Poza tym jej krew jest dla Alexandra całkiem użyteczna, prawda? W końcu od czasu do czasu potrzebuje świeżego „worka z krwią”, żeby urozmaicić sobie podniebienie. Powinniśmy być bardziej tolerancyjni.
