Rozdział 5

Serena Vale

Odrzutowiec był definicją luksusu. Kremowo‑złote skórzane fotele wcale nie wyglądały tandetnie. To wyglądało jak coś wyjętego z filmu. Nawet powietrze pachniało drogo.

Ralph wszedł pierwszy i wyciągnął do mnie rękę. Bez wahania ją ujęłam, pozwalając mu wciągnąć mnie po schodkach.

Moje spojrzenie natychmiast przykuł mężczyzna siedzący przy oknie. Podniósł wzrok, kiedy weszliśmy, i mrugnął, jakby zdziwił się na mój widok. Nic nie powiedział — po prostu wpatrywał się w Ralpha.

— To Nik, N‑I‑K, Nik — przeliterował Ralph, odpowiadając na niewypowiedziane pytanie. — Ten znajomy, o którym ci mówiłem.

— Nie jesteśmy znajomymi — zaprzeczył szybko Nik. Jego głos był głębszy niż u Ralpha i jakoś tak… sposób, w jaki mówił, sprawiał, że brzmiał poważniej od tamtego.

Ralph jednak się tym nie przejął.

— Nie zwracaj na niego uwagi. Jesteśmy. Nik, to Serena. Jej lot odwołano.

Uniósł brew, jakby pytał, co go to w ogóle obchodzi.

— Lecimy w jej stronę. Postanowiłem ją zaprosić.

Nik skinął raz głową. Jego twarz niewiele zdradzała. Nie potrafiłam stwierdzić, czy moja obecność go irytuje. Wtrąciłam się w jego prywatny czas? Nie chciał mnie w ich odrzutowcu?

— Miło cię poznać — powiedziałam, starając się brzmieć opanowanie. W środku byłam przeraźliwie zdenerwowana. Kiedy decydowałam się wsiąść do prywatnego samolotu z dwoma obcymi mężczyznami, nie myślałam o tym za wiele, ale teraz, gdy obaj stali przede mną, nie umiałam nie czuć się przytłoczona ich obecnością.

Bardzo kusiło mnie, żeby wyjść, ale czym jest życie bez odrobiny ryzyka? Miałam dość ostrożnego życia. Miałam dość życia według konkretnego planu. Co w ogóle mogło się stać najgorszego?

— Straszysz ją, Nik — parsknął Ralph. — Może wygląda, jak wygląda, ale obiecuję, że nie gryzie. A poza tym, jeśli nie czujesz się komfortowo z nami dwoma, nie będziemy cię zmuszać, żebyś została.

Czy on czytał mi w myślach?

Spojrzałam na Ralpha, potem na Nika, który wyglądał, jakby też czekał na moją odpowiedź. Dwa spojrzenia utkwione we mnie naraz wprawiły mnie w zakłopotanie.

— Nie czuję się niekomfortowo. Po prostu nie spodziewałam się, że mój wieczór skończy się w ten sposób.

— W dobry czy zły?

Wzruszyłam ramionami, a Ralph skinął głową i poprowadził mnie do jednego z foteli. Sam usiadł naprzeciwko mnie, a Nik, który twierdził, że nie jest z Ralphem znajomym, i tak usiadł obok niego.

Żołądek ścisnął mi się, gdy odrzutowiec zaczął się poruszać. Naprawdę to robiłam. Leciałam z dwoma obcymi. Nie wiedziałam, czy winić za to złamane serce, czy brak instynktu samozachowawczego, ale nie mogłam już w połowie drogi kazać im zatrzymać samolotu.

Kiedy powiedziano nam, że możemy się przemieszczać, stewardesa, której nie widziałam, gdy wsiadałam, nalała nam szampana. Ralph podał mi kieliszek.

— To dlaczego lecisz do Liora Bay?

— W podróż poślubną — odpowiedziałam bez ogródek, biorąc łyk szampana. Smakował lepiej niż jakiekolwiek wino, jakie piłam wcześniej.

Ralphowi opadła szczęka.

— Co? Spotykasz się tam z mężem czy co?

Zaśmiałam się, ale w tym śmiechu nie było humoru.

— Nie wyszłam za niego. Ślub odwołano.

– Nie mów, że cię zdradził. – Moje milczenie było dla niego wystarczającą odpowiedzią. Pokręcił głową. – Faceci to dupki.

Uniósłszy brew, spojrzałam na niego.

– Ja nie jestem wyjątkiem.

Kiedy z Ralphem rozmawialiśmy, Nik tylko się przyglądał. W końcu opowiedziałam mu wszystko, co wydarzyło się w ciągu ostatniego tygodnia. Nie wiedziałam, czy to alkohol, czy dreszcz emocji związany z sytuacją, w której się znalazłam, ale rozmowa z nim przychodziła mi z łatwością. A zresztą… z obcymi zawsze rozmawia się łatwiej.

Gdy skończyłam swoją historię, był jednocześnie współczujący i zirytowany w moim imieniu. Nalał mi kolejny kieliszek szampana.

– Tobie bardziej się przyda niż mnie.

Wzięłam go, śmiejąc się cicho.

– Może masz rację.

Kiedy wreszcie odezwał się Nik, jego głos był niski.

– Radzisz sobie z tym lepiej, niż większość ludzi by potrafiła.

Spojrzałam na niego. Po raz pierwszy mówił bezpośrednio do mnie. Po raz drugi w ogóle słyszałam jego głos.

– Tak uważasz?

– Siedzisz w odrzutowcu i lecisz w nowe miejsce, zamiast leżeć w łóżku i wyć po kimś, kto na to nie zasługuje. To już coś.

Słabo się uśmiechnęłam.

– Swoje wypłakałam.

– Zanim ta podróż się skończy, poczujesz się lepiej. Dopilnuję tego. – Te słowa wysunęły się z ust Ralpha swobodnie, kiedy oparł się wygodniej w fotelu.

Obietnica zawisła w powietrzu, ciężka i brzemienna w znaczenie. Co on miał na myśli?

Wpatrywałam się w niego przez chwilę. Krawat miał teraz poluzowany, kołnierzyk rozpięty. W oczach błyszczała psota.

Gdzieś pomiędzy kolejnym kieliszkiem wina a kolejnym śmiechem mój ciężar na klatce piersiowej zaczął się nasilać. Może Ralph miał rację. Może ta podróż była dokładnie tym, czego potrzebowałam, żeby poczuć się lepiej.

Kiedy palce Ralpha przesunęły kosmyk włosów z mojego policzka, nie odsunęłam się.

– Nie powinnaś być taka smutna – mruknął.

– Mój ślub miał się odbyć dzisiaj – mój głos zabrzmiał sucho i szyderczo. – Nie przywykłam jeszcze do tego, że nie jestem z nim – przyznałam. Ralph był obcym, a jednak był pierwszą osobą, której to mówiłam. Byłam przyzwyczajona, że Douglas jest w moim życiu. Nie sądziłam, że nadejdzie dzień, w którym już nigdy, do końca życia, nie będę chciała go zobaczyć.

– To pozwól mi pomóc ci o nim zapomnieć.

Ralph pochylił się do przodu; poruszył się wolno i rozmyślnie, jakby czekał, aż go powstrzymam. Nie zrobiłam tego. Lila nie powiedziała mi, żebym nie obściskiwała się z facetem w jego prywatnym odrzutowcu.

Nie goniłam za przyjemnością. Chciałam tylko poczuć coś, co nie boli.

W następnej sekundzie jego usta znalazły się na moich. Pocałunek był na początku delikatny, jakby mnie badał. Potem stał się głębszy. Jego dłoń objęła mój kark, język wsunął się do moich ust, a smak szampana wypełnił mi zmysły.

Gdzieś na skraju pola widzenia Nik przyglądał nam się. Nie wyglądał na zszokowanego. Nie sprawiał też wrażenia, że mnie ocenia. Po prostu patrzył.

Nie wiedziałam, co ja, do diabła, robię. Nie miałam w sobie gotowości, żeby pociągał mnie nowy mężczyzna. Nawet jeszcze nie otrząsnęłam się po Douglasie, ale jak mówią: żeby zapomnieć o kimś, musisz wejść pod kogoś.

A może gdzieś z tyłu głowy już wiedziałam, w co się pakuję, kiedy postanowiłam wejść za nim.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział