Rozdział 236

Zakaszlałam krwią, kiedy wcisnęłam moją córkę, Clarę, w ramiona Bretta.

Brett Lancaster, Alfa Watahy Krwawego Księżyca.

W tamtej chwili przymierzał pierścień dla Vanessy podczas ich ceremonii złączenia.

— Tatusiu… — Clara próbowała coś powiedzieć, ale on lodowato odepchnął ją od siebie.

Brett prychnął z pogardą, rozdzierając test potwierdzający pochodzenie.

— Córka wyrzutka? W Watasze Krwawego Księżyca nie ma dla niej miejsca.

Nie wiedział, że Clara nie słyszy na lewe ucho, że te ostre jak brzytwa słowa do niej nie docierają.

Nie wiedział, co niosę w torbie — diagnozę choroby w terminalnym stadium, wyrok bez daty, ale z pewnym finałem.

Bogini Księżyca przychodziła do mnie w snach, ostrzegając, że mój czas się kończy.

Kiedy Clara błagała go, żeby uratował jej mamę, rozpaloną gorączką ponad czterdzieści stopni, kazał strażnikom wyrzucić ją wprost w burzę.

— Nie naśladuj rozpaczliwych kłamstw swojej matki!

Pełzając po zimnej podłodze i zbierając rozsypane tabletki przeciwbólowe, czułam, jak serce pali mnie jedną prawdą: Clara nie może stracić matki. Ona musi przeżyć.

Marsz weselny ceremonii złączenia niósł się echem, gdy Brett wpadł szturmem do mojego szpitalnego pokoju.

Przycisnął elektrody defibrylatora do mojej klatki piersiowej i wrzasnął:

— Lilith! Myślisz, że udając śmierć, zmażesz swoje grzechy?!

Monitory zawyły wraz z moim ostatnim oddechem — już mnie nie było. Panika uderzyła w niego jak fala sztormowa, nagła i bezlitosna.

Później wielu widziało Alfę Watahy Krwawego Księżyca klęczącego na cmentarzu, gdzie kwitły fioletowe eustomy, jak szlochał:

— Moje eustomy zakwitły… Lilith, tęsknię za tobą tak, że słów mi brak…

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział