Rozdział 5

Punkt widzenia Victorii

Uciekłam z łazienki, przesuwając palcami po karku, jakbym chciała zdrapać z siebie to obrzydliwe wrażenie po nieudanym pocałunku Ethana. Miałam wręcz przemożną ochotę wskoczyć pod prysznic i zmyć z siebie każdy ślad jego dotyku.

Zanim zdążyłam wyjść, z tyłu dogonił mnie głos Damiena — z nutą kpiny i rozbawienia.

— Ale z ciebie zadziora, co?

Nie potrafiłam stwierdzić, czy to komplement, czy szyderstwo.

Zatrzymałam się i odwróciłam do niego.

— Kto robi źle, ten nie zasługuje na karę?

— Idąc tym tropem — odparł Damien, a jego głos był gładki jak jedwab — właśnie cię uratowałem. To jak zamierzasz mi podziękować?

Oparł się niedbale o blat przy umywalce, skrzyżował ręce na szerokiej klatce piersiowej, a długie nogi swobodnie wysunął do przodu. Te idealnie skrojone eleganckie spodnie wcale nie ukrywały jego potężnej sylwetki.

Ta dominacja, która od niego biła, sprawiała, że czułam się nieswojo. Nosił się jak Alfa, który zna swoją siłę i nie ma oporów, żeby z niej korzystać.

— Skoro pan też tu je kolację, panie Sterling, mogę dziś zapłacić za pański rachunek — zaproponowałam, nie chcąc zostać jego dłużniczką.

Na ustach Damiena zatańczył cień uśmiechu.

— Panie Sterling? To ty tak oficjalnie do wszystkich przygód na jedną noc?

Poczułam, jak policzki mimowolnie mnie palą.

— To twoja forma zapłaty? — ciągnął, a jego głos opadł niżej. — Jestem w twoich oczach aż tak tani?

— To czego chcesz? — zmarszczyłam brwi, zaczynając rozumieć, że kłopoty, w które wpakowałam się wczoraj impulsywnie, mogą być dużo gorsze, niż sądziłam.

Nie znałam Damiena dobrze, ale plotki o nim były legendarne. Wszyscy mówili, że jest bezwzględny w swoich metodach. Jego matka zmarła młodo, a ojciec szybko ożenił się ponownie.

Macocha miała kilka poronień i wszyscy byli święcie przekonani, że Damien maczał w tym palce — nie zniósłby żadnego potencjalnego dziedzica, który mógłby zagrozić jego pozycji w stadzie. Za to go wygnano, a potem po jakimś czasie sprowadzono z powrotem.

Krążyły też pogłoski, że po cichu trzyma sztamę z wyrzutkami i miesza się w naprawdę paskudne interesy.

Ja sama od dawna miałam wobec niego głęboko zakorzenioną niechęć.

Damien przyglądał mi się powoli, jakby wyceniał rzadki skarb.

— Jeszcze nie zdecydowałem. Zostawmy to jako dług… — Nagle uniósł kącik ust. — Ale serio, szkoda, że mój żałosny brat nie zdążył poczuć tej wyrafinowanej przyjemności twojego ciała.

Odwróciłam twarz, odmawiając odpowiedzi na tę prostacką prowokację.


Gdy wróciłam do naszego prywatnego pokoju, Grace podniosła wzrok z niepokojem.

— Victoria, tak długo cię nie było! Wszystko w porządku?

— Wszystko gra — odpowiedziałam, chcąc jak najszybciej zamknąć ten temat. — Jedzmy dalej.

— Ojej, prawie zapomniałam! — Grace aż się ożywiła. — Pamiętasz ten konkurs na projekt biżuterii? Wysłałam kilka twoich wcześniejszych prac i zgadnij co? Zgarnęłaś złoto! Kilka znanych firm jubilerskich dosłownie przebiera nogami, żeby cię podpisać. Tu masz dyplom i nagrodę pieniężną — przeleję ci ją.

Tylko skinęłam głową, jakby ta wiadomość wcale mnie nie ruszyła. W końcu całe życie mnie formowano pod doskonałość. Muzyka, szachy, malarstwo, kaligrafia — każda „salonowa” sztuka, którą powinna opanować idealna dziedziczka, przychodziła mi bez wysiłku. Ale to była tylko fasada. Pod wypolerowanymi manierami i jedwabnymi sukniami płynęła krew następczyni Alfy. Od dziesiątego roku życia trenowali mnie najlepsi — walka wręcz, broń biała, strzelectwo — każda dyscyplina doprowadzana do perfekcji. Miałam refleks jak błyskawica, siłę dwa razy większą niż dorosły wilkołak i instynkt tak ostry, że wyczuwałam zagrożenie, zanim w ogóle odważyło się wyjść z cienia.

Dlatego ktoś taki jak Ethan — wilkołak o co najwyżej przeciętnych zdolnościach — był w moich oczach tylko śmiesznym, nic nieznaczącym natrętem. A jednak nigdy nie miałam okazji pokazać mu, na co mnie stać, kiedy jeszcze byliśmy razem. Teraz, oczywiście, nie było już po co.

Po kolacji Grace złapała mnie podekscytowana za ramię.

— Skoro jeszcze wcześnie, chodźmy!

Spojrzałam na nią zdezorientowana.

— Dokąd?

— Do klubu! No nie pamiętasz? Obiecałam, że przedstawię ci kilku modeli.

Po spotkaniu z Ethanem mój nastrój całkiem siadł.

— Może innym razem?

Grace nie naciskała. „Dobra, to odpocznij przez najbliższe parę dni. Następnym razem na pewno pójdziemy!”

Po rozstaniu z Grace wróciłam prosto do domu i spędziłam całe dwie godziny pod prysznicem, szorując szyję w miejscu, gdzie Ethan próbował mnie pocałować, aż skóra zrobiła się czerwona i piekąca. A i tak nie potrafiłam zmyć z siebie tego obrzydzenia — siedziało we mnie jak lep na muchy.

Przez kolejne parę dni telefon nie dawał mi spokoju — co chwila dzwoniły firmy jubilerskie, które po mojej wygranej w konkursie chciały mnie zwerbować. Sutton Jewelry, rodzinny biznes Scarlett, nawet przysłał mi zaproszenie, nie mając pojęcia, że projektantka znana jako „Nine” to tak naprawdę ja. Zignorowałam to całkowicie.

Kilka dni później nadszedł czas gali, o której wspominał dziadek. Początkowo planował, że pójdziemy razem, żeby publicznie ogłosić moją tożsamość, ale w ostatniej chwili poczuł się gorzej, więc poszłam sama.

To były urodziny ważnej figury w stolicy — impreza z tych, na których wszystko ocieka przepychem. Przyjechałam wcześniej, ubrana w czarną suknię wieczorową. Zewsząd spadały na mnie spojrzenia pełne uznania.

Takie okazje wcale nie były mi obce. W końcu jako dziedziczka rodu Lancasterów od dziecka bywałam na salonach, więc czułam się tu zupełnie swobodnie.

Nie znając większości obecnych, trzymałam się na uboczu w rogu sali, mimochodem podsłuchując rozmowy w pobliżu.

— Słyszałaś? Podobno dziś ma przyjść patriarcha Lancasterów — szepnęła podekscytowana jedna kobieta.

— Ci Lancasterowie z zagranicy? — dopytała jej towarzyszka.

— Tak! Pan Lancaster samotnie wychował wnuczkę po tym, jak jego córka i zięć zginęli w tej katastrofie lotniczej. Od lat jest na emeryturze i prawie nie pokazuje się publicznie. Mówią, że dziś przyprowadza wnuczkę.

— Jego wnuczka ma zostać następną alfą watahy Crescent Dawn. I cały majątek Lancasterów też przejdzie na nią.

— Matko jedyna, ta niewiarygodnie potężna wataha Crescent Dawn...

— Ciekawe, jak wygląda… Musi mieć niesamowite szczęście.

Słuchałam ich domysłów z krzywym rozbawieniem, bo nie miały pojęcia, że dziedziczka, o której plotkują, stoi dosłownie obok.

Kiedy zaczęło schodzić się więcej gości, wypatrzyłam wśród nich Ethana i Scarlett. Weszli pod rękę, robiąc wielkie wejście, a inni składali gratulacje nowożeńcom.

POV autora

Victoria stała na skraju sali balowej, gdzie złote żyrandole lały miękkie światło na morze błyszczących sukien i szmer śmiechu. Nie musiała nic mówić ani nawet się poruszyć, żeby przyciągać uwagę — sama jej obecność robiła swoje. W chwili, gdy weszła, coś w powietrzu drgnęło, jakby sala na moment wstrzymała oddech.

Ethan zobaczył ją od razu.

I przez ułamek sekundy zapomniał, jak się oddycha.

Nigdy nie widział jej takiej — dzikiej, olśniewającej, nie do dosięgnięcia. Czarna suknia przylegała do niej z grzeszną precyzją, podkreślając każdy kształt jakby utkany z księżycowego jedwabiu. Złote włosy miała upięte, odsłaniając elegancką linię szyi, a karminowe usta wykrzywiały się ledwie dostrzegalnie, jakby kpiła z samej idei złamanego serca.

Pierwsze spojrzenie go oszołomiło.

Drugie roztrzaskało resztki jego samokontroli.

Nawet przez dogasające resztki ich więzi czuł ją — chłodną, daleką, potężną. I, na bogów, właśnie to sprawiało, że pragnął jej jeszcze bardziej.

Scarlett zauważyła jego spojrzenie.

Oczywiście, że zauważyła. Jej śmiech przygasł, gdy podążyła za jego wzrokiem, a kiedy jej oczy padły na Victorię, zazdrość wybiła na wierzch jak trucizna. Wbiła paznokcie w dłonie tak mocno, że aż poczuła pieczenie i wilgoć krwi.

Przyszła tu po niego — pomyślała Scarlett, a wściekłość wykrzywiła jej idealne rysy. Ta żałosna omega naprawdę za nami tu przyszła.

Jakim cudem ktoś taki jak Victoria w ogóle mógł postawić nogę na tak ekskluzywnej imprezie? Sama ta myśl wystarczyła, żeby rozpalić w Scarlett furię. A jeśli Victoria chciała uwagi, to zaraz ją dostanie — tylko nie taką, jakiej się spodziewa.

Głos Scarlett poniósł się po sali, ostry, a przy tym lepki od jadu, słodki jak miód, który parzy w gardło.

— No proszę, proszę… co za niespodzianka. Kto ją tu wpuścił? — syknęła, na tyle głośno, że goście w pobliżu odwrócili głowy. — Ochrona! To wydarzenie jest tylko dla zaproszonych. Proszę wyprowadzić tę kobietę, zanim skompromituje się jeszcze bardziej.

Po sali przetoczyły się szepty. Głowy zaczęły się obracać. Na obrzeżach wykwitł cichy, nerwowy chichot.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział