Rozdział 6
Perspektywa Victorii
Już miałam wyjść, kiedy uścisk Ethana zacisnął się na ramieniu Scarlett, a w jego głosie pojawił się ten protekcjonalny ton, którego z czasem nauczyłam się nienawidzić.
— Kochanie, po co marnować energię i denerwować się kimś tak… nieistotnym?
Nieistotnym.
To słowo uderzyło mnie jak policzek, aż poczułam, jak coś we mnie pęka. Pięć lat. Pięć lat mojego życia sprowadzone do jednego, pogardliwego słowa. Nora poruszyła się niespokojnie pod moją skórą, jej wściekłość była równa mojej — choć dzięki zaczarowanej bransoletce, którą nosiłam, nikt nie potrafił wyczuć jej obecności ani mojej prawdziwej natury alfy.
Nieistotna? Ta gorzka ironia aż dusiła. Skoro byłam taka nieistotna, to kto błagał jej dziadka, żeby „pociągnął za sznurki”, gdy Capital University odrzucił jego podanie? Kto spędzał niezliczone bezsenne noce nad redagowaniem jego prac badawczych, patrząc, jak zbiera laury za robotę, która w połowie była moja? Każdy „szczęśliwy traf” w tej jego żałosnej karierce był misternie przeze mnie ustawiony, a teraz byłam nieistotna?
Wściekłość narastająca w klatce piersiowej była jak rozgrzany metal, groziła, że spali do cna resztki opanowania, jakie mi zostały. Jak on śmie. Jak on śmie sprowadzić wszystko, co mu dałam — wszystko, co poświęciłam z prawdziwej siebie — do zera.
Scarlett nie skończyła przekręcać noża w ranie.
— Przecież wszyscy wiedzą, że Victoria ma zwyczaj podbierać cudzych facetów. Najpierw śledziła nas do tamtej restauracji, a teraz zjawia się na tej gali? Ona po prostu chce się wcisnąć do towarzystwa, podpinając się pod sterlingowskie nazwisko Ethana.
Śledziłam? Prawie chciałam parsknąć śmiechem z tej bezczelności. To był dom moich przodków — posiadłość Lancasterów urządzała tu bale od pokoleń — a jednak to ja byłam intruzem. Sama arogancja tej wilczycy, mówiącej do mnie jak do jakiejś pospolitej łowczyni bogatych nazwisk, sprawiła, że Nora zawarczała w mojej głowie.
Czułam, jak spojrzenia innych gości kierują się w naszą stronę, a szepty tworzą brzęczący podskórnie strumień plotek.
Dobrze. Niech poczują choć ułamek upokorzenia, które mi zafundował.
— Nie każdego ciągnie do śmieci — powiedziałam.
— Scarlett — ciągnęłam dalej, robiąc celowy krok w jej stronę. — Tamten policzek w restauracji niczego cię nie nauczył? Czy może byłam zbyt łagodna, kiedy wdeptałam Ethana w ziemię, zostawiając ci dość tupetu, żeby prowokować mnie publicznie?
Niech pamięta, z kim rozmawia. Niech oboje pamiętają.
— Victoria, za kogo ty się uważasz?! — wrzasnęła Scarlett, a jej starannie sklejona fasada wreszcie popękała jak tania farba. — Ochrona! Natychmiast wyrzucić tę kobietę!
Ochroniarz podszedł z wyćwiczoną sprawnością, z twarzą zawodowo obojętną.
— Proszę pani, to impreza prywatna. Proszę okazać zaproszenie.
Sięgnęłam do torebki, palce zacisnęły mi się na eleganckiej karcie — tej samej, na której widniał herb rodu Lancasterów — kiedy na moim ramieniu spoczęła ciepła dłoń. Zapach uderzył mnie natychmiast: dymny cedr i nocna róża. Mój partner.
— Jest moim gościem. Jakiś problem?
Damien.
Szepty dookoła zmieniły ton, zrobiły się jeszcze bardziej podniecone:
— To jednak prawda, że była kochanką Ethana…
— Biedna Victoria, nic dziwnego, że w restauracji wyglądała na zdruzgotaną…
Niech gadają. Niech wszyscy zobaczą, jakim człowiekiem naprawdę jest Ethan.
Twarz Scarlett oblała się purpurą, a jej opanowanie kruszyło się coraz bardziej.
— Nie jestem kochanką! Jestem jego żoną!
Uśmiech Damiena zrobił się drapieżny.
— Jaka kochanka przyznałaby się do swojej roli? Poza tym… czy obecna pani Sterling Senior nie wspięła się na szczyt właśnie jako kochanka? Nawet dopilnowała, żeby jej nieślubny syn został uznany za dziedzica. — Przeniósł wzrok na Ethana z udawanym współczuciem. — To chyba rodzinne, co?
Okrutne. Musiałam przyznać — Damien Sterling doskonale wiedział, gdzie uderzyć. Znał politykę stada i rodzinny wstyd lepiej niż większość… pewnie dlatego, że sam przeżył swoją własną wersję tego piekła.
Pochylił się wtedy bliżej, jego oddech był ciepły przy moim uchu i posłał mi po kręgosłupie dreszcze, które nie miały nic wspólnego z wieczornym chłodem.
— To już drugi raz, kiedy cię ratuję, mała wilczyco. Jak zamierzasz mi się tym razem odwdzięczyć?
To zdrobnienie przyspieszyło mi puls — czy on coś podejrzewał? Ten intymny szept rozlał we mnie gorąco, a ja walczyłam, żeby twarz pozostała niewzruszona.
— Nie potrzebuję twojej pomocy — wyszeptałam w odpowiedzi, choć Nora niemal mruczała z zadowolenia, czując jego bliskość.
Jego cichy chichot zadrżał mi przy uchu, głęboki i aksamitnie mroczny.
— No chodź.
Już miałam się wygodnie rozsiąść i delektować się tym całym przedstawieniem, kiedy poczułam, jak twarda dłoń oplata mi talię. Zanim zdążyłam zareagować, ramię Damiena zacisnęło się wokół mnie jak stalowa obręcz.
— Co ty— puść mnie! — syknęłam, próbując się wyrwać, ale jego uścisk był nie do ruszenia.
— Jak na jeden wieczór, to już się napatrzyłaś — mruknął mi przy uchu, a w jego głosie pobrzmiewała ta władcza nuta, od której coś zdradziecko trzepotało mi w klatce piersiowej.
Zanim zdążyłam zaprotestować, poprowadził mnie w stronę pobliskiej toalety dla pań. Ciężkie drzwi kliknęły za nami, a zaraz potem usłyszałam zdecydowany trzask przekręcanego zamka.
Jednym płynnym ruchem przycisnął mnie plecami do drzwi, zamykając mnie w klatce swojego ciała. Jedną rękę oparł o drewno tuż obok mojej głowy, a druga osiadła na mojej talii w sposób aż nazbyt zaborczy. Ciepło jego dłoni paliło przez jedwab mojej sukienki.
— Co ty wyprawiasz? — zażądałam, ale mój głos zabrzmiał bardziej zachrypnięcie, niż zamierzałam. Ta bliskość działała na mnie mocniej, niż chciałam się do tego przyznać.
— Prowadzę rozmowę — odparł gładko, a jego alfa-autorytet prześwitywał przez swobodny ton. — Bez widowni.
Obecność Damiena natychmiast wypełniła każdy kąt tej intymnej przestrzeni. Jego zapach — odurzająca mieszanka cedru i nocnych róż — otoczył mnie całkowicie. Nawet przez moje skrzętnie przytłumione wilcze zmysły był przytłaczający; jak stanie zbyt blisko ognia, który obiecuje i ciepło, i spaleniznę.
Przycisnęłam plecy do chłodnych kafelków, ale nie miałam dokąd uciec. Poruszał się z drapieżną gracją, skracając dystans, aż poczułam bijące od niego ciepło.
— To jest porwanie — powiedziałam.
Czemu ja tak dyszę?
Z każdym płytkim oddechem czułam twardą ścianę jego klatki piersiowej. Widziałam złote iskierki w jego ciemnych oczach — zdradzały, jak blisko powierzchni czai się jego wilk.
— Porwanie? — Jego głos opadł do niskiego pomruku, który przeszedł przeze mnie jak dreszcz. — Mocne słowa jak na kogoś, kto wcale się specjalnie nie wyrywał, kiedy go tu prowadziłem.
Gorąco zalało mi policzki, bo miał rację. Mogłam się wyrwać, mogłam zrobić scenę, mogłam odmówić. A jednak poszłam za nim jak ćma do płomienia.
Jego usta wygięły się w ten doprowadzający mnie do szału uśmieszek — taki, przez który wyglądał jak uosobiony grzech, jak pokusa, która dostała ciało. Kiedy pochylił się bliżej, poczułam na jego oddechu ledwie wyczuwalną miętę i ciepły szept przy skórze.
— Już ci mówiłem. Znowu ci pomogłem, a teraz jesteś mi winna porządne podziękowania.
Pochylił się, a ja pomyślałam, że chce mnie pocałować. Odruchowo uniosłam dłoń, zasłaniając usta, a serce waliło mi o żebra jak ptak w klatce, szarpiący się o wolność.
Ale zamiast tego głowa Damiena zsunęła się niżej, ku mojej szyi. Poczułam ciepło jego oddechu na skórze, a potem szokujące muśnięcie zębów na gardle — nie do końca oznaka, nie do końca ugryzienie „na własność”, ale na tyle blisko, że każda końcówka nerwowa w moim ciele stanęła na baczność. Ugryzł delikatnie, a potem zassał mocno, zostawiając ślad — głęboki, czerwony rozkwit tuż nad obojczykiem.
— Zwariowałeś?! — sapnęłam, a ostry ból sprawił, że odepchnęłam go mocniej, niż było trzeba. Kontakt posłał iskry przez moje dłonie, gdy dotknęły jego piersi.
Odwróciłam się do lustra; oczy rozszerzyły mi się na widok tej bezczelnie oczywistej czerwonej plamy na szyi. Przycisnęłam do niej palce i zaczęłam nerwowo pocierać, ale ślad tylko robił się coraz bardziej czerwony i coraz wyraźniejszy pod moim dotykiem.
Jak ja mam się teraz komukolwiek pokazać?
— Ty… — wpatrywałam się w jego odbicie w lustrze, przez chwilę niezdolna wydobyć z siebie słowa. Jego oczy miały niemal złoty poblask — jego wilk był tuż pod skórą.
— Co jest? Boisz się, że Ethan sobie coś dopowie?
— Nie mam się czego bać — odburknęłam, unosząc brodę wyzywająco. — Jestem singielką, nie czyjąś żoną.
Coś drgnęło w wyrazie Damiena na moje słowa; jego uśmiech zrobił się niebezpieczny, drapieżny.
— W takim razie dajmy im jeszcze więcej powodów do gadania.
— Co ty mówisz— mmph!
Oczy rozszerzyły mi się, kiedy jego twarz nagle wypełniła mi całe pole widzenia, a jego dłonie ujęły moje policzki z zaskakującą delikatnością. Damien mnie całował!
