Rozdział 4
Rozdział 4
Ramon
Światła miasta migotały na szybach, kiedy jechałem drogami prowadzącymi do mojej posiadłości w górach.
Deszcz znów zaczął padać, potęgując napięcie, które i tak już gęstniało między ludźmi, z którymi byłem. W lusterku wstecznym widziałem omegę — Lake’a — który trzymał się swojego brata, przyciśniętego do jego boku; obaj byli owinięci w koce, które moja ochrona dała nam na plaży.
Lake Sanders. To nazwisko przez miesiące było dla mnie niczym więcej jak papierami na biurku, aktywami, które zdobyłem, współpracując z moralnie wątpliwymi typami w mieście.
Samuel Sanders od lat był moim utrapieniem, ogromnym cierniem w boku. Wiecznie pożyczał, nigdy nie oddawał, dobijał targów z rywalizującymi watahami, podkopując mój autorytet, a ja tego nienawidziłem.
Kiedy tamtym razem, gdy widziałem go ostatnio, zaproponował mi swojego omega-syna jako zabezpieczenie… przyjąłem to bardziej z czystej złośliwości niż z jakiejkolwiek realnej potrzeby. To miała być lekcja do odrobienia. Nigdy nie spodziewałem się, że Samuel zniknie, zostawiając po sobie długi — i syna.
I nigdy nie spodziewałem się, że znajdę jego syna, próbującego się zabić w środku nocy.
— Jesteś już bezpieczny — powiedziałem, przerywając ciszę, która panowała w samochodzie, odkąd wyjechaliśmy z plaży. — Nikt nie skrzywdzi ani ciebie, ani jego.
Oczy Lake’a spotkały się z moimi w lusterku, uparcie, wyzywająco, mimo strachu, którego zapach czułem, jak spływa z niego falami.
— Poza tobą.
Zacisnąłem dłonie na kierownicy tak mocno, że aż zbielały mi knykcie, gdy odpowiedziałem:
— Nie krzywdzę tego, co do mnie należy.
— Nie należę do ciebie — odburknął natychmiast, choć jego głos lekko zadrżał.
— Twój ojciec doskonale wiedział, co robi, kiedy cię mi podpisał. Znał prawa naszego gatunku. A według nich teraz cię posiadam.
— A powiedział ci przy okazji, że wychowuję też jego drugie dziecko? Wspomniał o tym, kiedy sprzedawał mnie, jakbym był pieprzonym bydłem?
Gorycz w jego głosie była ogromna, niemal namacalna. Znów zerknąłem na dziecko — Olliego, jak nazwał go Lake — które teraz spało głęboko, wyczerpane wydarzeniami tej nocy.
— Nie — przyznałem. — Samuel nie wspomniał o dziecku.
Lake parsknął gorzkim śmiechem i pokręcił głową, jakby dokładnie tego się spodziewał, bo ani odrobinę nie wyglądał na rozczarowanego.
— No jasne, że nie. Ollie nigdy w ogóle nie był dla niego ważny. Porzucił go, jak tylko się urodził. Kiedy na niego patrzył, widział tylko kolejne rozczarowanie. Tylko kolejną gębę do wykarmienia. Kolejne potomstwo jakiejś omegi.
Zachowałem tę informację w pamięci. Samuel Sanders nigdy nie sprawiał wrażenia ojcowskiego typu, skoro oddał mi własnego syna, ale porzucenie dziecka — nawet z innej omegi — było okrutne nawet jak na niego.
— Opowiedz mi, co się stało w restauracji — powiedziałem, zmieniając temat, gdy przejeżdżaliśmy przez bramę. — Ci klienci, którzy cię skrzywdzili.
Dłoń Lake’a instynktownie powędrowała do posiniaczonej twarzy. Spojrzał na mnie podejrzliwie, z niezrozumieniem, po co chcę wiedzieć takie rzeczy.
— A co tu opowiadać? Chcieli czegoś, czego nie zamierzałem im dać. Odmówiłem. Swoje rozczarowanie wyrazili fizycznie.
— Szczegóły — nacisnąłem, a do mojego głosu wdarł się pomruk. — Chcę szczegółów.
— Dlaczego? Żebyś mógł im pogratulować, że mnie dla ciebie złamali?
Uderzyłem w hamulce, a SUV zatrzymał się gwałtownie pośrodku podjazdu. Odwróciłem się na siedzeniu całkiem, żeby stanąć z nim twarzą w twarz, pozwalając, by moje alfa-feromony wypełniły ciasną przestrzeń. Jego oczy rozszerzyły się, źrenice rozlały w reakcji.
– Słuchaj uważnie – powiedziałem, utrzymując głos pod kontrolą i spokojny, mimo gniewu, który w tej chwili przepływał przez moje ciało. – Tamci mężczyźni dotknęli tego, co jest moje. Zniszczyli to, co do mnie należało. Nikt w tym mieście nie tknie niczego, co jest pod moją ochroną, bez konsekwencji. Więc zapytam jeszcze raz: co się stało?
Lake przełknął z trudem; jego omegańska natura reagowała na moją dominację, nawet gdy patrzył na mnie z urazą.
– Trzech stałych klientów. Alfy. Zagonili mnie do kąta po zamknięciu i chcieli, żebym im… usłużył. Kiedy odmówiłem, pobili mnie do nieprzytomności i zostawili w magazynie. Obudziłem się kilka godzin później i musiałem pobiec po Olliego.
Trzy alfy. W restauracji. Odnotowałem to w myślach – na razie – ale tym zajmę się zaraz po tym, jak skończę z Lake’em.
Znajdę ich i nauczą się, jaką cenę płaci się za dotykanie tego, co do mnie należy.
– Dziękuję – powiedziałem, wycofując feromony, żeby mógł łatwiej oddychać.
Wróciłem do prowadzenia i podjechałem pod front mojej rezydencji.
Ostry wdech Lake’a, gdy ogarnął wzrokiem posiadłość, dał mi chwilę satysfakcji. Niech zobaczy, co mogę mu zapewnić, jeśli tylko mi na to pozwoli. Niech zobaczy różnicę między jego światem a moim.
– To tutaj mieszkasz? – Dziecko też się obudziło; jego głos był cichy i pełen zachwytu, gdy przycisnął twarz do szyby.
– To tutaj wszyscy teraz mieszkamy – poprawiłem, parkując przed głównym wejściem. Niemal natychmiast pojawiła się obsługa – dwóch ochroniarzy i troje personelu domowego, wszyscy bety, żeby uniknąć konfliktów zapachowych.
Wysiadłem pierwszy, przywołując gestem dłoni mojego szefa ochrony, Michaela, żeby podszedł.
– Przygotujcie pokoje dla naszych gości – poleciłem cicho. – Niebieski apartament dla omegi i sąsiadujący pokój dla dziecka. I wyślij kogoś do ich starego mieszkania po rzeczy – te nieliczne, które mają.
– Tak jest, Alfa – odpowiedział Michael, już wpisując polecenia w telefon. – Adres?
Odwróciłem się do SUV-a, gdzie Lake pomagał Olliemu wysiąść z samochodu; obaj wciąż byli owinięci kocami. – Lake, jaki jest adres waszego mieszkania?
Zawahał się, zanim go podał. Michael skinął głową i od razu odszedł, żeby dopilnować przygotowań. Ruszyłem, by pomóc Lake’owi, ale on odskoczył, gdy wyciągnąłem rękę.
– Możemy przejść sami – rzucił ostro, prowadząc Olliego w stronę schodów.
Duma. Ta omega miała jej za dużo i trzeba było się tym zająć wkrótce, zanim stanie się to dla mnie problemem.
– Pani Winters – zawołałem moją gospodynię, starszą betę, która służyła mojej rodzinie od dziesięcioleci. – Proszę dopilnować, żeby nasi goście dostali suche ubrania i coś ciepłego do jedzenia.
– Oczywiście, Alfa Ramon – odparła, skłaniając przede mną głowę, po czym podeszła do Lake’a i Olliego z ciepłym uśmiechem na twarzy.
– Biedactwa, musicie strasznie marznąć. Chodźcie, wprowadzimy was do środka i zadbamy, żeby było wam wygodnie.
Ku mojemu zaskoczeniu Ollie od razu polubił panią Winters, trajkocząc o tym, jaki jest głodny, gdy prowadziła ich do domu. Lake podążył za nimi ostrożniej, rozglądając się z wyraźną podejrzliwością, ale trzymając się blisko brata.
Dałem im przestrzeń, polecając personelowi, by zadbali o ich komfort, podczas gdy ja przebrałem własne mokre ubrania.
Kiedy wróciłem na główne piętro, ubrany w suche rzeczy i sweter, pani Winters poinformowała mnie, że oboje goście dostali suche ubrania i są teraz w kuchni, gdzie szef kuchni przygotowuje dla nich późny posiłek, żeby mieli coś w żołądku.
