Rozdział 115 115

Czuję, jak pot spływa mi po karku i wsiąka między piersi. Szczerze? Kąpiel brzmiałaby teraz jak zbawienie — i dla higieny, i dla obolałych mięśni. Podchodzę do stołu i odkładam drewniany miecz, po czym dołączam do Zeriona z ledwo zauważalnym uśmiechem. Idzie pewnym krokiem, wita się ze swoimi ludźmi...

Zaloguj się i kontynuuj czytanie