Rozdział 4 Ciężar tajemnic

Sean Anderson siedział sam w swoim gabinecie jeszcze bardzo długo po tym, jak dzieci wyszły.

Kartka z zapisanym na niej jego imieniem leżała na biurku. Wciąż na nią patrzył, jakby miała się zmienić, jeśli będzie wpatrywał się wystarczająco długo. Ale się nie zmieniała. Pismo było takie samo. Jego imię nadal tam widniało.

Sean Anderson.

Zbudował całe swoje życie na kłamstwie.

Nie na świadomym kłamstwie, ale mimo wszystko na kłamstwie. Wmawiał sobie — i wszystkim innym — że jest człowiekiem nieskazitelnym. Że nigdy nie zrobił nic złego. Że nigdy nie był lekkomyślny ani głupi, ani po prostu ludzki.

Zbudował Anderson Industries w imperium, będąc chłodnym, ostrożnym i doskonałym.

Ale te dzieci spojrzały na niego jego własnymi oczami i powiedziały: Jesteś naszym ojcem.

A jego ciało wiedziało, że to prawda, zanim jego umysł zdołał temu zaprzeczyć.

---

Trzydzieści lat wcześniej Sean był innym człowiekiem.

Nadal był bystry i ambitny, ale był też młody i samotny. Niedawno przejął firmę po ojcu, mając zaledwie dwadzieścia cztery lata. Jego ojciec zmarł nagle, a Sean został zmuszony dorosnąć z dnia na dzień.

Nie miał czasu na przyjaciół. Nie miał czasu na zabawę. Nie miał czasu na miłość.

Codziennie pracował do północy. Mieszkał sam w dużym domu, który wydawał się pusty. Nie rozmawiał z nikim o niczym, co naprawdę miało znaczenie.

Aż pewnego wieczoru, podczas biznesowego wydarzenia, zobaczył ją.

Dziewczynę, która nie pasowała do wszystkich innych ludzi obecnych tamtego wieczoru. Miała na sobie sukienkę, która była zbyt tania, i buty, w których czuła się niewygodnie. Rozglądała się dookoła, jakby nigdy wcześniej nie widziała bogatych ludzi.

Była piękna, ale nie w taki sposób, w jaki piękne bywają bogate dziewczyny. Była piękna w sposób, który wydawał się prawdziwy.

Rozmawiał z nią przez godzinę. Tylko jedną godzinę.

Poszli do cichego ogrodu za budynkiem. Rozmawiali o książkach, marzeniach i wszystkich tych rzeczach, o których Sean nigdy z nikim nie rozmawiał. Śmiała się z jego żartów. Słuchała, kiedy mówił.

Po raz pierwszy od lat Sean poczuł się jak człowiek, a nie jak robot.

A potem ją pocałował.

A potem... nie pamiętał reszty.

Właściwie to nie była prawda. Pamiętał wszystko. Ale dawno temu postanowił tego nie pamiętać. Zepchnął to tak głęboko w głąb swojego umysłu, że stało się czymś na kształt snu. Czymś, co przydarzyło się komuś innemu.

Bo następnego ranka tej dziewczyny już nie było.

Nie pracowała już w firmie, w której się poznali. Nie zostawiła numeru. Nie zostawiła żadnej wiadomości. Po prostu zniknęła, jakby nigdy nie istniała.

Sean próbował ją odnaleźć. Ale nie znał nawet jej nazwiska. Wiedział tylko, że jej imię zaczynało się na M.

Po kilku miesiącach przestał szukać. Powiedział sobie, że to była tylko jedna noc. Że to nie miało znaczenia. To była chwila słabości, a słabość nie była czymś, na co prezes Anderson Industries mógł sobie pozwolić.

Więc zapomniał. Albo próbował zapomnieć. Albo wmówił sobie, że zapomniał.

Ale teraz troje dzieci z jego oczami, jego twarzą i jego krwią mówiło mu, że to miało bardzo duże znaczenie.

---

Sean tej nocy nie spał.

Siedział w swoim gabinecie i przeglądał w internecie zdjęcia. Wpisał w wyszukiwarkę „Molly May” i nie znalazł niczego. Wpisał rodzinę May i znalazł ich — bogatą rodzinę z córką o imieniu Diana.

Ale coś się nie zgadzało. Artykuły sprzed sześciu lat wspominały coś o rodzinie May. O córce. O skandalu związanym z ciążą.

Potem artykuły przestały o tym wspominać. Jakby to wymazano. Jakby ktoś nie chciał, żeby ludzie pamiętali.

Sean zadzwonił do śledczej. Przekazał jej informacje. Polecił jej, żeby znalazła wszystko o Molly May i o tym, co wydarzyło się sześć lat temu.

Nie powiedział jej dlaczego.

---

Następnego ranka Sean nie potrafił skupić się na pracy.

Miał spotkanie z inwestorami. Nie uważał. Dzwonili ważni ludzie. Nie odbierał.

Jego asystentka, Margaret, martwiła się. — Wszystko w porządku, sir? Nigdy nie opuszcza pan spotkań.

— Wszystko dobrze — powiedział Sean. Ale nie było dobrze. Po raz pierwszy od dziesięciu lat Sean Anderson nie panował nad sytuacją.

Wciąż myślał o dziewczynie w ogrodzie. O tym, jak na niego patrzyła, jakby coś znaczył. O tym, jak śmiała się z jego żartów.

Wciąż myślał o tym, co jej zrobił, zapominając.

A jeśli zaszła w ciążę?

A jeśli to właśnie się stało?

— Nie — powiedział na głos Sean. — To niemożliwe.

— Sir? — Margaret spojrzała na niego z niepokojem.

— Nic. Nieważne.

Ale to było jak najbardziej możliwe. Więcej niż możliwe. Dokładnie to dzieci mówiły mu, że się wydarzyło.

A jeśli to prawda, to Sean miał pięcioletniego syna i dwie pięcioletnie córki.

Miał rodzinę.

I zapomniał o nich wszystkich.

---

Tego wieczoru zadzwoniła śledcza.

Sean odebrał w swoim prywatnym gabinecie, przy zamkniętych na klucz drzwiach.

— Panie Anderson, mam informacje — powiedziała. — Molly May była biologiczną córką Waltera Maya. Podmieniono ją przy porodzie i dorastała w wiosce pod miastem. Sześć lat temu sprowadzono ją z powrotem do rodziny May. Trzy miesiące później ogłoszono, że jest w ciąży. Ojciec był nieznany.

Ręce Seana drżały.

— Co się z nią stało? — zapytał.

— Wyrzekli się jej i opuściła kraj. Wyjechała do Fomanesii. Znalazłam dokumenty dotyczące trzech porodów sprzed sześciu lat. Dwóch chłopców i jednej dziewczynki. W aktach urodzenia ojciec figuruje jako nieznany.

Śledcza zawahała się.

— Jednak, panie Anderson, powinnam pana poinformować, że trzy dni temu wróciła do Northfolk. Przyjęła posadę sprzątaczki w dzielnicy biznesowej. Mieszka w małym mieszkaniu z trójką dzieci. Pracuje bardzo ciężko, żeby je utrzymać.

Sean rozłączył się.

Wróciła. Molly May wróciła do Northfolk. Sześć lat po tym, jak o niej zapomniał, po tym, jak żył tak, jakby nigdy nie istniała, wróciła.

I pracowała na trzech etatach, żeby wychować jego dzieci.

Tamtej nocy Sean zrobił coś, czego nigdy wcześniej nie zrobił. Zapłakał.

I zrozumiał, że zimne, idealne życie, które zbudował, było tylko iluzją.

Dzieci wracały. Czuł to.

Wrócą, bo były jego i zasługiwały na odpowiedzi.

Ale on nie był gotów im ich dać.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział