Rozdział 3

Punkt widzenia: Dylan

– Mamo? Już jestem! – krzyknęłam w chwili, gdy wreszcie wróciłam do domu. Niemal natychmiast zbiegła po schodach naszego małego domku i szybko zamknęła mnie w ramionach, z łzami w oczach.

– Dylan, ja… ja tak mi przykro z powodu wczoraj. Siedziałam przy tobie godzinami, ale się nie ruszałaś. Musiałam wrócić do domu do Freddiego. – Wypłakała mi się w ramię, a ja tylko przewróciłam oczami. Nie jestem typem, który lubi się przytulać; zawsze wyglądam przy tym niezręcznie. Poza tym mama bywa czasem strasznie melodramatyczna.

– Mamo, nic mi nie jest. – W końcu przestała szlochać i powoli mnie puściła, ocierając oczy.

– Twój tata byłby taki dumny z tej silnej młodej kobiety, którą się stałaś. – Uśmiechnęłam się, po czym odwróciłam, żeby wejść na górę po schodach. – Dylan… ja… zrobiłam twoje ulubione.

Już czułam zapach wołowego bulionu, który gotowała. Aromat unosił się po całym domu. Bardzo rzadko udawało nam się zdobyć jedzenie potrzebne do ugotowania wołowego bulionu, więc uśmiechnęłam się i skinęłam jej głową, wiedząc, że musiała coś zrobić, żeby zdobyć składniki.

– Dzięki, mamo.

Ja i mama mamy skomplikowaną relację. Niezbyt dużo rozmawiamy, ale miłość między nami zdecydowanie jest. Uśmiechnęła się, po czym wróciła do kuchni dokończyć kolację. Po prostu nie mamy ze sobą nic wspólnego: ona nie rozumie mojego zadziornego podejścia, a ja nie rozumiem jej uległego. Nigdy nie zbudowałyśmy tej więzi, jaką mają większość rodziców z dziećmi. Chciała mieć grzeczną, ułożoną córeczkę, a dostała mnie – największego chłopczycę pod słońcem. Jasne, że nie jest wojowniczką, ale to nie znaczy, że nie pomoże mi ani mojemu bratu w każdy możliwy sposób… a przynajmniej próbuje. Polega na mnie strasznie mocno, czasem chyba aż za bardzo. Czasami mam wrażenie, że widzi we mnie stereotypowego „mężczyznę domu”.

– Dilly.

Odwróciłam się nagle i ledwo zdążyłam złapać Freddiego, kiedy rzucił się na mnie z szóstego stopnia.

– Uff. – Zabrakło mi trochę tchu, gdy owinął nogi wokół mojej talii. Plecy zapiekły mnie od nacisku, jaki na nie wywierał. – Freddie, uważaj, dalej strasznie mnie boli – jęknęłam, a on się roześmiał.

– Przepraszam. – Pochyliłam się i dmuchnęłam mu „malinę” w policzek, przez co zaniósł się histerycznym śmiechem, a potem odstawiłam go z powrotem na podłogę. Wziął moją dłoń w swoją małą rączkę i pobiegł do stołu w jadalni, ciągnąc mnie za sobą.

– Dylan… twoje plecy są… – Mama stanęła w progu, trzymając dwie miski bulionu, i wpatrywała się w moje plecy, gdy usiadłam przy stole. Powoli dotknęłam dłonią koszulki, która zakrywała bandaże zakrywające moje plecy. Materiał był mokry; nie miałam wątpliwości, że znowu krwawi.

– Cholera, po kolacji będę musiała znowu iść do pielęgniarki. – Spojrzałam na rękę i od razu zobaczyłam odrobinę czerwieni na palcu, co potwierdziło moje podejrzenia. Musiało krwawić całkiem mocno, skoro przesiąkało przez warstwy. Wiedziałam, że niektóre rany są głębokie.

– Czemu nie pozwolisz, żebym ci pomogła? Mogę cię opatrzyć po jedzeniu?! – Postawiła miski na stole przede mną i Freddym. Pokręciłam głową i uśmiechnęłam się do niej.

– Jest w porządku. Będziesz zbyt delikatna, a to trzeba ciasno owinąć. Ale dziękuję. – Westchnęła, po czym wróciła do kuchni po swoją miskę, a potem wróciła i usiadła z nami, żeby zjeść.

– Myślę, że potrafię oczyścić i na nowo zabandażować twoje rany, Dylan. Kiedy byłaś mała, pewnie opatrywałam dużo gorsze. – Przewróciłam oczami, ale zgodziłam się na jej pomoc. W sumie oszczędzi mi to marszu aż do domu Sheili tylko po to, żeby zaraz wracać.

Kiedy skończyliśmy kolację, chciałam już tylko spać. Miałam za sobą bardzo długi, męczący dzień, więc szybko usiadłam na małym stołeczku, który mama trzymała w schowku, i zdjęłam koszulkę, podczas gdy Freddy siedział przy stole i odrabiał swoje proste zadanie domowe. Nie minęło dużo czasu, a mama weszła z dużą miską ciepłej słonej wody i watą; wiedziałam, że to będzie szczypać.

Powoli zaczęła odwijać bandaż z mojego tułowia i zwolniła drastycznie przy ostatniej warstwie. Czułam, jak odkleja się od każdej rany, a ja zacisnęłam pięści z bólu.

— Jezu! — usłyszałam okrzyk mamy, kiedy opatrunek został całkiem zdjęty. Powietrze na plecach było przyjemne, więc westchnęłam, a ręką zasłoniłam znów odsłonięte piersi. — To jest więcej niż piętnaście! — Zaczęłam słyszeć jej pociąganie nosem i westchnęłam, odwracając się, żeby spojrzeć jej w twarz, tylko po to, by zobaczyć łzy spływające po policzkach.

— Mamo, nic mi nie jest, wszystko w porządku. — Pokręciła głową.

— Nie jest w porządku. Jestem twoją matką, nie powinnam dopuszczać do takich rzeczy. Tak mi przykro. Twój ojciec by… — no i zaczyna się znowu. Za każdym razem, kiedy coś się działo, zawsze wspominała tatę. Strasznie mnie to irytowało, bo choćbyśmy wszyscy nie wiem jak chcieli, żeby tu był, jego po prostu nie ma.

— Przestań być głupia! — Byłam ostra? Zdecydowanie. Czy musiała to usłyszeć kolejny raz? Jak najbardziej. — Tata nie żyje. Nie wiemy, co by zrobił, bo nigdy nie znał tego życia. Nigdy nie znał tego świata. — Ja wiem, co by zrobił: najpewniej rzuciłby się na faceta z biczem i w efekcie sam dałby się zabić. — Najlepsze, co możesz dla mnie zrobić, to przestać płakać i mi pomóc. Następnym razem nie upieraj się, że pomożesz, jeśli nie potrafisz tego znieść.

Zaczęła przemywać moje otwarte rany ciepłą słoną wodą, a ze mnie wyrywały się głośne syknięcia. Wiedziałam, że to konieczne, żeby nie doszło do zakażenia, ale, Boże, bolało jak cholera.

— Niektóre z nich są naprawdę głębokie, Dylan! — znów pociągnęła nosem, a ja przewróciłam oczami.

— Mówiłam ci, że nic mi nie jest. Po prostu owiń mnie z powrotem, żebym mogła iść spać. — Mama była moimi obrażeniami wyraźnie bardziej wstrząśnięta niż ja. Chyba tak zawsze jest. Kiedy to dzieje się tobie, po prostu musisz przez to przejść, ale kiedy dzieje się komuś, kogo kochasz, chcesz zabrać mu ten ból.

Szybko założyła świeży bandaż wokół mojej talii i klatki piersiowej i owinęła go ciasno, żeby ucisnąć. Miska z wodą, której użyła, miała teraz czerwony kolor — pewnie od krwi, którą kapały mi plecy.

— Możesz, proszę, trzymać głowę nisko? Chociaż w tym tygodniu. Nie możesz znieść kolejnych razów. — Po prostu skinęłam głową, po czym wstałam od stołeczka. Podeszłam do Freddiego i z czułością potargałam mu włosy.

— Dobranoc, smarkaczu. — Zachichotał i poprawił fryzurę.

— Dobranoc, Dilly. — Uśmiechnęłam się i poszłam na górę do swojej małej sypialni. Gdy tylko byłam w środku, zamknęłam drzwi i runęłam na łóżko na brzuch. Dałam sobie chwilę, żeby popłakać w samotności z bólu pleców. To, co zrobiła mama, było ważne, ale bolało jak diabli — choć nigdy bym jej tego nie powiedziała. Szybko zakryłam dłonią usta, żeby stłumić wszelki dźwięk, który mógł mi się wyrwać.

Nie mogłam nikomu powiedzieć. Musiałam być silna, bo coraz więcej ludzi ostatnio się sypało, a mama by się załamała, gdyby wiedziała, jak bardzo cierpię. Sen przyszedł niedługo potem. Miała jednak rację, że przez jakiś czas powinnam trzymać głowę nisko — nie mogłam znieść kolejnego razu!

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział