Rozdział 5 Nie skończył ze mną

Punkt widzenia: Emma

— Och… t-tak. Miło mi też cię poznać — jąkam się, wciskając dłoń w jego.

Jego uścisk jest ciepły i pewny, zupełnie stabilny. Mój zdecydowanie nie.

Ale w środku, w mojej głowie, wypuszczam największe westchnienie ulgi w całym swoim życiu.

On w to brnie.

Dylan Sterling, kapitan uniwersyteckiej drużyny hokejowej, przerażający starszy brat Olivii i facet, którego wczoraj w nocy pocałowałam w sposób niewiarygodnie głupi, udaje, że nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy.

Nie wiem, dlaczego to robi. Nie wiem, co później planuje zrobić z tą wiedzą. Ale w tej chwili jestem tak wdzięczna, że w duchu dziękuję każdej istniejącej wyższej sile.

Olivia klaszcze raz w dłonie, wyraźnie usatysfakcjonowana. — Widzisz? Wcale nie było tak niezręcznie — mówi.

Niezręcznie.

No jasne.

Gdyby tylko wiedziała.

Szybko cofam rękę, zanim Dylan zauważy, jak spocona jest moja dłoń. A może już zauważył.

Znając moje szczęście, na pewno.

Olivia opada na kanapę, jakby była u siebie (co technicznie rzecz biorąc jest prawdą), i zaczyna opowiadać o szkole, o Scotcie i o jakiejś dramie, która dzieje się na jednych z jej zajęć.

Dylan słucha z rozluźnioną cierpliwością starszego brata, który tysiąc razy widział ten sam zapał.

Krążę przy fotelu, próbując wyglądać normalnie.

Próbując nie myśleć o tym, że mniej niż dwadzieścia cztery godziny temu weszłam do tego samego domu, przekonana, że jest pusty.

Próbując nie myśleć o kuchni.

Ani o chwili, kiedy spanikowałam, pochyliłam się do przodu i pocałowałam go tak, jakby mój mózg na moment opuścił moje ciało.

Najgorsze?

On nawet mnie nie powstrzymał. Po prostu… stał tam i oddał pocałunek. Jakby to nie była najbardziej zakazana rzecz, jaką moglibyśmy zrobić.

Olivia jest w połowie narzekania na projekt grupowy, kiedy nagle dzwoni jej telefon. Zerka na ekran i jęczy.

— Ugh. Scott.

Dylan prycha.

Ona szturcha go w ramię, zanim odbierze.

— Halo?

Przez chwilę słucha, przewracając oczami.

— Spokojnie, mówiłam ci, że zadzwonię później. Jestem zajęta.

Zapada krótka pauza, którą obserwuje, słuchając jego odpowiedzi po drugiej stronie, po czym teatralnie wzdycha i wstaje.

— Czekaj. Nie słyszę cię. — Wskazuje korytarz. — Zaraz wrócę, minutka.

I tak po prostu znika za rogiem.

Kiedy tylko jej kroki cichną, powietrze w salonie się zmienia. Staje się cięższe i niebezpieczne, jakbym nie powinna nawet próbować przetrwać w takiej atmosferze.

Odchrząkuję i robię mały krok do tyłu.

— Ja… po prostu poczekam na górze, aż skończy rozmowę — mówię szybko.

Ucieczka to całkiem rozsądna strategia. Przynajmniej tak mi się wydaje.

Odwracam się w stronę schodów.

Ledwo robię jeden krok, a silna, nieustępliwa dłoń zaciska się na moim nadgarstku. Zanim zdążę zareagować, Dylan szarpie mnie z powrotem.

Moje ramię uderza o ścianę z cichym łupnięciem, kiedy delikatnie, ale stanowczo zastępuje mi drogę.

Serce natychmiast podskakuje mi do gardła.

— Dylan, ja—

Słowa wylewają się ze mnie, zanim zdołam je powstrzymać.

— Przepraszam.

On nic nie mówi, a to w jakiś sposób sprawia, że jest jeszcze gorzej.

— Naprawdę — wyrzucam z siebie pospiesznie. — Za wczoraj. Nie myślałam. Miałam okropny dzień i mój mózg ewidentnie przestał działać i ja po prostu—

Bezradnie unoszę ręce.

— Zrobiłam coś niewiarygodnie głupiego.

Dylan patrzy na mnie tak, jakby obserwował interesujący eksperyment naukowy. Na jego twarzy wciąż maluje się spokojny, niewzruszony i kompletnie niedowierzający wyraz.

— To był błąd — dodaję szybko. — I to się nie powtórzy.

Wciąż żadnej odpowiedzi z jego strony.

Puls dudni mi w uszach coraz głośniej.

— Obiecuję — mówię, a słowa plączą mi się na języku. — Nie musisz się martwić. Nie zrobię z tego czegoś dziwnego ani nic nie powiem Olivii, ani—

Nagle podchodzi bliżej. Ten ruch jeszcze mocniej więzi mnie między nim a ścianą.

Od razu brakuje mi tchu.

Jest wysoki.

Wiedziałam o tym, ale z tak bliska wydaje się to… niesprawiedliwe.

Serce bije mi tak szybko, że chyba naprawdę mogłoby coś uszkodzić.

— Przysięgam — ciągnę nerwowo — to się nie powtórzy. Po prostu nie myślałam i—

— Ciii…

Ten cichy dźwięk przecina mój potok słów.

Zamieram.

Kącik ust Dylana unosi się odrobinę, jakby próbował się nie roześmiać.

Co jest niewiarygodnie obraźliwe, biorąc pod uwagę, że właśnie umieram ze wstydu.

— Denerwujesz się — mruczy. — Jakie to słodkie.

To chyba niedopowiedzenie stulecia.

Dla niego cała ta sytuacja wydaje się niemal zabawna.

A może dlatego, że z jego perspektywy pewnie taka jest.

Wczoraj wieczorem podeszłam do niego i pocałowałam go, jakbym była gotowa zrobić coś szalonego. A teraz stoję tutaj, panikuję i próbuję udawać, że nic takiego nigdy się nie wydarzyło.

Przechyla lekko głowę, studiując moją twarz. Jakby próbował zrozumieć, jak cicha dziewczyna z sąsiedztwa nagle zebrała w sobie odwagę, by zrobić coś tak śmiałego.

Pod jego spojrzeniem pali mnie twarz. Próbuję patrzeć gdziekolwiek, byle nie prosto na niego. To trudne, kiedy stoi tak blisko.

— Nie mów, że to się nie powtórzy — mówi cicho. — Nie ty ustalasz zasady między nami.

Moje spojrzenie natychmiast wraca do jego oczu. Jego głos jest teraz niższy. Spokojniejszy. Bardziej wyważony.

Ale chwila. Jest jakieś „między nami”?

— Nie słyszałaś plotek? Byłaś zbyt naiwna, żeby popytać o mnie? — Uśmiecha się kpiąco. — Wyraźnie nie wiesz, z kim masz do czynienia, skoro myślisz, że możesz o tym decydować.

Żołądek mi się zapada.

Ludzie nie bawią się ogniem i nie oczekują, że się nie poparzą.

Przekaz jest jasny, jeszcze zanim kończy mówić.

— Jeśli coś zaczyna się ze mną — ciągnie Dylan powoli — to nie kończy się tylko dlatego, że następnego dnia zaczynasz się denerwować.

Te słowa trafiają prosto w moją klatkę piersiową. Kiedy ktoś wchodzi w jego przestrzeń w taki sposób… nie może po prostu odejść, kiedy ma ochotę.

— Jeszcze z tobą nie skończyłem, Emmo.

Gorąco uderza mi do twarzy tak szybko, że aż boli. To trochę panika, trochę upokorzenie, a trochę coś jeszcze, czego nie zamierzam analizować zbyt dokładnie.

Otwieram usta, żeby odpowiedzieć… ale kroki odbijające się echem na korytarzu ucinają mi słowa.

Dylan reaguje natychmiast. W jednej chwili blokuje mnie przy ścianie. W następnej cofa się, jakby nic się nie stało.

Olivia wraca do pokoju, wciąż trzymając telefon.

— Przepraszam za to — mówi.

Jej spojrzenie przeskakuje między nami.

Uświadamiam sobie, że nadal stoję niezręcznie przy ścianie.

Puls wciąż mi szaleje. Twarz pewnie nadal mam czerwoną.

Olivia lekko marszczy brwi.

— Co się dzieje?

Dylan wzrusza ramionami swobodnie.

— Po prostu mówiłem twojej najlepszej przyjaciółce, jak bardzo wydoroślała od ostatniego razu, kiedy ją widziałem.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział