9
Chociaż Ziza po tamtym łomocie prawie wcale nie krwawiła, jej plecy były całe sine, jakby ktoś ją przemalował na czarno‑fioletowo. Przez następnych pięć dni wyglądały jak jedno wielkie, obolałe mięcho. Dopiero po prawie dwóch tygodniach wszystko się zagoiło. Tych pierwszych pięć dni nie poszła do szkoły. Nikomu nigdy nie pisnęła ani słowa o tym, co się wtedy stało – ze strachu, że straci wszystko, co ma, a może i życie. Słowa Faizah dudniły jej w głowie tak wyraźnie, że kiedy pewnego razu ojciec zauważył jedno ze starych siniaków, musiała zareagować w sekundę i wymyślić jakąś wiarygodną historyjkę, żeby zakryć prawdę.
Od tamtego dnia, od tamtego podwórka, Ziza nauczyła się, że słów Faizah nie można lekceważyć. Jeśli coś mówiła, to tak właśnie było – i można było się założyć o wszystko, że doprowadzi to do końca. Nawet dziś, osiem lat później, Ziza wciąż nosiła na sobie ślady tego, co się wtedy wydarzyło: prawie niewidoczne różowe i fioletowe kreski szpecące jej plecy. Ale to była pestka w porównaniu z tym, co Faizah wryła jej w psychikę – jak tatuaże, które nosiła w sobie od lat, niewidoczne dla innych, a dla niej paląco realne.
Otrząsnęła się z tych ponurych rozmyślań i, uznając, że czas się skończył, szybko wyszła z już letniej wody, pośpiesznie owijając się ręcznikiem.
Starannie się wytarła i wyszła z łazienki, żeby się ubrać do pracy. Miała w pracy zapasowy uniform, więc nie zamierzała się tu długo grzebać. Wciągnęła więc w pośpiechu stare, przetarte dżinsy, koszulkę i szeroką, znoszoną bluzę z kapturem. Kiedy odłączyła telefon od ładowarki i go włączyła, ten niemal oszalał od wibracji – tyle wiadomości na nią czekało. Wcale się nie zdziwiła, gdy zobaczyła, że większość jest od Ferrana, a tylko jedna od Lulu. Najpierw otworzyła wiadomości od Ferrana.
„Ziza, gdzie jesteś, właśnie się zwijamy?”
Pierwszą wiadomość wysłał kilka minut po północy z soboty na niedzielę, potem była nieodebrana rozmowa dziesięć minut później i kolejny SMS.
„Aziza, to już przestaje być śmieszne, wszyscy cię szukają. Szef powiedział, że mamy cię zostawić, jeśli nie pojawisz się w ciągu dwóch minut.”
„Aziza, wszystko z tobą w porządku? Zaczynam tu świrować.” – brzmiała następna wiadomość, a pod spodem widniało kilkanaście nieodebranych połączeń.
„Ziza, byłem pod twoim mieszkaniem i było pusto, powiedz chociaż, że nic ci nie jest. Szef chce cię widzieć NATYCHMIAST.”
Aziza zanotowała sobie w myślach, żeby zadzwonić do Ferrana, jak tylko upora się ze wszystkim innym. Potem otworzyła wiadomość od Lu – była to wiadomość głosowa.
„Hej, Ziza, oddzwoń proszę jak najszybciej, muszę z tobą pogadać. No i pan Michaelson chce nas jak najszybciej widzieć” – urwała na moment, jakby chciała coś jeszcze dodać, ale się rozmyśliła, po czym zakończyła tylko: – „dobra, to pa.”
Na rozpaczliwe słowa koleżanki Azizie serce dosłownie runęło w dół, zamarło na moment, a potem w głowie w sekundę przeliczyła wszystkie możliwości. Wychodziło tylko jedno. Była pewna, że chodzi o to, co wydarzyło się trzy noce temu. Od tamtej chwili Aziza po raz pierwszy w życiu autentycznie bała się pójść do pracy.
Roztrzęsiona, wybrała numer Ferrana jednym szybkim kliknięciem, pakując rzeczy do torebki i wychodząc z domu, po drodze nakładając solidną warstwę makijażu, żeby zakryć paskudne siniaki na twarzy.
Młody mężczyzna odebrał po drugim sygnale.
– Mam nadzieję, że masz dobre wytłumaczenie – to było pierwsze, co Aziza usłyszała, kiedy wsiadała do samochodu.
– Żyję i mam się świetnie, dzięki za troskę – uśmiechnęła się sarkastycznie, chociaż przyjaciel i tak jej nie widział.
– Wyglądam na kogoś, kto ma teraz ochotę na żarty, Aziza? Zamartwiałem się o ciebie jak głupi. Co się stało? Po prostu zniknęłaś – wyrzucił z siebie.
Aziza przełączyła rozmowę na zestaw głośnomówiący w samochodzie.
– Wiem, wiem, przepraszam. Miałam „drobny” problem na festiwalu i powiedzmy, że poniosłam konsekwencje – westchnęła.
– Zdefiniuj ten drobny problem – mruknął Ferran, ciężko wzdychając do słuchawki.
– Rashida – przygryzła wargę, cały czas wpatrzona w drogę.
– Rashida? Rashida jak ta modelka, ta sama, która zatruwała ci życie w liceum? Ta Rashida z twojej szkoły? – dopytał.
– Ta sama. Umawia się z Rafiqiem czy kimś takim. Widziałam ją na festiwalu i, powiedzmy, zrobiło się nieładnie – wyjaśniła.
– Mów dalej – ponaglił ją Ferran.
– No więc… książę się wtrącił, a ja byłam tak wściekła, że… rzuciłam butem w Rashidę, ale trafiłam w niego. Ochrona wyprowadziła mnie z terenu i wrzuciła do aresztu – Ziza pilnowała, żeby pominąć najbardziej drastyczne fragmenty historii.
– Aziza, co ty narobiłaś… – w głosie Ferrana aż kapało rozczarowanie i Aziza od razu poczuła ukłucie winy.
– Wiem, przepraszam, wiem, to było idiotyczne. Przynajmniej teraz już wiem, że książę jest zadufanym w sobie bucem – próbowała obrócić wszystko w żart, ale nijak to nie pomogło.
– Ty w ogóle rozumiesz, co to znaczy? Możesz stracić pracę! Po co zrobiłaś coś tak głupiego? – warknął Ferran.
– Przepraszam.
– To nie mnie powinnaś przepraszać. Nic dziwnego, że pan Michaelson tak bardzo chciał cię widzieć. Módl się, żebyś nie straciła tej roboty, Aziza – był wściekły, ale ona wiedziała, że na jego miejscu czułaby dokładnie to samo.
– Wiem – mruknęła, przygryzając wargę, żeby się nie rozpłakać ani nie wybuchnąć. Ta praca była filarem jej przetrwania, jedyną podporą. Gdyby ją straciła, nie miała pojęcia, co dalej, – słuchaj, Ferran, zadzwonię później, właśnie dojechałam do pracy – powiedziała i wyłączyła silnik.
– Jasne. Tylko potem od razu mi opowiesz, co i jak, dobra?
– No pewnie. Pa – rzuciła, po czym zakończyła rozmowę.
Aziza zacisnęła palce na kierownicy tak mocno, że aż pobielały jej kostki, wciągnęła głęboko powietrze i dopiero wtedy wyszła z bezpiecznego kokonu samochodu. Weszła do budynku tylnym wejściem dla pracowników. Ledwo minęła kuchnię i ruszyła w stronę szatni, ktoś już ją wołał.
– Ziza.
Odwróciła się i zobaczyła zarumienioną Lu’lu, która nerwowo ugniatała dłonie przed sobą.
– Lu, hej, jak się czujesz? – Uśmiechnęła się do drobnej dziewczyny, kompletnie zapominając o wiadomości i całym powodzie, dla którego ta była tak spięta.
– Już lepiej – przełknęła ślinę, po czym zapytała: – Dostałaś moją wiadomość?
– Aaa, tak. Przepraszam, wyleciało mi z głowy. Miałam telefon wyłączony przez cały weekend. Włączyłam go dopiero dzisiaj rano. Sorki, że nie oddzwoniłam, trochę miałam zamieszania.
– Spoko. Przyszłam, bo pan Michaelson wysłał mnie po ciebie. Dotarło do niego, że właśnie przyszłaś do pracy. Chce nas obie widzieć.
O rany… to nie wróżyło nic dobrego. Zwłaszcza patrząc na to, jak Lu wyglądała, jakby miała się zaraz rozsypać na kawałki.
– Dobra, wiem, o co chodzi. Lu, nie martw się, cokolwiek tam się wydarzy, daj mi to ogarnąć, okej?
Biedna dziewczyna aż z desperacją pokiwała głową, po czym ruszyły razem w stronę gabinetu szefa. Aziza nie mogła się pozbyć tego uczucia w żołądku, że jakkolwiek skończy się to spotkanie, dobrze na pewno nie będzie.
Dziewczyny zatrzymały się na moment przed ciężkimi, mahoniowymi drzwiami. Zapukały. Z środka dobiegło szorstkie:
– Proszę!
Dopiero wtedy nacisnęły klamkę i weszły do środka. Od kiedy Aziza tu pracowała, był to dopiero drugi raz, kiedy znalazła się w tym gabinecie – i bała się, że również ostatni.
Kiedy weszły, Aziza zauważyła, że w środku jest już jakiś młody facet rozmawiający z szefem. Przyjrzała mu się uważniej i zorientowała się, że to ten cały Ghaffar z piątkowej nocy. Ten, który odpowiadał za listę osób pracujących przy festiwalu.
No pięknie… Aziza przełknęła ślinę.
– Panno Bashar, panno Jadah, nie zaproponuję wam miejsca, ponieważ, po pierwsze: nie zajmie nam to długo, a po drugie: nie jestem zadowolony z raportu, jaki dostałem w piątek wieczorem.
Pan Michaelson wstał z krzesła, obszedł biurko i oparł się biodrem o jego róg, splatając dłonie na kolanach. Był mężczyzną po pięćdziesiątce, jak na swój wiek zaskakująco wysportowany i jednocześnie przytłaczająco groźny. Większość ludzi z wiekiem łagodnieje, mięknie w obyciu – ale nie on. On był dokładnym przeciwieństwem. Zero pobłażania, zero gadania po próżnicy. Nic dziwnego, że wszyscy w firmie chodzili przy nim jak po cienkim lodzie i praktycznie trzęśli portkami.
– Panno Bashar, mogę wiedzieć, dlaczego i w jaki sposób znalazła się pani w ekipie cateringowej, którą pałac zatrudnił na piątkowy wieczór w Abu Marad Royal Palace? – zapytał mężczyzna, wbijając swoje zielone spojrzenie prosto w nieśmione oczy Azizy.
– Proszę pana, ja tylko zastępowałam Lu—pannę Jadah, źle się czuła. Pomyślałam, że będzie najlepiej, jeśli też ją tam zastąpię – odpowiedziała Aziza.
– Pomyślała pani… – mężczyzna prychnął.
– Ghaffar, kto ci pozwolił zmieniać ostateczną listę? – starszy mężczyzna zmierzył młodego chłopaka lodowatym spojrzeniem.
– Nikt, szefie. Panna Bashar powiedziała mi, że zamierza pojech…
– Panna Bashar? Ostatnio jak sprawdzałem, to kto umarł i mianował ją szefową? Na pewno nie ja! – jego głos podnosił się z każdym kolejnym słowem. – Dałem ci konkretne polecenia, a ty zrobiłeś po swojemu! To, co powinieneś był zrobić, to wrócić do mnie i zapytać! – Uderzył pięścią w biurko tak mocno, że cała trójka pracowników jednocześnie podskoczyła i wstrzymała oddech.
– Przepraszam, proszę pana – wycedził przez zęby Ghaffar.
– „Przepraszam” to za mało! Chcecie doprowadzić do upadku tej firmy? Wyobrażacie sobie mój szok, kiedy następnego ranka przeczytałem taki raport? – warknął. – Macie coś na swoją obronę? – zapytał, przenosząc wzrok z jednej osoby na drugą.
– Proszę pana, niech nam pan da jeszcze jedną szansę, obiecuję, że już więcej nie będziemy robić problemów… proszę pana – błagała Aziza.
– Obawiam się, że nie mogę ryzykować, że coś takiego znowu się wydarzy – odparł mężczyzna, odwracając się i wracając w stronę swojego fotela. – Tak czy inaczej, ktoś straci pracę. Sami zdecydujcie. – Wzruszył ramionami i pochylił się znów nad papierami.
Aziza wiedziała, że czeka na odpowiedź. I wiedziała też coś jeszcze: on nie należał do ludzi cierpliwych. Każdy w firmie o tym wiedział. Za chwilę będzie chciał usłyszeć konkret. Spojrzała w prawo – obok niej Lulu, która szlochała bezgłośnie, drżąc jakby ktoś ją właśnie skarcił na oczach całego świata. Po lewej stronie stał oniemiały Ghaffar, z rozdziawionymi ustami, jakby jeszcze nie dowierzał, że jeden błąd może ich wszystkich tyle kosztować. To wszystko była jej wina. Nikt inny nie zasługiwał na karę za coś, co zrobiła ona.
To ona dała się sprowokować dziecinnym zaczepkom Rashidy. To ona uznała, że rzucenie butem to „świetny pomysł”. Teraz, kiedy gniew szefa wisiał w powietrzu jak burza, Aziza czuła, jak wstyd i poczucie winy zaciskają się w jej środku niczym żelazna obręcz. Wiedziała, że jeśli ktoś ma ponieść konsekwencje, powinna być to właśnie ona. Nie mogła patrzeć, jak Lulu się trzęsie, a Ghaffar ledwo łapie powietrze ze strachu. W tym momencie pozostawała jej tylko jedna logiczna decyzja.
– J-ja… ja biorę całą odpowiedzialność na siebie, proszę pana – powiedziała i zrobiła krok do przodu.
– Panno Bashar, dziękuję za pani dotychczasową pracę. Jednak nie będzie już potrzebna. Proszę opróżnić swoją szafkę i opuścić budynek w ciągu najbliższych dziesięciu minut – powiedział, po czym położył na biurku małą, brązową kopertę i popchnął ją w jej stronę. – To jest połowa pani wypłaty.
