Prolog: Początek
Perspektywa Freyi
Wpatrywałam się w swoje odbicie z przerażeniem; w świeży siniak na lewym policzku; obserwując, jak skóra puchnie… ciemny ślad odcinał się aż nazbyt wyraźnie. Ale w chwili, gdy dotknęłam palcem stłuczenia, jęknęłam z bólu, zaciskając dłonie na blacie tak mocno, że aż pobielały mi knykcie.
Wargi mi drżały; łzy napłynęły do oczu, a krzyk utknął w gardle, błagając o ujście. Ale nie potrafiłam. Nie potrafiłam nawet krzyknąć; nie potrafiłam nawet zapłakać.
Nie mogę, żeby się dowiedział… pomyślałam. Nie mogę go przestraszyć!
Oddychając przez usta krótkimi, urywanymi haustami, próbowałam siłą woli odegnać łzy. Musiałam być silna, nie dla siebie, tylko dla niego. Byłam jedyną osobą, jaką miał, a jeśli zobaczy mnie w takim stanie, jako rozbitą skorupę tej osoby, którą kiedyś byłam… nie! Nie mogłam do tego dopuścić.
Ale ukrycie siniaka nie wchodziło w grę. Musiałam sprawić, żeby opuchlizna zeszła, zanim się obudzi.
Zwinęłam więc w kulkę kilka kawałków papierowego ręcznika i włożyłam ten kłąb do ust. Szorstka faktura natychmiast wysuszyła mi ślinę, aż chciało mi się zwymiotować, ale nie dałam sobie na to czasu. Chwyciłam okład z lodu i od razu przycisnęłam go do policzka.
Tym razem mój krzyk bólu stłumiły papierowe ręczniki i natychmiast zapomniałam o suchości. Drżąc, oparłam plecy o drzwi łazienki, zaciskając powieki, kiedy próbowałam przetrwać tę agonię.
„Ty mała dziwko!” Głos mojego ojca dudnił mi w uszach jak bęben na jarmarku, głośny i zgrzytliwy, gdy trzymał w rękach pustą butelkę po whisky, gotów uderzyć. „Gdzie są pieniądze? Wiem, że pracujesz w tej głupiej restauracji! Dawaj pieniądze!”
Drżąc ze strachu, powiedziałam mu, że nie mam żadnych, i nie kłamałam. Nie miałam pieniędzy, których szukał; pieniędzy, które zarobiłam po wyczerpujących godzinach ciężkiej pracy. Ale to nie powstrzymało go przed ordynarnym przetrząsaniem moich kieszeni; przed wejściem do mojego pokoju i zaglądaniem pod materac, bez cienia troski o to, że narusza moją prywatność.
Znalazł je tam: w sumie trzydzieści pięć dolarów, które dostałam w restauracji jako napiwek po godzinach stania na nogach. Ukryłam je w pokrowcu materaca, ale wypadły, kiedy powyrzucał wszystko na podłogę.
„Ty pierdolona kłamczucho!” Nie widziałam, jak butelka spada na mnie, bo zacisnęłam powieki, a strach unieruchomił mnie w miejscu. Ale poczułam uderzenie szkła o policzek; usłyszałam, jak pęka przy kontakcie. A jedyne, co potrafiłam zrobić, gdy ból otępił mi umysł, a przed oczami zatańczyły czarne plamy, to mieć nadzieję, że to będzie koniec tortur… przynajmniej na dziś w nocy.
I na szczęście tak było.
Mój ojciec rzucił obok mnie na podłogę na wpół rozbitą butelkę, przez co odruchowo się odsunęłam; a potem wypadł z domu, nawet nie zadając sobie trudu, żeby zamknąć za sobą drzwi, zabierając ze sobą moje oszczędności z całego tygodnia.
Zrywając się na nogi, zatrzymałam się na sekundę, bo cały świat zawirował mi przed oczami. Potem rzuciłam się do drzwi wejściowych, potykając się o własne stopy, zanim do nich dotarłam, zatrzasnęłam je i porządnie przekręciłam zamek. Nasza okolica nie była idealna. Leżała na skraju lasu i była pełna ludzi, którzy chętnie położyliby łapy na siedemnastoletniej dziewicy. Tyle że ostatnio miałam wrażenie, że niebezpieczeństwo mieszka w samym domu.
Tęsknię za mamą… Oddałabym wszystko, żeby ją odzyskać! Żałuję, że nie zabrała mnie ze sobą, kiedy umierała…
Był kiedyś czas, gdy nie bałam się tak mieszkać we własnym domu. Gdy mama jeszcze żyła; gdy tata był wspaniałym człowiekiem, który uczył mnie tańczyć, stawiając moje stopy na swoich w salonie, i w niedziele gotował obiad dla mnie i mamy albo zabierał nas do wesołego miasteczka. Ale to było jak w innym życiu. U mamy zdiagnozowano raka piersi w trzecim stadium zaraz po tym, jak dowiedziała się, że jest w ciąży z moim młodszym bratem. I wszystko zmieniło się z dnia na dzień.
Leczenie kosztowało tatę fortunę i wpakował się w długi na tysiące dolarów. Ale w końcu nic nie zdołało uratować mojej mamy. Zmarła sześć lat temu, a mój dotąd radosny ojciec z dnia na dzień stał się kompletnie obcym człowiekiem. Zaczął grać w hazard, żeby spłacić długi; stracił pracę i popadł w jeszcze większe uzależnienie od alkoholu i hazardu.
Teraz nie ma nic poza stertą nałogów, z którymi musi sobie radzić, i windykatorami pukającymi do naszych drzwi co drugi dzień. Tylko że oni go nie zastają, bo rzadko w ogóle wraca do domu, a nawet jeśli wraca, to po pieniądze. A jeśli żadnych nie dostaje, wyładowuje całą frustrację na mnie, zostawiając mnie za każdym razem z pragnieniem śmierci.
Czemu po prostu z tym nie skończy? Czemu nie skończy ze mną i nie będzie po wszystkim?
Ale jedyny powód, dla którego to wszystko znosiłam; jedyny powód, dla którego powstrzymuję się przed odebraniem sobie życia raz na zawsze… to mój młodszy brat, mój jedyny promyk nadziei w tej dziurze piekła. Julian ma dopiero pięć lat i jest ode mnie młodszy o dwanaście, ale dla mnie jest najdroższą osobą na świecie. Mamy tylko siebie i to właśnie dlatego trzymałam się resztek zdrowych zmysłów siłą samej woli.
Musiałam dopilnować, żeby był na tyle duży, by umiał sobie poradzić, zanim ze wszystkim skończę. Bo wiedziałam, że pewnego dnia przyjdzie taki moment, kiedy przekroczę wszystkie swoje granice albo mój ojciec posunie się o krok za daleko… i Julian będzie musiał nauczyć się bronić przed gniewem naszego ojca, bo nie będzie mnie już tutaj, żebym przyjmowała ciosy za niego.
