Rozdział 1: Powód, dla którego przeżyłem
Perspektywa Freyi
Teraz otworzyłam oczy powoli, pozwalając, by niewylane łzy spłynęły mi po policzkach, zanim znów odwróciłam się do lustra, żeby ocenić szkody na twarzy. Nic nie było złamane, tego byłam pewna, ale siniak jeszcze bardziej ściemnieje, aż stanie się niebieskoczarną plamą, widoczną nawet w ciemności. Musiałam dopilnować, żeby go ukryć.
Moja skóra wyglądała na bladą jak u ducha, przez co moje niebieskie oczy wydawały się upiorne. Jakby były zbyt duże jak na moją twarz. W połączeniu z zapadniętymi kośćmi policzkowymi wyglądałam właściwie jak chodzący, gadający horror. Grzywka zakrywała większość czoła, sięgała za brwi i kończyła się tuż nad oczami. Wiedziałam, że nie jestem pięknością, ale z każdym kolejnym dniem zaczynałam wyglądać jeszcze gorzej.
Moje atramentowo czarne włosy kiedyś sięgały mi do pasa, układały się w długie, delikatne loki — wtedy, gdy moja mama jeszcze żyła. Teraz jednak obcięłam je krótko, do uszu, żeby oszczędzić sobie wielu niechcianych kłopotów. Bo długie włosy łatwiej było chwycić, łatwiej szarpnąć, a kiedy wyrywało się je całymi kępami, bolało jak diabli.
Ale nieważne, jak okropnie wyglądałam; i tak nikt nigdy by mnie nie zauważył. I ja też nie chciałam, żeby ktokolwiek mnie zauważał. Byłam samotniczką, zwykłym cieniem w ostatniej ławce; tą, z którą wszystkim było aż obrzydliwie rozmawiać. I nie miałam zamiaru tego zmieniać. Nie miałam zamiaru wychodzić na światło… nigdy.
Wciągnąwszy głęboko powietrze, sięgnęłam po korektor z łazienkowego blatu i nałożyłam go na twarz, zakrywając ciemnoczerwony siniak, który dostałam zeszłej nocy, oraz te drobne, niebieskie, których nawet nie liczyłam. Potem odgarnęłam włosy do tyłu i wyszłam z łazienki, żeby się ubrać: wyblakłą zieloną bluzę z kapturem na kremową koszulkę i niebieskie dżinsy, które od noszenia niemal zbielały. Schodząc na dół bezszelestnie, odruchowo naciągnęłam kaptur na głowę, żeby nikt nie mógł mnie złapać za włosy… po czym przypomniałam sobie, że ojciec już wyszedł z domu.
Gdy dotarłam do salonu, zdjęłam kaptur i zobaczyłam bałagan, który ojciec zostawił na kanapie, oraz trzy puste butelki po whiskey na stoliku kawowym. Zabrałam się więc za sprzątanie, zanim Julian zejdzie na dół. Nawet kiedy zeszłej nocy byłam bliska omdlenia z bólu, zdołałam pozbierać potłuczone odłamki szkła, żeby Julian przypadkiem na nic nie nadepnął, gdy przyjdzie do kuchni po szklankę wody.
Kiedy skończyłam sprzątać, zaczęłam smażyć dwa jajka i na tej samej patelni podgrzałam kromkę chleba, żeby Julian mógł zjeść śniadanie. Zjadłam jedno jajko i kromkę chleba, podczas gdy przygotowywałam posiłek dla Juliana. To było wszystko, co zostało w lodówce. Na szczęście jedzenie było jedną z niewielu rzeczy, o które nie musiałam się aż tak martwić, bo restauracja, w której pracowałam, była na tyle miła, że dawała mi resztki. Nawet jeśli ryż czasem był czerstwy albo jedzenie miało ten specyficzny zapach… wciąż dało się to zjeść. Wystarczało, żeby napełnić nam brzuchy na jeden posiłek.
— Śniadanie już gotowe? — zapytał Julian, kiedy wyszedł ze swojego pokoju; mówił cicho. Pewnie bał się, że nasz ojciec wciąż jest w domu, nieprzytomny na kanapie.
– Tak! – odkrzyknęłam, krzywiąc się, gdy zapiekł mnie policzek, jednocześnie nakładając mu śniadanie na talerz i wyciągając z lodówki resztkę soku pomarańczowego. Sprawdziłam, czy nie jest po terminie, i z ulgą wypuściłam powietrze, kiedy okazało się, że nadal nadaje się do picia.
– Tata wrócił wczoraj w nocy do domu? – zapytał cicho, siadając przy stole; jego wielkie niebieskie oczy były smutne, a zarazem ciekawe.
Tylko skinęłam głową, a on jadł w milczeniu, podczas gdy ja szykowałam mu tornister do szkoły. Przyniosłam na dół swoją torbę i wyjęłam portfel, żeby sprawdzić, co w nim mam. Serce mi opadło, gdy zobaczyłam dwa banknoty po pięć dolarów i kilka drobnych. Ale ze wszystkich sił próbowałam sama siebie uspokoić. Może dziś dostanę w pracy dobry napiwek… prawda? Jakiś miły mężczyzna albo kobieta może da mi wystarczająco dużo, jeśli naprawdę się postaram. Nawet kolejne pięć dolarów by wystarczyło! A pojutrze dostanę wypłatę.
Moja praca nie płaciła wiele, ale starczało na to, żeby codziennie było co położyć na stole, i pomagała mi opłacać szkołę. Przedszkole Juliana było darmową szkołą publiczną, więc to też było ogromną ulgą.
– Proszę. – Podałam Julianowi banknot pięciodolarowy. – Kup sobie na lunch coś dobrego, dobrze? Tylko pamiętaj, żeby oszczędzać na dziś i na jutro.
Julian wziął pieniądze z uśmiechem i poszedł odnieść naczynia do zlewu, a ja ogarnęłam stół. Potem ruszyłam do drzwi z torbą przerzuconą przez ramię. Julian już stał na zewnątrz, czekając, aż do niego dołączę.
Wzdychając, zamknęłam drzwi na klucz i ruszyliśmy do szkoły, przepychając się przez kolejny wyczerpujący dzień. Przedszkole Juliana i moja szkoła były oddalone od siebie zaledwie o pięć minut, co stanowiło kolejną zaletę. To oznaczało też, że w razie potrzeby mogłam mieć go na oku.
– Do zobaczenia później, siostrzyczko! Och! I trochę się spóźnię; pani Lindsay powiedziała, że puści nam film, w którym są gadające ryby. – Julian mówił z zachwytem, opisując Gdzie jest Nemo, a mnie zrobiło się okropnie na myśl, że nie mogę mu puszczać filmów i bajek, które dziecko w jego wieku powinno oglądać. Ledwo dawałam radę zapewnić jedzenie i inne rzeczy do domu z tego, co zarabiałam, więc kupno telewizora nie wchodziło w grę. Julian może być dziś jedynym dzieciakiem w klasie, który jeszcze nie oglądał Gdzie jest Nemo.
– Dobrze! – pomachałam mu na pożegnanie, pocałowałam go w czoło i poczekałam, aż wejdzie do budynku, zanim ruszyłam dalej do swojej szkoły, Belfast Public High.
Kiedy zbliżałam się do bramy, zobaczyłam ludzi rozmawiających i śmiejących się radośnie w swoich małych grupkach, które bez trudu można znaleźć w każdym liceum. Nie należałam do żadnej z nich i nie miałam też żadnych przyjaciół. Byłam samotniczką, osobą, której wszyscy nie znosili i której unikali. Więc to nie tak, że w ogóle ustawiała się do mnie kolejka chętnych na przyjaźń.
– Rusz się, dziwadło! Zastawiasz nam drogę.
Zacisnęłam dłonie w pięści, gdy ten irytujący głos dobiegł zza moich pleców. Głos osoby, która zamieniła moje licealne życie w żywe piekło. Najbardziej uwielbianego szkolnego bad boya i podrywacza.
Cameron MacGyver.
