Rozdział 4: F+
Perspektywa Freyi
– Freya – zawołał do mnie nauczyciel matematyki, pan Agnes, swoim zwyczajowo surowym tonem, rozdając wyniki testu z zeszłego tygodnia. – Podejdź tutaj.
W chwili, gdy kazał mi „podejść tutaj”, wiedziałam, że oblałam. I choć potrafiłam wymyślić tysiąc różnych wymówek na swoją porażkę, prawda była taka, że nigdy nie byłam dobra z matematyki ani z przedmiotów ścisłych. Nawet nie wiem, dlaczego i jak w ogóle znalazłam się na tych zajęciach. Przy tym wszystkim, co działo się w moim życiu, byłam niemal pewna, że po prostu przechodzę przez kolejne dni jak lunatyczka, czekając, aż Julian dorośnie, żeby to wszystko wreszcie się skończyło.
Naciągając kaptur niżej na twarz, wstałam z miejsca i ruszyłam prosto do biurka nauczyciela. Od razu podał mi kartkę, z ponurą miną. – Będziesz musiała zaliczyć dodatkowe zadanie, jeśli chcesz ukończyć liceum, Freya.
F+
Mogło być z minusem, prawda? Przynajmniej jest plus.
Nic nie mówiąc, skinęłam głową, dając mu znać, że rozumiem, bo policzek zaczynał mnie boleć, kiedy mówiłam. Ale wyglądało na to, że tylko jeszcze bardziej go to rozwścieczyło.
– Ty niewdzięczna gówniaro! – Rzucił papierami z biurka prosto w moją twarz, aż odruchowo cofnęłam się o krok. – Próbuję ci pomóc skończyć szkołę, a spójrz na swoje żałosne zachowanie! Nawet nie wiesz, jak być wdzięczna!
Natychmiast spuściłam głowę, próbując wydobyć z siebie głos, plącząc słowa. – Przepraszam-dziękuję-ja-ja…
– Dość! – warknął. – Pozbieraj papiery i wracaj na miejsce! I zostajesz po lekcji.
– Tak, proszę pana. – Opuściłam się na podłogę i w pośpiechu zaczęłam zbierać resztę kartek. Kiedy ułożyłam je równo, odłożyłam na bok swoją pracę, a pozostałe położyłam na biurku nauczyciela, po czym odwróciłam się w stronę swojego miejsca.
Ale gdy tylko ruszyłam w głąb klasy, ktoś w ostatniej chwili wystawił nogę i potknęłam się, lecąc twarzą prosto na podłogę; cała klasa wybuchnęła śmiechem.
Ból przeszył całe moje ciało, kiedy próbowałam się podnieść. Co gorsza, chyba uderzyłam kolanem o coś podczas upadku. Śmiech dookoła brzmiał ogłuszająco, ale to nie było nic nowego. Przynajmniej próbowałam sobie to powtarzać, gdy do oczu napływały mi łzy – i z bólu, i z upokorzenia.
– Co jest, F+? – odezwał się w tej chwili Derek, najlepszy przyjaciel Camerona, jakby rozkoszował się moim cierpieniem. – Potrzebujesz pomocnej dłoni, czy zaczniesz szorować podłogę, skoro już leżysz?
Jak bardzo chciałam mu przywalić! Na zawsze zetrzeć ten uśmiech, który dręczył mnie nawet w snach. Upokorzyć go tak, jak on upokarzał mnie. Ale nie mogłam. Zawsze będę tchórzem, nigdy dość silną, żeby mu się postawić – jemu albo jakiemukolwiek innemu dręczycielowi. Miałam blizn na całe życie, nie potrzebowałam kolejnych. Więc nieśmiało podniosłam się z podłogi, podczas gdy on i jego najlepsi kumple zanosili się śmiechem, a razem z nimi ich cheerleaderkowe przydupasy.
Gdy dotarłam do ławki, złożyłam kartkę z testem i schowałam ją z powrotem do torby. Nie było sensu analizować błędów, skoro i tak oblałam. W milczeniu zaczęłam notować, gdy nauczyciel zapisywał równania na tablicy.
Dzwonek zadzwonił zaledwie trzynaście minut później, a cała klasa westchnęła z ulgą. Najwyraźniej wielu ludzi nienawidziło matematyki. Ale kiedy inni spakowali torby i wyszli, ja utknęłam w tej sali na Bóg wie jak długo, bo nauczyciel kazał mi zostać po lekcji.
Nagle, kiedy sala była już prawie pusta, poczułam na sobie czyjś wzrok — tak intensywny, że na karku stanęły mi drobne włoski. Uniosłam głowę tylko odrobinę i spojrzałam spod rzęs, by natknąć się na elektrycznie niebieskie oczy Camerona wpatrzone prosto we mnie. Natychmiast spuściłam wzrok.
To sposób, w jaki na mnie patrzył, sprawił, że dreszcz przebiegł mi po kręgosłupie. Ta intensywność kazała mi czuć, jakby widział na wylot moją duszę… jakby znał wszystkie moje najgłębsze, najmroczniejsze sekrety. Choć nasze spojrzenia spotkały się ledwie na ułamek sekundy, poczułam, jak serce wali mi o żebra — ten nieszczęsny organ wypełniony fałszywą nadzieją.
Po raz kolejny uderzyło mnie na nowo, jaki był piękny. Piaskowoblond włosy i oczy w tym samym kolorze co ocean, który nas otaczał; twarz jak wyrzeźbiona ręką mistrza greckiej rzeźby. Był kapitanem drużyny futbolowej, więc oczywiste było, że ćwiczy, ale wciąż zastanawiałam się, jak to możliwe, że siedemnastolatek może mieć taką sylwetkę, skoro faceci dwa razy starsi musieliby harować na siłowni niezliczone godziny, żeby mieć choć połowę tych mięśni brzucha, które miał on.
I nie, nie byłam jakąś stalkerką, która lubi podglądać go w łazience. Cała drużyna futbolowa dość często robiła rozciąganie na boisku… bez koszulek, a ja — razem z resztą szkoły — akurat zdarzyło mi się zobaczyć ich w tej bezkoszulkowej chwale.
Właściwie wszyscy przyjaciele Camerona byli z tych seksownych, umięśnionych typów. A dziewczyny, które się z nimi trzymały, były na tyle ładne, że mogłyby zostać modelkami. Mieszkali też w tej samej okolicy… w okolicy pełnej błogosławionych genów.
Dlatego nigdy nie mogłam nawet marzyć o tym, żeby stanąć obok niego. Nie byłam godna.
— Cameron? — zawołał pan Agnes, wyrywając mnie z myśli. — Masz coś do powiedzenia?
— Tak, proszę pana. — Odezwał się swoim zwykłym, chropowato-zachrypniętym głosem, od którego zawsze przechodziły mnie ciarki. — Chciałem zapytać o to zadanie, które pan zaznaczył jako błędne.
— Dobrze, przynieś to tutaj.
Świetnie! Ten chłopak był dosłownie geniuszem. Czy on nie dostał właśnie piątki z testu? Byłam pewna, że teraz wywalczy sobie piątkę z plusem.
Pokręciłam głową, kiedy Cameron podszedł do biurka nauczyciela. Dlaczego w ogóle obchodziło mnie, ile dostał z tego testu, albo co znaczyła ta jedna sekunda kontaktu wzrokowego?
Był na zupełnie innym poziomie niż ja. Nie było żadnego powodu, żebym w ogóle wyobrażała sobie jakiekolwiek porównanie między nami. Owszem, mogłam mieć — albo i nie — słabość do jego przystojnej twarzy, ale kto jej nie ma? Cała szkoła podkochiwała się w Cameronie MacGyverze! To jednak nie znaczyło, że zamierzam działać pod wpływem tego zauroczenia i zrobić z siebie idiotkę!
Poza tym Cameron też mnie nienawidził, tak jak wszyscy w tej szkole. Nie żeby było nas tu w ogóle wielu; Belfast County było dość małym miejscem. Ale to właśnie sprawiało, że moje życie było jeszcze gorsze. Wszyscy mnie znali — dziewczynę bez matki i z ojcem hazardzistą, którego wiecznie nie było. Żałosną przegraną.
Kiedy Cameron i pan Agnes wdali się w rozmowę nad arkuszami, uporządkowałam ławkę i schowałam książki do torby, po czym ruszyłam w stronę biurka nauczyciela. Zostałam z tyłu, żeby nie przeszkadzać im w pracy. Niedługo potem Cameron zabrał kartki z powrotem, rzucił „dziękuję” i wyszedł za drzwi, nie oglądając się ani razu.
