Rozdział 4 Proces
POV Aelorii
Łuski Kaela musnęły mój bok, gdy wysunął się do przodu, a jego płetwy rozłożyły się szeroko. „Już czuję twój strach. Próba będzie się nim karmić”.
– Fantastycznie – mruknęłam. – Czyli zaraz nawiedzi mnie każdy żenujący koszmar, jaki kiedykolwiek miałam? Nie mogę się doczekać, aż zobaczę moich szkolnych prześladowców tańczących taniec interpretacyjny w samej bieliźnie.
Kael parsknął, a jego gwiezdne oczy zalśniły. „Kpisz, bo się boisz. To jest siła”.
– Albo sarkazm to po prostu mój mechanizm obronny.
Zanim zdążyłam stchórzyć, pchnęłam drzwi i przeszłam przez próg.
Świat się roztopił.
Uderzyło we mnie gorąco. Skóra mnie zapiekła, płuca zapłonęły i nagle znów byłam na klifach Tidewatch, w miejscu, gdzie dzieciaki zwykle mną pomiatały. Tyle że tym razem bez Kaela. Tylko ja.
Z mgły podniosły się głosy.
– Pusta dziewucha! – szydzili.
– Bezużyteczna!
– Żadna bestia nigdy cię nie wybierze!
Obróciłam się i prawie się zakrztusiłam. Z oparu wysunęły się sylwetki – znajome twarze z mojej przeszłości, ale wykrzywione i okrutne. Nawet moi rodzice stali wśród nich, z ostrymi, zimnymi spojrzeniami.
– Przynosisz nam wstyd – warknął głos mojego ojca.
– Powinniśmy byli zostawić cię w świątyni – syknęła matka.
Kolana niemal się pode mną ugięły. Powietrze było gęste od rozpaczy, napierało z każdej strony, aż ledwo mogłam oddychać.
„To kłamstwo” – głos Kaela przebił się przez ten ciężar, słaby, ale obecny. „Jestem z tobą”.
– Udowodnij! – krzyknęłam. – Gdzie jesteś?
Mgła zakotłowała się i przed nami wyrosła jakaś postać. Ogromna, łuskowata i znajoma. Ulga wezbrała we mnie… dopóki nie rozwarła szczęk i nie buchnął z nich ogień. To był Kael, ale wypaczony. Jego oczy płonęły czerwienią, a on skoczył na mnie.
Zachwiałam się do tyłu z uniesionymi rękami, lecz jego ciężar wbił mnie w ziemię. Pierś przeszył krzyk bólu, a w płucach dusił mnie widmowy ogień.
„Walcz, Aelorio!” – prawdziwy głos Kaela zagrzmiał w mojej głowie. „Nie jestem twoim strachem. Jestem twoją siłą”.
Zachłysnęłam się powietrzem, a wściekłość uniosła się we mnie i zdusiła terror. Moje dłonie rozświetliła woda, a strumienie zwinęły się w żywe ostrza. Ryk wyrwał mi się z gardła i wypchnęłam je w górę, rozcinając koszmarowi gardło.
Wypaczony Kael rozpuścił się w parę. Osunęłam się na kolana, łapczywie chwytając oddech. Kael nagle był obok, prawdziwy i namacalny, dociskając do mnie łeb.
„Nie uciekłaś”. Jego duma pulsowała ciepłem w moim umyśle. „Zmierzłaś się ze swoim strachem”.
Łukowate przejście przed nami rozbłysło złotem.
Na jego powierzchni zapłonęły słowa: Faza Trzecia: Bestia Końca.
Otarłam łzy rękawem, poprawiłam okulary na nosie i mruknęłam: – Super. Odblokowany poziom z bossem. Tu się robi naprawdę głupio.
Kael zachichotał w mojej głowie. „Tu zaczyna się naprawdę dobra zabawa”.
Runy na łuku pulsowały jak bicie serca, kiedy przez niego przeszłam. Kael sunął tuż obok w fali rozgwieżdżonych łusek. Świat zmienił się znowu, ale bez luster i bez mgły. Kamień.
Okrągła arena z czarnego bazaltu, otoczona filarami wyrytymi tymi samymi symbolami co brama.
Nad nami kłębiło się gwałtownie niebo w kolorze siniaków, a pośrodku posadzki jarzył się pojedynczy sygnet... oko bestii.
— Pokój bossa — mruknęłam, czując metaliczny posmak w ustach. — Tylko nie zgińmy w samouczku.
— Nie zginiemy — powiedział Kael, a jego głos w mojej głowie był gładki i pewny. — Oddychaj.
Zrobiłam to. Wdech... i wydech. Pozwoliłam, by ocean we mnie uniósł się, żeby go dosięgnąć; chłodny nacisk ukoił mi klatkę piersiową, a przypływowa siła przeciągnęła się nitką przez moje żyły. Obecność Kaela przesunęła się przy mojej, znajoma jak własne kości. Nasza więź zacisnęła się i przez sekundę ogarnęło mnie oszałamiające wrażenie, jakbym była jednocześnie w dwóch ciałach... dwa zestawy zmysłów, mój oddech i jego puls, moje bicie serca i szept jego płetw tnących powietrze.
Sygil na posadzce rozbłysnął.
Bestia wynurzyła się z niego jak koszmar przebijający taflę jeziora. Była czworonożna, okuta w obsydianowy pancerz, z barkami wysokimi jak u rumaka bojowego.
Byk, gdyby byki wykuwano z góry i wściekłości. Z nozdrzy buchała mu para, a kiedy walnął kopytem, pęknięcia rozbiegły się pajęczyną po bazalcie aż pod moje buty.
— Brzydszy kuzyn minotaura — powiedziałam, cofając się o krok.
— Super.
— Najpierw obserwuj — mruknął Kael. — Pancerz zostawia odsłonięte stawy, gardło, pachę i miejsce za żuchwą. Uderz tam.
— Jasne.
Zobaczył nas, opuścił ogromny łeb i ruszył do szarży.
Wyrzuciłam ręce do przodu, a woda wyskoczyła z porów areny, odpowiadając mi tak, jakby tylko na to czekała.
Fala uderzyła byko-coś w pierś i zepchnęła je bokiem; od impetu aż zadzwoniło mi w zębach. Kael już się poruszał, błysk srebrnoniebieski, wcinając się przy jego barku. Z obnażonymi zębami przeorał szwem w poszyciu. Bestia ryknęła, machnęła łbem, a ja zobaczyłam, jak świat się przechyla na ułamek uderzenia serca, zanim to się stało.
— Na ziemię! — krzyknęłam, ale Kael już uskoczył z obrotem... i róg byka wyrwał z muru kawał bazaltu dokładnie tam, gdzie jeszcze chwilę wcześniej była jego czaszka.
— Lewe kolano! — przesłał obraz razem z rozkazem: ciemny staw, miękka tkanka.
Szarpnęłam nadgarstkami, a fala zacisnęła się w lancę. Przebiła lewe przednie kopyto bestii i pękła na odłamki, które zamarzły w poszarpany lód, gdy tchnęłam w nie chłodem. Byk zachwiał się, rycząc, a jego ciężar zapadł się na przebite kolano na pół sekundy — wystarczająco długo.
Kael ruszył na gardło. Uderzył jak kometa i wbił zęby w szczelinę nad napierśnikiem. Gorąca, słona krew zalała mi usta — jego usta — i zakrztusiłam się, nawet gdy trzymałam wodę w ryzach, żeby bestia traciła równowagę.
Stwór szarpnął się, wbijając go w filar z taką siłą, że gwiazdy eksplodowały mi przed oczami.
— Nic mi nie jest — skłamał, choć ból strzelił iskrami przez naszą więź.
– Tak? To zaraz cię dopieszczę.
Szarpnięciem wyrwałam wilgoć z powietrza i skropliłam ją w łańcuch, który owinął się wokół rogów bestii i szarpnął. Łeb byka odskoczył w bok, a Kael wgryzł się jeszcze głębiej.
Arena zadrżała. Bestia osunęła się na jedno kolano, para wrzeszczała jej przez zęby… i wtedy zrobiła coś, czego się nie spodziewałam. Wypuściła z pyska płomień.
– Serio?
Żar runął na mnie z rykiem. Moje bariery zadziałały odruchowo, unosząc się wokół nas jak bańka z wody. Ogień uderzył i zwarzył się w parzącą mgłę. Skóra na przedramionach zapiekła pęcherzami tam, gdzie osłona była cieńsza.
Kael puścił gardło, nurkował pod płomieniem i ogonem smagnął zranione kolano. Kość chrupnęła. Byk runął, a jeden z jego rogów pękł i odłamał się z trzaskiem jak grzmot.
Jednym ruchem ramion wepchnęłam mgłę z powrotem w ciecz, potem w lód, a potem w noże. Dokończyliśmy to razem: Kael szarpał odsłonięte gardło, a ja wbiłam wachlarz lodu w miękką szczelinę pod szczęką. Ryk zdławił się do mokrego bulgotu. Bestia zwiotczała i znieruchomiała.
Kolana mi drżały. Nie pozwoliłam im się ugiąć.
– Koniec Bestii – sapnęłam. – Zakończone.
Filary przygasły do niskiego pulsowania. Powietrze się zmieniło i przez jedną krótką chwilę pozwoliłam sobie uwierzyć, że to już.
Wtedy znak na podłodze rozbłysnął ponownie.
– Co? – powiedziałam. – Nie, nie, przecież my po prostu…
Druga bestia nie podniosła się. Spadła.
Cień runął z posiniaczonego nieba jak rzucony nóż – ze skrzydłami, szponami i haczykowatym dziobem, który błysnął. Uderzył w złamany róg z metalicznym brzękiem, rozsypał iskry, po czym wystrzelił prosto w moją twarz z wrzaskiem, który rozłupał mi czaszkę.
– Kael!
Był szybszy. Przechwycił go w pół lotu i ich ciała zderzyły się w rozprysku gwiezdnych łusek i piór czarniejszych niż noc. To coś rozorało mu bok, a na srebrzystej skórze wystąpiły paciorki krwi. Mój bok zapłonął gorącem, jakby ktoś przeciągnął ostrzem pod żebrami.
„Nie twoje” – przesłał, a jego głos był napięty od bólu.
– A jednak cholernie tak to czuję!
Ptasi potwór otrząsnął się nienaturalnie szybko, skręcając w locie z trzaskiem skrzydeł. To nie był jastrząb. To było… nie tak. Jego pióra pożerały światło, oczy były jak studnie, a kiedy znów otworzył dziób, usłyszałam, jak wylewa się z niego głos mojej matki.
– Przynosisz nam wstyd.
Żołądek spadł mi aż do podłogi.
Wrzask uderzył w arenę jak fala uderzeniowa. Filary popękały. Moja wodna osłona roztrzaskała się. Kael drgnął, a jego płetwy przywarły.
„Iluzja” – warknął, walcząc z tym równie mocno dla mnie, co dla siebie. „Nie słuchaj. Słuchaj mnie”.
– Gadanie byłoby łatwiejsze, gdyby ten sępi banshee wreszcie się, do diabła, zamknął!
Zamachnęłam się szeroko obiema rękami i ściągnęłam do siebie każdą kroplę wilgoci, jaką potrafiłam znaleźć: krew moczącą posadzkę, parę wciąż trzymającą się w powietrzu, nawet pot na mojej skórze. Woda zakręciła się wokół mnie w cyklon, a ja cisnęłam ją ku niebu w spiralnej kolumnie, która pochwyciła to coś w trakcie nurkowania i wbiła w sufit. Kamień zahuczał. Pióra odrywały się pasami jak strzępy nocy.
Ptak runął z powrotem w dół, nietknięty. Dziób śmignął jak ostrze. Uchylłam się — prawie. Ból przeszył mnie od skroni po szczękę, gdy zahaczył mi twarz. Okulary odfrunęły. Świat zmienił się w rozmaz hałasu, bólu i gorąca.
Kael wrzasnął.
Uderzył ptaka od dołu podbródkowym, sprężyną zwiniętych mięśni, posyłając go wyżej, po czym skręcił i wczepił się szczękami w jedno skrzydło. Oboje zakręcili się w supeł srebra i pustki i z hukiem walnęli o posadzkę. Skrzydło pękło. Ptak zapiszczał, a jego głos wypluł tym razem słowa mojego ojca.
— Trzeba było zostawić cię w świątyni.
— Zamknij się — powiedziałam, a mój głos był bardzo… bardzo spokojny.
Magia wezbrała jak przypływ. Cyklon zwęził się w oszczep — kolumnę ciśnienia tak ciasną, że aż zawyła. Wbiłam ją w dół, przez ciało ptaka, i przyszpiliłam go do podłogi.
Walczył. Walczył tak, jak noc walczy ze świtem — migotał na krawędziach, próbując przesiąknąć wokół nacisku. Każdym wrzaskiem wgryzał mi się w umysł. Wspomnienia rozszczepiły się, zakwitły dawne dziecięce siniaki, a gdzieś mała dziewczynka szlochała, że jest Pusta.
— Jest moja — powiedział Kael, a te słowa opadły jak kotwica.
Napierałam.
Oszczep się sprasował. Woda w lód, lód w diament. Ptasi stwór szarpnął się, po czym znieruchomiał.
Zachwiałam się. Arena kołysała się leniwie na boki. Krew ściekała mi po policzku, a prawe oko wypełniło się czerwienią, przez co świat wyglądał, jakby był do połowy zatopiony.
— To… — przełknęłam, czując smak żelaza. — To nie był jeden boss.
Wargi Kaela odsunęły się od zębów. Spojrzał na filary, na runy i na znak-oko płonący w posadzce.
— To nie była pomyłka.
— Myślisz, że to podwoili? Żeby sprawdzić, czy pękniemy?
— Żeby nas zabić. — Jego pewność uderzyła mnie jak zimna woda w twarz. — Albo żeby nas rozdzielić. Druga bestia uderzyła w naszą więź, nie w nasze ciała.
Mrugnęłam, strzepując sól z rzęs, i zmrużyłam oczy w poszukiwaniu okularów. Znalazłam je po omacku. Były pogięte i pęknięte. I tak wcisnęłam je na nos. Rozmaz wyostrzył się odrobinę — na tyle, by zobaczyć, jak dym z pierwszej bestii wciąż wije się ku sygnetowi, jakby był wciągany w odpływ.
Druga też się rozpływała, a jej cieniopióra zmieniały się w oleistą wodę, która sunęła ku temu samemu znakowi.
— Ta próba ma być ustandaryzowana — powiedziałam. — Więź, strach, boss. Nie boss i dodatkowy koszmar-sęp.
Ogon Kaela smagnął podłogę tak mocno, że wyżłobił bruzdę.
— Accord nas obserwuje.
Zaschło mi w ustach. — Myślisz, że już wiedzą?
— Czują nas. — Przycisnął głowę do mojego ramienia; dotyk był delikatny mimo drżenia jego ciała.
— Czują ciebie.
