Rozdział 4 Uspokojenie bestii
POV księcia Kaia
Kiedy mój ojciec, król Lykanów Geo, powiedział mi dziś wcześniej, żebym pojechał z nim na krótki wypad do watahy Valeria, prawie odmówiłem. Teraz, kiedy patrzę, jak ta śliczna, mała syrena ucieka przede mną, ile sił w nogach, a jej obłędnie ponętne biodra kołyszą się przy każdym kroku, cieszę się, że nie powiedziałem „nie”. Wataha Valeria to jedna z wielu watah bezpośrednio podległych naszemu terytorium, więc to normalne, że od czasu do czasu zaglądam do tej prywatnej oazy. Znalazłem ją parę lat temu, kiedy przemierzałem te ziemie. Nie spodziewałem się, że pewien mały kwiatuszek też na nią trafi. Chociaż… możliwe, że mówi prawdę i naprawdę nie miała pojęcia, że bywam tutaj często — tak samo jak ona.
Na początku myślałem, że celowo mnie śledziła, żeby mnie uwieść — nie żebym pierwszy raz coś takiego przerabiał — ale jej reakcja na mój dotyk, ten szok i strach uświadomiły mi, że ona wcale nie zakładała, że ktokolwiek tu będzie.
Cichy, niski chichot wyrywa mi się, gdy wracam myślami do chwili, w której zobaczyłem, jak przychodzi. Nawet się nie rozejrzała. Po prostu zaczęła się rozbierać prosto przede mną, serwując mi miejsce w pierwszym rzędzie do podziwiania jej grzesznie doskonałego ciała.
Nie mogłem oderwać oczu od jej idealnej, wąskiej talii i tych szerokich bioder z lekkim wcięciem. Było ciemno, ale mój lykański wzrok pozwalał mi widzieć wszystko. Głęboki błękit jej oczu był uderzający, ale to włosy zrobiły na mnie największe wrażenie.
Nigdy nie widziałem tak białych, długich i falujących włosów. Były tak długie, że sięgały jej do pasa. Wciągnęły mnie w sekundę i sprawiły, że mój kutas momentalnie stwardniał jak kamień. Od razu wyobraziłem sobie, jak owijam tę jedwabistą grzywę wokół pięści, kiedy wchodzę w nią od tyłu. Cholera, muszę się jak najszybciej wyruchać. Nie miałem tego od dawna, bo nie lubię krzywdzić zwykłych wilczyc. Tylko Lykanki są w stanie dorównać mi siłą w łóżku. Za każdym razem, gdy pieprzyłem zwykłą wilczycę, moja bestia pożerała jej wilka, zostawiając ją pustą i już nigdy taką samą. Jedno z brzemię bycia najsilniejszym gatunkiem wśród wilkołaków.
Kiedy zrobiła krok do przodu, jej skóra wyglądała jak śmietanka — miękka, gładka — i aż mnie skręcało, żeby jej dotknąć. Dlatego zostałem w wodzie idealnie nieruchomo, czekając. Nie poruszyłem się, dopóki nie weszła do balii i nie usiadła dokładnie na moim ciele.
W chwili, gdy jej dotknąłem i spojrzałem w te głębokie, niebieskie oczy, poczułem ten nieomylny ciąg. Więź pary. Coś, czego nigdy wcześniej nie czułem z nikim innym. Nawet z moją narzeczoną. Mój wilk-bestia, Vlad, zaczął niespokojnie krążyć we mnie, warczeć, pragnąć ugryźć ją i naznaczyć tu i teraz. Musiałem zużyć każdą odrobinę siły, żeby go powstrzymać.
Gdyby nie to, że próbowała nazwać mnie gwałcicielem, wyruchałbym ją tam na miejscu, aż ledwo stałaby na nogach. Ale tego nie zrobiłem. Jestem książę Kai Morningstar. Mogę mieć, kogo tylko zechcę. Kobiety zwykle same do mnie przychodzą, chętne, błagające o smak. Nie muszę nikogo zmuszać.
Ale tę dziewczynę, kimkolwiek jest, i tak będę miał. Mam nadzieję, że należy do watahy Valeria, bo ja jeszcze z nią nie skończyłem.
Zanim spotkałem ją w wodzie, moim jedynym celem tej wyprawy było pomóc ojcu wykonać wyrok na nieszczęsnym złodzieju, który ośmielił się ukraść jego bezcenny skarb. Teraz jednak, gdy czuję zapach tej słodkiej wilczycy, ten krótki wypad zrobił się o wiele ciekawszy. Nie mogę się doczekać, aż zobaczę ją znowu.
Właśnie narzuciłem na siebie ubrania, kiedy słyszę, że ktoś się zbliża. Ten zapach poznałbym wszędzie. To mój Beta i najlepszy przyjaciel, Damon.
„Kai! Szukam cię już kawał czasu” — mówi, wchodząc na polanę. „Król Geo jest gotów ruszać do Valerii. Konwój czeka. Co ty w ogóle tu robisz?”
Nagle się zatrzymuje, a jego oczy zwężają się, gdy patrzy na moją twarz. „Co?” — warczę, poprawiając kołnierz.
Damon przygląda mi się podejrzliwie. „Coś ukrywasz. I serio wyglądasz, jakbyś miał świetny humor. To się nie zdarzyło od miesięcy.”
Kręcę głową i mówię mu, żeby pilnował własnego nosa, po czym przeciskam się obok niego. Damon tylko parska śmiechem i uderza mnie dla żartu w klatkę piersiową grzbietem dłoni. „No dobra, to z kim się rżnąłeś w środku lasu, Kai? Obyś tylko nie zabił tej biednej dziewczyny swoim lykańskim libido.”
Ignoruję słowa mojego durnego kumpla i idę dalej. Damon Firebrand jest wilkiem Lykanem, potomkiem rodu, który od pokoleń służył mojej rodzinie jako Bety. Ale nasza relacja i tak jest inna. Jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi od dzieciaka — odkąd o mało nie zginął, ratując mi życie przed watahą demonicznych wilków. Rozumie mnie lepiej niż ktokolwiek, i zazwyczaj nie mamy przed sobą tajemnic. Tyle że on nie musi wiedzieć, że w kamiennej balii z obcą dziewczyną byłem o włos od utraty kontroli — i że ta myśl dalej pali mnie gdzieś pod skórą.
Kiedy docieram do głównego obozu, mój ojciec, Król Geo, wita mnie. „No jesteś, synu. Czas ruszać. Im szybciej to załatwimy, tym szybciej wrócę do mojej Królowej.”
Moja młodsza siostra, Kara, krzywi usta w kpiącym uśmieszku, podchodząc do swojego konia. „Zniknąłeś na długo, Kai. Pewnie polowałeś na niewinne wilki na nocną przekąskę?”
Ojciec śmieje się z jej żartu, ale ja tylko posyłam jej mordercze spojrzenie.
„Dobra, ruszamy!” — ogłasza ojciec reszcie żołnierzy.
„Ojcze” — mówię, występując do przodu. „Może zmienimy się w bestie i pobiegniemy? To szybciej niż te ślamazarne transporty. Jeśli dotrzemy wcześniej, zaskoczymy watahę z Valerii.”
Nie muszę im mówić, że prawdziwy powód, dla którego aż mnie nosi, jest prosty: muszę natychmiast znaleźć tę dziewczynę jeszcze raz — zanim rozsądek zupełnie przegra z instynktem.
Kara próbuje ponarzekać, ale ojciec przytakuje. W ciągu kilku sekund zrzucamy ubrania, a powietrze wypełnia chrzęst i trzask przemieszczających się kości. Pięciu z nas przemienia się w nasze ogromne, lykańskie formy bestii. Jesteśmy więksi, ciemniejsi i bardziej śmiercionośni niż jakikolwiek zwykły wilk.
Z jednym, wspólnym wyciem ruszamy, pędząc przez las z rozmazującą obraz prędkością, prosto w stronę siedziby watahy Valerii.
Gdy śmigamy między drzewami, Vlad warczy z ekscytacji, a adrenalina aż buzuje nam w żyłach. Moje mięśnie falują pod grubym, ciemnym futrem przy każdym potężnym ruchu. Nawet nie próbując, jestem szybszy od reszty, zostawiając ojca i Damona daleko w tyle.
Uwielbiam to uczucie biegu. Przypomina mi, że mam moc. To dlatego wszyscy w królestwie się mnie boją i dlatego już teraz jestem jednym z czołowych liderów w Akademii Krypton. Mogę mieć tylko dwadzieścia jeden lat, ale siła drgająca w mojej krwi wydaje się starsza niż całe stulecia — jakby ktoś wlał we mnie pradawny ogień, którego nie da się ugasić.
Poruszamy się tak szybko, że jesteśmy tylko smugą, pokonując ogromne odległości w kilka minut. Kiedy zbliżamy się do bram watahy Valerii, nocna cisza pęka jak sucha gałąź. Zaczyna bić ciężki dzwon, oznajmiając nasze przybycie. Ten dźwięk sprawia, że moje pazury chowają się i wysuwają w oczekiwaniu.
Kimkolwiek jest złodziej, dzisiaj na pewno zginie z mojej ręki. Oby odrobina przelanej krwi uspokoiła niespokojnego Vlada choć na jakiś czas.
