Rozdział 6 Królewscy
Lyra
Czasem, serio, nie mogę uwierzyć, jakie mam parszywe szczęście.
Ze wszystkich ludzi na świecie, na których mogłam się natknąć w tej ukrytej oazie… czemu akurat on?!
Czemu musiałam poznać Księcia Likanów w tak kompromitującej, okropnej sytuacji? Bogini!
Wytężam umysł, próbując zrozumieć, jak mogłam być aż tak głupia. Jak mogłam nie wiedzieć, że to miejsce na pewno należy do niego? Przez lata traktowałam je jak swoją tajną przystań, jak własny azyl, i nawet mi przez myśl nie przeszło, że ktoś inny mógłby sobie rościć prawa do tego samego zakątka. I to jeszcze ktoś z królewskiego rodu!
Wspomnienie błyska mi przed oczami i aż czuję, jak policzki oblewa gorąco mimo lodowatego powietrza w sali. Ja naprawdę siedziałam z nim w tej balii. Wciąż czuję jego twarde, potężne ciało przyciśnięte do mojego i to, jak jego stalowe ramiona zamykały się wokół mnie. Nawet teraz, kiedy dzieli nas cały tłum, czuję, jak jego moc mnie dusi. Promieniuje z niego falami, przez co serce podskakuje mi w piersi. Staram się odwracać wzrok — wbijam spojrzenie w posadzkę albo w czyjeś plecy — ale to na nic.
Nadal czuję na sobie jego wzrok. Jest jak ściana: zatrzaskuje mnie w jednym miejscu i odbiera oddech. Czemu ja tak reaguję?? Przecież nawet go nie znam! A jednak moje ciało jakby rozpoznawało go w sposób, który mnie przeraża — jakby wiedziało coś, czego ja nie chcę wiedzieć.
Ciężką ciszę w sali przerywa mój ojciec, Alfa Rafa, kiedy robi krok do przodu. Jego głos jest łagodny i wymuszony, zupełnie niepodobny do tego wyniosłego tonu, którym zwykle mówi. — Wszyscy. Paść na kolana przed naszymi władcami. Królu Geo, Książę Kai i Księżniczko Kara. Witamy, Wasze Wysokości.
Każdy wilk w pomieszczeniu natychmiast opada na kolana, a dźwięk uderzających o kamień rzepek rozlega się naraz, jak jedno wspólne uderzenie. Wszyscy trzymamy głowy nisko spuszczone na znak całkowitego podporządkowania. Ja robię to samo, osuwam się na ziemię, ale nie potrafię powstrzymać małej iskierki satysfakcji.
Pierwszy raz to nie tylko ja jestem upokarzana. Widok Alfy i Luny, którzy pochylają kark, odsłaniają szyje i chowają dumę do kieszeni, jest jak drobniutki okruch sprawiedliwości za to, jak mnie traktowali.
— Wstać — rozkazuje Król. Jego głos jest niski i ma w sobie tak naturalny autorytet, że aż same ściany zdają się drżeć.
Kiedy wszyscy podnoszą się z kolan, próbuję stać się niewidzialna, ale ledwo unoszę głowę, a mój wzrok znów zderza się ze spojrzeniem Księcia Kaia. Jak magnes. Wciągam płytki oddech, a płuca nagle mam jakby za małe. Jego zielone oczy, na moich oczach, w jednej chwili zmieniają się w drapieżną czerwień.
Zalewa mnie dziwne wrażenie. Choć stoi kilka metrów ode mnie, jakoś czuję go na własnej skórze. Przez sekundę mam wrażenie, jakby stał tuż za mną, jakby jego mocne palce zaciskały się na mojej szyi, a potężne ciało napierało na moje plecy. To przytłaczająca, zaborcza energia — coś, co w ogóle nie powinno być możliwe.
Drżę. Ręce trzęsą mi się wzdłuż ciała, kiedy próbuję pojąć, jakim potworem on jest. Czego on ode mnie chce? I czemu patrzy na mnie tak, jakbym już była jego?
Król nie czeka, aż wszystkie formalności wybrzmią do końca. Stoi wyprostowany, a jego obecność kładzie na całej sali ciężki, mroczny cień. Wszyscy czujemy jego moc.
— Przejdę do rzeczy — mówi, a jego głos jest jak kamień. — Nie lubię marnować czasu. Ktoś z tej watahy ukradł mój naszyjnik z Diamentem Neel z królewskiego skarbca. Daję wam dokładnie sześćdziesiąt sekund, żebyście wyprowadzili złodzieja. Jeśli winny się nie znajdzie, każdy członek watahy Valeria zginie dzisiaj.
Po sali przechodzi zbiorowy, urwany wdech — mieszanina szoku i strachu — a zaraz potem słychać płacz i przestraszone szepty. Panika zaczyna narastać. Niektóre wilki próbują zerwać się i rzucić do wyjść, ale królewscy strażnicy są wszędzie, odcinają drogę. Patrzę na mojego ojca, Alfę Rafę, i widzę na jego twarzy prawdziwy szok i przerażenie.
Kto byłby na tyle głupi, żeby okraść władcę? To była misja samobójcza. Każdy wiedział, że z Rodziną Królewską się nie zadziera.
Nagle w mojej głowie błyska wspomnienie jak piorun. Kilka dni temu sprzątałam korytarze, kiedy mijałam prywatne komnaty Luny i zobaczyłam Lunę Sarę, jak trzyma naszyjnik. Był najpiękniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek widziałam. Diament miał głęboki, granatowy kolor i wyglądał tak, jakby świecił własnym światłem od środka. Pamiętam, jak oglądała go łapczywie, z błyskiem w oczach. Kiedy Alfa zapytał ją, skąd go ma, zbyła go tylko, mówiąc, że to bez znaczenia, bo teraz należy do niej.
Serce zaczyna walić mi o żebra tak mocno, że aż mnie boli, gdy w duchu pytam samą siebie, czy to był ten sam diament. Czy ona naprawdę mogłaby zrobić coś takiego?
Jeśli Król znajdzie go tutaj, na pewno zamorduje naszego Alfę i Lunę. Zdarzało mu się już wybić cały klan za mniejsze przewinienie.
Luna Sara robi krok do przodu, a jej twarz jest wręcz książkowo łagodna i niewinna. Kłania się królowi, po czym unosi głowę; jej głos jest gładki i pewny. — Z całym szacunkiem, Wasza Wysokość, jako Luna Valerii mogę osobiście zapewnić, że nikt tutaj nie odważyłby się ukraść waszego bezcennego klejnotu. Jesteśmy lojalnymi poddanymi.
Król przekrzywia głowę, a po jego ustach rozlewa się lodowaty, przerażający uśmiech. — Doprawdy?
Luna Sara przytakuje stanowczo. — Tak jest, mój Królu.
W ruchu tak szybkim, że ledwo go dostrzegam, Król rzuca się naprzód, chwyta mojego ojca za gardło i wbija w jego szyję ostre, śmiercionośne szpony. Krew natychmiast zaczyna sączyć się z rany, plamiąc strój Alfy. — Wasza Wysokość! — mój ojciec krzyczy z bólu, błagalnym tonem.
Wszyscy w sali zaczynają krzyczeć i płakać z przerażenia na widok tego, co się dzieje. Strach ściska mi kości jak w imadle. O bogini!
— Cisza! — głos Króla grzmi, aż zdaje się trząść fundamentami budynku. — Jeśli przesunę szpony choć o cal, wasz Alfa nie żyje. Macie trzydzieści sekund. Wyciągnijcie mi złodzieja, albo patrzcie, jak wasz przywódca umiera.
Wszyscy patrzymy w skamieniałej ciszy. Robi mi się niedobrze, jakby fala mdłości podchodziła mi do gardła. Czy on naprawdę zabije mojego ojca tutaj, na naszych oczach? Zerkam na księcia Kaia, ale jego twarz jest nie do odczytania, a oczy wciąż są wbite we mnie z tą samą intensywnością.
Mija kilka sekund i nadal nikt się nie odzywa. — No dobrze — mówi Król, gotów zakończyć życie Alfy.
— Czekaj! Przestań! Proszę! — Luna Sara krzyczy, padając na kolana i zakrywając twarz dłońmi. — Proszę, nie zabijaj go! Wiem, kto to zabrał! Wiem, gdzie to jest!
Król zamiera, a jego szpony wciąż tkwią w ciele mojego ojca. — Kto?
— To była moja córka —
Co? Czy ona ma na myśli, że Daisy to wzięła? Czy…
Luna Sara drży, ramiona jej się trzęsą, kiedy powoli unosi palec. Potem wskazuje nim prosto na mnie. Szlocha, a jej głos łamie się od udawanego smutku. — To była moja druga córka, Lyra. Kiedy zobaczyłam ją z tym klejnotem, zapytałam, skąd go ma, ale powiedziała, że to prezent. Nie miałam pojęcia, że ukradła go samemu królowi! Proszę nam wybaczyć, Wasza Wysokość!!
Nie. Nie. To się nie dzieje. Czuję, jak krew odpływa mi z twarzy, robi mi się zimno i kręci mi się w głowie. Moja matka zwala na mnie winę za coś, czego nie zrobiłam.
Rozglądam się, oczekując, że ktoś stanie w mojej obronie, ale widzę tylko oskarżycielskie, przestraszone spojrzenia członków mojego stada. Moja własna matka skazuje mnie na śmierć za zbrodnię, którą sama popełniła.
Próbuję otworzyć usta, ale nie potrafię wydobyć z siebie ani słowa. Łzy lecą mi po policzkach, kiedy Król odwraca się do mnie z oskarżycielskim spojrzeniem. Wszyscy patrzą na mnie ze złością.
Umrę.
