Rozdział 4 Planowanie - POV Marcusa
Efekt na pozostałych wyrzutków był natychmiastowy. Bez swojego przywódcy ta ich i tak licha „współpraca” rozsypała się jak domek z kart. Jedni zwiali od razu, inni walczyli dalej w pojedynkę, ale szybko zostali przygnieceni przez zorganizowane drużyny moich wojowników.
W ciągu kilku minut było po wszystkim. Ocalali zniknęli z powrotem za granicą, zostawiając swoich martwych — dobitny dowód na to, że nie mieli więzi watahy, która kazałaby im zabrać poległych. U nas to się robi. Choćby miało się iść przez zaspy po pas.
Przemieniłem się z powrotem w człowieka, a ciało bolało mnie od tuzina ran, które już zaczynały się zasklepiać. Wokół mnie wojownicy robili to samo: jedni pomagali rannym, inni stali na czatach, na wypadek gdyby wyrzutki spróbowali wrócić.
— Meldunek — zawołałem do Karin, gdy podeszła, a z rozcięcia nad okiem spływała jej krew.
— Pięciu martwych — powiedziała ponuro. — Elias, Tomas, Faye, Devon i Jared. Dwudziestu trzech rannych, ośmiu ciężko.
Przymknąłem na chwilę oczy. Pięciu martwych. Pięć więzi watahy przeciętych jak nożem, a ich brak już tępo kłuł mnie w piersi. Pięć rodzin, które do wieczora pogrążą się w rozpaczy. I dwudziestu trzech rannych — przy zaledwie sześćdziesięciu wyszkolonych wojownikach.
— Zabierzcie rannych do domu watahy — rozkazałem, omiatając spojrzeniem pobojowisko. — Niech ekipa medyczna będzie gotowa.
Droga powrotna była ciężka, zwycięstwo smakowało jak popiół. Nieśliśmy naszych poległych z szacunkiem, ich ciała przerzucone przez ramiona towarzyszy z watahy. Ranni kuśtykali obok albo byli podtrzymywani przez silniejsze wilki. Kiedy zbliżaliśmy się do domu watahy, zobaczyłem moją Lunę, Elenę, jak organizuje pomoc medyczną. Jej zwykle idealnie ułożone włosy były w pośpiechu związane, a twarz miała twardą, zdecydowaną.
— Jadalnię przerobiliśmy na punkt segregacji — poinformowała mnie, a jej oczy w kliniczny sposób policzyły moje obrażenia. — Doktor Morrow i jego zespół są gotowi.
Skinąłem głową i wszedłem za procesją do środka, gdzie chaos zamienił się w uporządkowaną, pilną krzątaninę. Stoły zostały uprzątnięte, żeby służyć za leżanki do badań, a personel medyczny krążył między nimi z wyćwiczoną precyzją. Członkowie watahy, którzy nie byli wojownikami, ale mieli medyczne przeszkolenie, zostali zagonieni do roboty: opatrywali lżejsze rany i przygotowywali zapasy.
I wtedy ją zobaczyłem — bezwilczą, Amelię. Jej drobna sylwetka przemykała między rannymi, niosła bandaże i wodę. Ręce miała pewne, gdy pomagała oczyścić głębokie rozcięcie na nodze młodego wojownika, a twarz spokojną mimo krwi i rzezi dookoła. Pracowała szybko, sprawnie, bez wstrętu i bez wahania, jakiego można by się spodziewać po kimś, kogo zwykle trzyma się z dala od spraw watahy.
Zatrzymałem się, obserwując, jak przechodzi do kolejnego pacjenta bez polecenia, jak wyprzedza potrzeby doktora, zanim ten zdąży je wypowiedzieć. Jak na bezwilczą wykazywała zaskakujący spokój w kryzysie. W głowie zaczęła mi się klarować myśl — taka, która mogła rozwiązać kilka problemów naraz.
— Elena — zawołałem, przywołując moją Lunę gestem. — Spotkaj się ze mną w moim gabinecie za dziesięć minut.
Skinęła głową, wyczuwając ciężar w moim głosie. Przeszedłem przez dom watahy, odpowiadając na zaniepokojone spojrzenia członków watahy stoickimi skinieniami. Musieli widzieć siłę, nie wahanie. Nie strach. Gdy dotarłem do gabinetu na najwyższym piętrze, miałem już podjętą decyzję.
Zamknąłem za sobą drzwi i od razu podszedłem do biurka, podnosząc zabezpieczony telefon satelitarny, którego używaliśmy do oficjalnych spraw watahy. Potrzebny numer był zapisany, choć wcześniej nie miałem powodu, by z niego korzystać. Duma powstrzymywała mnie przed szukaniem pomocy na zewnątrz, ale duma nie utrzyma mojej watahy przy życiu.
Sygnał zadzwonił trzy razy, zanim połączenie zostało zestawione.
— Brecc — padła odpowiedź, jedno słowo wypowiedziane głębokim, pozbawionym emocji głosem.
— Królu Alf Aleksandrze — odparłem, wciskając szacunek w ton, mimo upokorzenia tego, co miałem zaraz zrobić. — Mówi Alfa Marcus Blackwater z Watahy Mroźnej Góry.
Pauza.
— Wiem, kim jesteś, Blackwater. Czego chcesz?
Żadnych uprzejmości, żadnych dyplomatycznych ceregieli. Reputacja Króla Alf jako człowieka mówiącego wprost najwyraźniej nie była przesadzona.
— O świcie zaatakowano moją watahę — powiedziałem, przechodząc do rzeczy. — Wyrzutki. Czterdziestu albo więcej, dobrze skoordynowani. Odparliśmy ich, ale ponieśliśmy poważne straty.
— I? — głos pozostał nieporuszony, jakby wcale go to nie ruszało.
„I mamy powody sądzić, że wrócą w większej liczbie.” Ścisnąłem telefon mocniej. „Wyrzutki z Południowej Doliny rosną w siłę od miesięcy. To był ich pierwszy bezpośredni atak na terytorium watahy.”
„Nie jesteście jedyną przygraniczną watahą, która melduje wzmożoną aktywność wyrzutków” — przyznał. „Czego dokładnie żądasz, Blackwater?”
Wciągnąłem powietrze. „Sojuszu. Wsparcia wojskowego do zabezpieczenia granic, zasobów medycznych dla naszych rannych.”
Drzwi otworzyły się cicho, gdy Elena wsunęła się do środka, a jej pytające spojrzenie spotkało moje. Skinąłem, żeby usiadła.
„Sojusze wymagają obopólnych korzyści” — odparł po chwili Król Alfa. „Co Wataha Mroźnej Góry oferuje koronie?”
To było otwarcie, na które czekałem. „Zasoby. Dostęp do naszych kopalń srebra. Procent z wyrębu.”
„Mam srebro. Mam drewno.” Zbył mnie od razu. „Spróbuj jeszcze raz.”
Zamknąłem spojrzenie na Elenie, która znieruchomiała, słysząc ton tej rozmowy. Wiedziała, tak jak ja, co zaraz padnie.
„Powiedz mu o dziewczynie” — ponaglał Rennick w myślach. „To nasza ostatnia karta.”
„To, czego potrzebuję” — ciągnął Król Alfa w ciszy — „to nowa narzeczona. Ktoś w wieku parzenia się, nietknięty żadnymi wcześniejszymi roszczeniami.”
„Mamy niepołączoną młodą kobietę” — powiedziałem bez wahania. „Ma dwadzieścia lat, prawie dwadzieścia jeden. Pełny wiek parzenia osiągnie za dwa tygodnie.”
Brwi Eleny uniosły się odrobinę, ale nie przerwała. Wiedziała doskonale, o kim mówię.
„Imię?” Głos Króla Alfy się zmienił, przez obojętność przebiła się nuta zainteresowania.
„Amelia Lovelace.”
Pauza. „Ta sierota, którą twoja Luna znalazła lata temu?”
Zaskoczyło mnie, że w ogóle o niej słyszał, ale w polityce watah informacja była walutą władzy. Jasne, że znał historie kluczowych członków wszystkich większych watah.
„Tak” — potwierdziłem. „Ale jest zdrowa i w odpowiednim wieku. Będzie odpowiednią narzeczoną.”
Nie powiedziałem tylko, że była zbędna. Że jako bezwilcza nie miała dla naszej watahy żadnej prawdziwej wartości poza harówką, którą wykonywała. Że oddanie jej Królowi Alfie — owianemu złą sławą przez brutalne traktowanie tych, którzy podpadli — nie było dla nas żadną stratą. I że ta myśl nie wzbudzała we mnie ani krzty wyrzutów, tylko twarde, chłodne poczucie konieczności.
„Interesujące.” Słowo zawisło w powietrzu na moment. „Dobrze. Przywieź ją jutro do Królewskiego Miasta. Spotkamy się i jeśli będzie do przyjęcia, mamy umowę.”
„Jutro?” Spodziewałem się dłuższych targów, kolejnych żądań.
„Jutro” — powtórzył, a w jego tonie nie było miejsca na dyskusję. „Wyślę współrzędne na wasz przyjazd. I, Blackwater?”
„Tak, Wasza Wysokość?”
„Dopilnuj, żeby rozumiała, po co jedzie. Nie będę tolerował histerii ani prób ucieczki, kiedy już tu będzie.”
Połączenie urwało się, zanim zdążyłem odpowiedzieć. Odłożyłem telefon i spojrzałem na Elenę, której wyraz twarzy przesunął się z troski w chłodną kalkulację.
„Amelia?” — zapytała, choć to nie było naprawdę pytanie. „Oddajesz Królowi Alfie naszą bezwilczą służącą?”
„Za dwa tygodnie osiągnie wiek parzenia” — wzruszyłem ramionami. „A my potrzebujemy tego sojuszu. Wyrzutki nie poprzestaną na jednym ataku.”
Elena oparła się na krześle, a na jej wargach pojawił się mały, lodowaty uśmiech. „No proszę. Po dwunastu latach karmienia i trzymania jej pod dachem wygląda na to, że bezwilcza w końcu może się na coś przydać.”
„W istocie.” Odwzajemniłem uśmiech. „Niech ją doprowadzą do porządku i spakują do rana. Ruszamy o świcie.”
„Będzie gotowa” — obiecała Elena, wstając. „Mam jej powiedzieć, co się dzieje?”
Zastanowiłem się krótko. „Powiedz jej, że jedzie do Królewskiego Miasta do służby. Nie ma potrzeby precyzować, jakiej służby — jeszcze nie. Nie chcę, żeby przez noc przyszły jej do głowy jakieś głupoty.”
Elena skinęła głową i ruszyła do drzwi, po czym się zatrzymała. „To prawie poetyckie, co? Dziewczyna, którą przygarnęliśmy z dobroci serca, teraz ratuje watahę, która ją ocaliła.”
Nie fatygowałem się, żeby zauważać, że wdzięczność Amelii, jeśli kiedykolwiek istniała, pewnie umarła lata temu — wybita z niej razem z godnością. To nie miało znaczenia. O tej porze jutro będzie problemem Króla Alfy, a my dostaniemy ochronę, której desperacko potrzebowaliśmy.
„Poetyckie” — zgodziłem się, odwracając się do okna, gdzie pierwsze ciała naszych poległych szykowano już do obrzędów pogrzebowych. „Oby tylko Król Alfa uznał ją za… odpowiednią.”
Bo jeśli nie, wszyscy zapłacimy za to cenę.
