Rozdział 1 Avery
Avery
— To… to ta ma kawa ma tak smakować?
Dziewczyna mówi to, wpatrując się w kubek, jakby ten miał jej zaraz odpyskować.
Zatrzymuję się przy skraju stolika i zerkam w dół. Kawa wygląda dokładnie tak samo jak przez całą noc — czarna, parująca, zajęta sobą. Ona nawet na mnie nie patrzy, tylko dalej marszczy brwi nad filiżanką, jakby ta osobiście ją obraziła.
— Tak — mówię. — To jest kawa.
W końcu podnosi wzrok. Włosy ułożone idealnie, błyszczyk jak tafla, ten rodzaj luzackiej pewności siebie, która bierze się z tego, że nigdy nie musiała pytać, ile coś kosztuje. Jej koleżanki siedzą odchylone, obserwują. Jedna już się półgębkiem uśmiecha, jakby liczyła, że z tego wyjdzie historia do obgadania później.
— No cóż — mówi dziewczyna, stukając w rant jednym, idealnie wypielęgnowanym paznokciem — smakuje jak spalenizna.
— Przepraszam — odpowiadam, a mój głos z automatu jest uprzejmy. — Mogę przynieść świeżą.
— Już miałam świeżą.
Zawieszam się na moment, po czym kiwam głową. — Mogę przynieść pełen kubek z innego dzbanka.
Przechyla głowę. — Wy w ogóle czyścicie ten ekspres? Czy po prostu… dolewacie, dolewacie, aż padnie?
Utrzymuję uśmiech. Mam dobry uśmiech. Ćwiczony latami. — Czyścimy go co noc.
Nie wygląda na przekonaną. — Po prostu dziwne. Kawa nie powinna tak smakować. No nie wiem, byłaś kiedyś w Starbucksie? Tak to powinno wyglądać.
Myślę o wszystkich rzeczach, których kawa nie powinna mieć w smaku — w tym o roszczeniowości — ale żadnej z nich nie wypowiadam. — Przyniosę pani kolejną. Na koszt firmy.
Wzdycha, jakbym ją tym strasznie zmęczyła. — Dobra. Ale jak znowu będzie ohydna, to będę musiała porozmawiać z twoim kierownikiem.
— O rany — mówię. — Tylko nie groźba kierownika.
Mruży na mnie oczy. — Ty sobie ze mnie kpisz?
Patrzę jej w oczy i trzymam spojrzenie o ułamek sekundy za długo. Potem zakładam mój najlepszy, obsługowy uśmiech. — Ależ skąd.
Odwracam się, zanim zdąży zdecydować, czy chce się kłócić.
Za ladą uśmiech spada ze mnie natychmiast. Pochylam się do przodu, opieram dłonie o krawędź blatu i wypuszczam powietrze, które trzymałam dłużej, niż w ogóle zauważyłam. Wychodzi jako niski, poirytowany dźwięk — bardziej zwierzę niż uprzejma, ludzka kelnerka.
Ciężar osiada mi na ramionach. Dłoń klepie mnie po plecach, powoli i przesadnie.
— Czemu wydajesz odgłosy grożące śmiercią? — pyta Ricky.
Zerkam na niego z boku. Opiera się o ladę — same łokcie i fatalna postawa — blond loczki wpadają mu do oczu, a on wygląda na zdecydowanie zbyt rozbawionego moją męką.
— Jeden stolik uważa, że kawa w barze mlecznym ma smakować jak starbucks za piętnaście dolców i fundusz powierniczy — mówię. — Nasza podobno smakuje rozczarowaniem i blokowiskiem.
Śmieje się. — To jeszcze nic.
Patrzę na niego i unoszę brew.
— Właśnie patrzyłem, jak jakiś brzdąc wepchnął sobie słomkę do nosa — mówi. — A potem pochylił się i próbował pić przez nią czekoladowe mleko.
Gapię się przez chwilę. — …I zadziałało?
— Nie.
— Tchórz.
Śmiech wyrywa mi się, zanim zdążę go zatrzymać — ostry i nagły. Nie chciałam obrazić dzieciaka, ale jak już wpychasz sobie słomkę do nosa, to lepiej zrób z tego jakiś użytek, no nie? Z boksu w rogu podnosi się kobiecy głos, spanikowany i piskliwy, po chwili dołącza męskie darcie się coś o głupich pomysłach i zarazkach. Dzieciak zaczyna ryczeć. Ricky zaciska usta, a ramiona mu się trzęsą.
— Musiałem odejść — mówi. — Dla własnego bezpieczeństwa.
— No — mówię, ocierając oczy. — Dobra. Wygrałeś.
Prostuję się, wygładzam fartuch i pozwalam, żeby gwar knajpy znowu ułożył się w coś, co da się znieść. — Przynajmniej zmiana już prawie się kończy.
— Prawie — mówi. — Czyli właśnie wtedy, kiedy zwykle wszystko się sypie.
Jego ramię dalej leży mi na barkach — znajome, swobodne. — Drinki po?
Patrzę na niego. Ricky zawsze był „na luzie” — taki, co nie zadaje pytań, na które nie mam ochoty odpowiadać, co rozumie, co znaczy być zmęczoną, spłukaną i mimo wszystko próbować. Czasem idziemy na drinka, czasem te drinki kończą się jego kanapą i jego łóżkiem — śmiechem, ciepłem i niczym skomplikowanym. Bez obietnic. Bez oczekiwań.
Nie mam w sobie miejsca na więcej. Nie kiedy mój kierunek z tłumaczeń pożera każdą wolną chwilę, nie kiedy czesne i czynsz, i ta nieustanna matematyka przetrwania mielą mi się z tyłu głowy.
Ricky to same długie kończyny i niespokojna energia — taki chudy, tyczkowaty typ, który i tak wygląda sportowo, jakby mógł wejść na boisko do kosza i dać radę bez wysiłku. Ma potargane loki, które nigdy nie chcą się ułożyć, i uśmiech, który działa na prawie wszystkich. Dziewczyny go zauważają. Zawsze zauważały. On nigdy nie wygląda na zdziwionego, nigdy się tym nie chwali — po prostu to się wokół niego dzieje.
Ale ze mną jest inaczej.
Jest delikatny w sposób, którego większość ludzi nie spodziewa się po kimś, kto tak łatwo przyciąga uwagę. Słucha. Dopytuje, czy na pewno wszystko okej. Pilnuje, żebym czuła się chciana, szanowana i bezpieczna, a nie tylko pożądana. Kiedy kończymy poplątani w jego prześcieradłach po zbyt wielu drinkach i zbyt dużej dawce śmiechu, traktuje mnie tak, jakbym się liczyła — jakbym nie była „kolejną nocą”, tylko kimś, z kim warto obchodzić się ostrożnie.
I dlatego ciągle wracam.
Więc drinki? Drinki mogę.
— Tak — mówię. — Chętnie.
Zanim zdąży odpowiedzieć, na ladę pada cień.
Frank stoi tam z założonymi rękami, z miną wykutą z permanentnej irytacji. Jego wzrok przeskakuje na ramię Ricky’ego, potem wraca do mnie. — My tu pracujemy — pyta — czy się kolegujemy?
— Pracujemy — mówimy równocześnie.
— Stolik dwanaście potrzebuje dolewek — dorzuca, już się odwracając. — Mniej gadania.
— Już idę.
Ricky nachyla się tylko na tyle, żeby mruknąć: — I tak warto.
Kręcę głową, chwytam dzbanek z kawą i wracam na salę, a dzwoneczek nad drzwiami dźwięczy, gdy wchodzi ktoś kolejny.
Nie wiem jeszcze, że to jest ostatnia normalna noc w moim życiu. Nie wiem, że coś pradawnego już się porusza, ani że świat, który rozumiem, zaraz pęknie i rozstąpi się na oścież.
Na razie tylko nalewam kawę i dalej się uśmiecham, wierząc — jak idiotka — że na tym wszystko się kończy.
