Rozdział 1 Biurko

Violet

Telefon zaczyna drzeć japę o 7:58 rano, dokładnie wtedy, kiedy zawsze — jakby wiedział, że budynek już nie śpi i najwyższa pora komuś rozwalić dzień.

Moim zadaniem jest dopilnować, żeby tym „kimś” nie był Rowan Ashcroft.

— Ashcroft Industries, dzień dobry — mówię, już stukając wolną ręką w klawiaturę, już skanując kalendarz, już patrząc na windę jak na zegar odliczający do wybuchu. — W czym mogę pomóc? Gdzie przekierować rozmowę?

— Potrzebuję pana Ashcrofta. Natychmiast.

No jasne, że pani potrzebuje.

— Mogę zapytać, kto dzwoni?

— Radna Hargrove. On wie, kim jestem.

Wszyscy myślą, że ich nazwisko to wytrych. Wszyscy myślą, że „pilne” nagina zasady. Zapominają, że to ja tu stoję — z dostępem, uprawnieniami i systemem ochrony, który słucha mnie, nie ich.

— Wiem, kim pani jest, pani radna — mówię, grzecznie na tyle, żeby przeszło, płasko na tyle, żeby ukłuło. — Pan Ashcroft jest w tej chwili niedostępny. Mogę przekazać wiadomość.

— Niedostępny? Jest ósma rano.

— Zaczyna dzień o dziewiątej — kłamię gładko. Rowan Ashcroft zaczyna dzień wtedy, kiedy uzna, że świat zasługuje na jego obecność. — Jeśli sprawa jest pilna, mogę umówić rozmowę na później, jeszcze dzisiaj.

— Ja nie będę niczego umawiać. Ja dzwonię.

— A ja odbieram — uśmiecham się, choć ona tego nie widzi. Uśmiechy są bronią, jeśli wiesz, jak ich używać. — Chce pani zostawić wiadomość?

Cisza. Potem ostro, oburzona:

— Proszę mu powiedzieć, że robi sobie wroga.

Nie mrugam. Nie reaguję.

— Zanotowane — mówię i odkładam słuchawkę.

Oznaczam połączenie jako WYSOKI PRIORYTET i wsuwam je pod trzy inne z tym samym oznaczeniem. Groźby Rowana Ashcrofta nie ruszają. On zbiera wrogów tak, jak bogaci faceci zbierają zegarki — nie po to, żeby działały, tylko żeby było widać, na co go stać.

Telefon dzwoni znowu.

— Ashcroft Industries.

— Jest? — warknie mężczyzna.

— Kto dzwoni?

— Waters. On odbierze.

— Pan Ashcroft jest niedostępny — powtarzam, bo powiedziałam już tyle wersji tego zdania, że mogłabym je mieć wyryte na kręgosłupie. — Czy chce pan zostawić wiadomość?

— Ja nie zostawiam wiadomości.

— To pan nie dostaje pana Ashcrofta — mówię spokojnie. Spokój doprowadza ludzi do szału. — Miłego poranka.

Klik.

Kolejne połączenie wpada, zanim zdążę złapać oddech. Na ekranie miga OŚRODEK REHABILITACYJNY, a mnie ściska w żołądku.

Nie teraz.

Odbieram i tak. — Violet Pierce.

— Pani Pierce — mówi kobieta głosem klinicznym i zmęczonym, głosem kogoś, kto zawodowo przekazuje złe wieści. — Musimy porozmawiać o zaległym saldzie za pobyt pani mamy.

Wokół mnie lobby lśni. Marmurowe posadzki. Szklane ściany. Ciche bogactwo. Zerkam na swoje odbicie w blacie — profesjonalna, opanowana, bez pęknięć.

— Zapłaciłam w zeszłym tygodniu — mówię.

— Tak — odpowiada bez cienia zachwytu. — I doceniamy to. Jednak następna wpłata jest wymagana dziś. Jeśli nie otrzymamy jej do siedemnastej, będziemy musieli zweryfikować dalszy pobyt pani mamy.

Zweryfikować dalszy pobyt.

Tak to nazywają, kiedy współczucie staje się warunkowe.

— Ile? — pytam.

Mówi kwotę. Liczba spada na mnie jak cios.

— Zajmę się tym — mówię.

Pauza. — Na pewno?

Mój wzrok opada na karteczkę samoprzylepną pod monitorem.

ZAGINIONY: DREW PIERCE

Twarz mojego brata patrzy na mnie ze starego zdjęcia — uśmiechnięty, żywy, zniknięty.

— Powiedziałam, że się tym zajmę.

— Dziękuję, pani Pierce.

Rozmowa się kończy. Natychmiast zapala się kolejna linia.

Panika to luksus. Panika jest dla ludzi, których życie nie zależy od tego, czy stoją prosto.

Odbieram. Potem następną. I następną.

Do 8:20 zdążyłam zablokować czterech dyrektorów, przekierować dwóch inwestorów, przełożyć prawnika, odwołać niezapowiedzianą wizytę i przechwycić dostawę na złe piętro. Nie napiłam się wody. Nie sprawdziłam konta.

Nie muszę.

Za mało.

O 8:35 wpada Avery Quinneth, pachnie pieniędzmi i pewnością siebie, bez stresu w szpilkach, które kosztują więcej niż moje tygodniowe zakupy w Biedronce.

— Dzień dobry — zaśpiewa, smoothie w dłoni.

Nie podnoszę wzroku. — Twoja dziewiąta przesunięta na dziesiątą.

Jej uśmiech przygasa. — Co? Czemu?

— Wywiad prasowy Theo przyspieszyli. Rowan chce, żeby marketing był w gotowości.

Mruga. — Rowan chce… marketing?

— Tak — mówię. — Dostosuj się.

Dąsa się. — Mogłaś mi napisać.

— Nie wysyłam przypomnień dorosłym ludziom.

Pochyla się bliżej. — On ma dziś humor. Słyszałam go wczoraj w nocy przez telefon.

— Na pewno — mówię.

Odchodzi tak, jakby to ona tu rządziła.

Nie rządzi.

O 8:42 Camille przechodzi przez lobby z tabletem pod pachą. Nie macha — tylko lekko unosi brodę.

Widzę cię.

Patrzę na nią tak, że znaczy nie teraz.

Bo winda dzwoni.

Rowan Ashcroft nawet jeszcze nie przyjechał —

— a mnie i tak ściska w klatce.

Następny Rozdział