Rozdział 2 Nad moim biurkiem
Violet
Każdy to czuje, kiedy Rowan Ashcroft wchodzi do budynku. Powietrze się nie zmienia — nie dosłownie — ale i tak jakby wszystko wokół niego się napinało, jakby ściany prostowały plecy i nagle przypominały sobie o manierach.
Drzwi windy rozjeżdżają się cicho, a Rowan wychodzi, jakby wchodził na pole bitwy, które już dawno wygrał.
Metr osiemdziesiąt parę. Szerokie barki. Dopasowany grafitowy garnitur, jakby był doszyty do skóry. Bez uśmiechu. Bez zbędnych ruchów. Jego spojrzenie omiata hol jeden raz — sprawnie, rzeczowo, lodowato.
Nie patrzy na Avery. Nie patrzy na ochroniarza. Patrzy na mnie.
Nie ciepło. Nie życzliwie. Tak, jakbym była elementem w układzie, który ma działać bez zająknięcia.
I tak wstaję.
Rowan idzie w stronę recepcji. Avery aż drży z potrzeby, żeby ją zauważono — i spektakularnie jej to nie wychodzi. Trzyma się pół kroku za nim, jakby próbowała przypiąć się do jego cienia na agrafkę.
Rowan zatrzymuje się przy ladzie. „Plan dnia” — mówi.
Żadnego „dzień dobry”. Żadnego „cześć”. Żadnych ludzkich słów.
Podsuwam mu teczkę — idealnie równo, z zakładkami, wydrukowaną i czystą. „Dziewiąta potwierdzona. Prawnicy przełożyli na jedenastą. Przygotowanie Theo do prasy jest o dziesiątej trzydzieści i prosił o pańską obecność przez pięć minut.”
Rowan otwiera teczkę, nie patrząc na moje dłonie. „Nie zatwierdziłem pięciu minut.”
„Prosił” — powtarzam. „Może pan odmówić.”
Jego wzrok błyska w górę. Szybko. Ostro. „On nie prosi.”
W tym zdaniu jest coś, co brzmi jak strzał ostrzegawczy.
Nie mrugam. „W takim razie proszę to potraktować jako informację.”
Maleńka pauza. Nie zdziwienie — zainteresowanie. Jakbym powiedziała coś odrobinę zabawnego. I już po tym.
Sięgam w dół i podnoszę tackę z kawą zza lady. Jedna filiżanka. Czarna. Dwie kostki lodu. Bardzo konkretny gatunek ziaren, na którym się upiera. Stawiam ją na skraju blatu bez ceremonii. Obok — muffinka w małej papierowej torebce: jagodowa, podgrzana dokładnie dwanaście sekund, żeby nie była tak gorąca, by go poparzyć, ale na tyle ciepła, żeby nie była obrazą dla jego perfekcjonizmu.
Dłoń Rowana zaciska się na kawie. Nie mówi „dziękuję”.
Nigdy nie mówi.
Avery pochyla się do przodu, uśmiechnięta za szeroko. „Powiedziałam im, że dziś lubi pan czarną” — oznajmia, jakby zrobiła cokolwiek.
Rowan nawet na nią nie zerka. Upija łyk kawy, oczy wciąż na harmonogramie, i mówi: „Przesuń spotkanie na dwunastą trzydzieści.”
Odpowiadam od razu. „Na trzynastą.”
Jego oczy znów unoszą się — tylko na chwilę — bo nie zapytałam „dokąd”. Już wiem, gdzie to może wylądować, nie rozwalając reszty dnia.
Kiwa raz głową. To nie aprobata. To stwierdzenie faktu. Jak maszyna, która rozpoznaje inną maszynę.
Za nim uśmiech Avery lekko drga, jakby tracił równowagę.
Rowan zamyka teczkę. „Bez telefonów.”
„Przefiltruję” — mówię.
Odwraca się, żeby odejść. Zatrzymuje się jeszcze raz, na tyle długo, że powietrze między nami robi się ostrzejsze, bardziej napięte.
„Pierce” — mówi, używając mojego nazwiska jak rozkazu.
„Tak, panie Ashcroft.”
Jego spojrzenie tnie po mnie. Nie po piersi. Nie po nogach. Nie tak, jak patrzą faceci, którzy myślą, że recepcjonistki są od ozdoby.
Patrzy na moją twarz. Moją postawę. Na napięcie, które trzymam tak mocno, że mogłabym pęknąć na pół.
„Spóźniłaś się” — mówi.
Patrzę mu prosto w oczy. „Nie.”
Rowan się nie kłóci. Nie przeprasza. Po prostu trzyma mój wzrok, jakby sprawdzał, ile wytrzyma.
Potem odwraca się i odchodzi.
Winda go połyka. Drzwi zamykają się, jakby nic się nie stało.
A jednak coś się stało.
Bo Rowan Ashcroft zauważył czas.
Zauważył mnie.
I nie wiem, co jest gorsze — to, że to zrobił, czy to, że jakaś mała część mnie chce, żeby zrobił to jeszcze raz.
Telefon dzwoni.
Odbieram po pierwszym sygnale, bo ja nie mam prawa się rozsypać w tym holu. Nie z rachunkami za odwyk, które tylko czekają, żeby mnie zmiażdżyć. Nie z bratem wciąż zaginionym. Nie kiedy Rowan Ashcroft chodzi po tych korytarzach jak burza w garniturze.
„Ashcroft Industries” — mówię, głos stabilny, uśmiech ostry jak brzytwa. „W czym mogę pomóc?”
Głos po drugiej stronie mówi coś, od czego krew ścina mi się w żyłach.
I po raz pierwszy, odkąd wzięłam tę pracę—
Zawieszam się.
