Rozdział 5
Aurora
„Brzmi... intensywnie.” powiedziałam, chowając do kieszeni mały metalowy klucz, który znalazłam w pakiecie powitalnym.
„Wszystko tutaj takie jest,” mruknęła Riven, nie odrywając wzroku od książki.
Wyszłam na korytarz, oddychając nieco lżej, teraz gdy byłam sama. Po raz pierwszy od przyjazdu poczułam, że mogę na chwilę się zatrzymać i pomyśleć.
Wilkołaki.
Likanie.
Książę cholerny Zayn.
Pokręciłam głową, mrucząc pod nosem. „To nie może być prawda.”
Poszłam w stronę łazienki, o której wspominała Mira. Korytarz był tutaj węższy, wypełniony starymi portretami, których oczy wydawały się zbyt świadome, by było to komfortowe. Trzymałam wzrok w dół, czując chłodny kamień pod stopami nawet przez skarpety. Sięgnęłam do klamki od drzwi do łazienki, tylko po to, by zdać sobie sprawę, że je minęłam. Były drugie drzwi dalej w dół – półotwarte.
I wtedy się odwróciłam i zderzyłam z murem ciepła i mięśni.
„Ała––„ cofnęłam się o krok, prawie wypuszczając z rąk kosmetyczkę. „Przepraszam, nie...”
Słowa utknęły mi w gardle.
To był on.
Zayn.
Książę likanów.
Oczywiście, że to był on.
Jego koszula była wilgotna i przylegała do klatki piersiowej – jakby właśnie wrócił z treningu lub biegu. Jego włosy były lekko potargane i ciemniejsze na końcach, a jego oczy... te burzowo-szare oczy przykuły mnie do miejsca.
Patrzyłam na niego, serce mi waliło. On patrzył na mnie, usta zaciśnięte, szczęka napięta.
Staliśmy tam w ciszy – dłużej niż było to komfortowe.
„Znowu ty,” powiedział sucho.
„Znowu ja,” mruknęłam, starając się brzmieć mniej bez tchu niż byłam.
Nie ruszył się. Nawet nie mrugnął.
„Dlaczego jesteś na tym piętrze?” zapytał cicho, ale ostro.
Mrugnęłam. „Bo to mój akademik?”
„Nie.” Jego oczy zwęziły się. „To skrzydło jest zamknięte.”
Spojrzałam za siebie na półotwarte drzwi łazienki. „Nie próbuję łamać zasad. Jedna z moich współlokatorek powiedziała, że tutaj są prysznice.”
Jego oczy przeniosły się na kosmetyczkę w mojej ręce. Potem z powrotem na moją twarz.
Jego nozdrza lekko się rozszerzyły – jakby znowu mnie wąchał.
Instynktownie cofnęłam się o krok. „Słuchaj, po prostu próbuję wziąć prysznic i przetrwać pierwszy dzień bez zostania zjedzoną.”
Jego spojrzenie się zaostrzyło. „Zabawne.”
„Nie próbowałam być,” mruknęłam.
Kolejna chwila ciszy.
W końcu jego ramiona opadły o ułamek.
„Nie jesteś jak inni,” powiedział. Nie pytanie. Bardziej jak stwierdzenie, które testował na głos.
Przełknęłam ślinę. „Tak, czuję to.”
Pochylił się trochę do przodu, na tyle, że poczułam najdelikatniejszy ślad czegoś – drewna cedrowego, dymu i deszczu. Zapach, który nie był perfumami, ale wciąż czymś, co unosiło się w powietrzu.
„Nie pasujesz tutaj,” powiedział miękko.
Poczułam to jak cios w klatkę piersiową.
Ale uniosłam podbródek. „Może nie. Ale jestem tutaj mimo wszystko.”
Oczy Zayna zablokowały się na moich, coś za nimi migotało – frustracja, może. Albo ciekawość. Albo jedno i drugie.
„Po prostu... trzymaj się z dala od kłopotów,” powiedział w końcu, szorstkim głosem.
„Zdefiniuj kłopoty.” Wydał krótki, beznamiętny oddech – pół śmiech, pół ostrzeżenie.
Bez słowa przeszedł obok mnie, a ciepło jego ciała pozostawało w wąskim korytarzu jak iskra, która jeszcze nie zgasła.
Stałam tam długo po tym, jak zniknął.
Bo przez chwilę, w jego głosie—w jego spojrzeniu—nie czułam się niewidzialna.
Czułam się dostrzeżona.
I nie byłam pewna, czy to było lepsze... czy gorsze.
Prysznic był stary, ale na szczęście gorący. Stałam pod strumieniem wody, pozwalając, by uderzał w kark, mając nadzieję, że zmyje cały dzień—spojrzenia, szepty, zderzenie z Zaynem i sposób, w jaki jego słowa odbijały się echem w mojej głowie jak grzmot.
Nie pasujesz tutaj
To już wiedziałam.
Ale słysząc to od niego—jego, Księcia Lykanów z burzowoszarymi oczami i światem na barkach—bolało bardziej, niż chciałam przyznać.
Oparłam czoło o chłodną płytkę, zamykając oczy.
Co ja tu w ogóle robiłam?
Moi rodzice mówili, że ta przeprowadzka to 'nowy początek', ale najwyraźniej nie mieli pojęcia, do jakiej szkoły mnie wysyłają. A może wiedzieli i nie wierzyli. Może zlekceważyli całą tę 'deklarację gatunku' na formularzach. W końcu, kto o to pyta? Wilkołaki nie są prawdziwe. Magia nie jest prawdziwa.
Tylko że... była.
I stałam w samym środku tego wszystkiego, starając się nie utonąć.
Po jakimś czasie woda zaczęła się ochładzać, a moje palce pomarszczyły się. Zakręciłam kran i wyszłam, owijając się puszystym ręcznikiem, który przyniosłam ze sobą. Ciepło przylegało do mojej skóry, ale nie mogło odpędzić bólu rosnącego w mojej piersi.
W ubraniach—tylko bluza i legginsy—pocierałam włosy ręcznikiem i ruszyłam w stronę korytarza, mając nadzieję, że dotrę do łóżka bez żadnych niespodzianek.
Ale oczywiście, nie mogłam mieć tyle szczęścia.
Bo tuż za drzwiami łazienki, z rękoma skrzyżowanymi na piersi, oparta o ścianę jakby na kogoś czekała, stała dziewczyna o lodowato srebrnych włosach i spojrzeniu, które mogło przeciąć szkło.
Zatrzymałam się nagle.
Ona się nie poruszyła.
Nie uśmiechnęła się.
Nawet nie mrugnęła.
Charlotte.
Nikt nie musiał mi mówić. Po prostu wiedziałam.
Była zbyt idealna—smukła, wysoka i bez wysiłku przerażająca. Jej ubrania były markowe, aura ostra, a te przeszywające fiołkowoszare oczy wbiły się we mnie jakby byłam plamą na jej podłodze.
"Jesteś Aurora," powiedziała, jej głos był gładki i chłodny jak jedwab.
Powoli skinęłam głową. "Uh... tak. To ja."
"Jestem Charlotte," uśmiechnęła się, ale uśmiech nie sięgnął jej oczu. "Partnerka Zayna." Nie wiedziałam, co na to powiedzieć.
Czy powinnam jej pogratulować?
Uciekć?
Charlotte odepchnęła się od ściany i zrobiła jeden krok do przodu. Nie groźny. Nie całkiem. Ale było coś w jej postawie—coś, co sprawiło, że moje instynkty krzyczały, 'Nie odwracaj się.'
"Widziałam, jak z nim rozmawiałaś," powiedziała spokojnie. "W korytarzu."
"Zderzyłam się z nim." Poprawiłam, przełykając gulę w gardle. "Dosłownie. To nie była rozmowa."
Przechyliła głowę. "Mhm. Jasne."
Moje ręce zacisnęły się na krawędziach ręcznika, który wciąż był wilgotny.
Charlotte zrobiła kolejny krok w moją stronę.
