Rozdział 6
Aurora
"Pozwól, że dam ci radę," powiedziała miękkim, niemal życzliwym głosem. "Moonbound ma swoje zasady. Wypowiedziane i niewypowiedziane. Jesteś nowa. W porządku. Wszyscy tam byliśmy."
Mrugnęłam. "Okej...?"
"Ale Zayn?" Jej oczy pociemniały o ton. "On nie jest częścią twojego świata. Ty nie jesteś częścią jego. Więc trzymaj się od niego z daleka, dobrze?"
Poczułam te słowa jak drugi cios w żołądek. Zimne i przemyślane.
"Nie próbowałam—"
Podniosła rękę, doskonale wypielęgnowane palce łapały światło.
"Nie przyszłam tu, by z tobą walczyć," powiedziała, tonem wciąż doprowadzająco uprzejmym. "Po prostu cię informuję—dla twojego własnego dobra—najlepiej, jeśli będziesz trzymać się swojej ścieżki."
Patrzyłam na nią.
Ona patrzyła prosto na mnie.
A potem, jak gdyby nigdy nic, znów się uśmiechnęła. "Miłej nocy, Aurora."
Odwróciła się i ruszyła korytarzem jakby była jego właścicielką—ramiona wyprostowane, kręgosłup prosty, długie włosy łapiące blask kinkietów jak srebrna fala.
A ja po prostu stałam tam.
Zamarznięta.
Dwa razy tej nocy, powiedziano mi, że nie pasuję.
Raz przez kogoś, kto nawet nie wiedział, kim jestem.
I raz przez kogoś, kto wyraźnie wiedział.
Kiedy w końcu wróciłam do akademika, ogień był już przygaszony, a dziewczyny były już pochowane w łóżkach, jedyne dźwięki w pokoju to ciche sapanie i szelest koców.
Wślizgnęłam się do swojego łóżka, serce wciąż biło szybko, i mocno owinęłam się kołdrą. Byłam wyczerpana. Fizycznie i emocjonalnie. Chciałam tylko, żeby ten dzień się skończył.
Las płonął.
Ale nie ognistym płomieniem—świecił, miękkim i złotym blaskiem, przesuwając się między drzewami jakby był tam na swoim miejscu. Liście nie więdły, kora nie zwęglała—po prostu trwał, jakby nie miał zamiaru odejść.
Byłam boso na mchu, który wydawał się zbyt ciepły, jakby pamiętał lato, mimo że powietrze było rześkie.
Gdzieś w przodzie, wilk zawył.
Odwróciłam się, instynkt pociągnął mnie w stronę dźwięku, choć nie rozumiałam dlaczego. Wszystko wydawało się ciężkie—jakbym poruszała się przez gęstą wodę zamiast powietrza. Niebo nade mną nie miało gwiazd. Tylko pełny księżyc tak wielki, że rozlewał srebrne światło na korony drzew.
A potem ich zobaczyłam.
Oczy.
Dziesiątki z nich.
Świecące między drzewami. Niektóre bursztynowe, inne czerwone, a jedna para—burzowe szare—wpatrywała się we mnie jakby byłam ofiarą.
Las rozstąpił się, drzewa rozsunęły jak kurtyny, odsłaniając ogromne, ciemnofutrzaste zwierzę stojące na polanie. Jego oczy płonęły gniewem i smutkiem jednocześnie.
A potem odwróciło się i zaczęło iść w przeciwnym kierunku, oczekując, że pójdę za nim. I poszłam.
Jego ogromne łapy nie wydawały żadnego dźwięku, poruszając się przez ogniste zarośla, a złote płomienie rozstępowały się przed nim jak starzy przyjaciele. Nie myślałam. Po prostu się ruszałam—ciągnięta naprzód przez coś starszego niż logika, głębszego niż pamięć.
Dotarliśmy do polany. Na jej skraju stał most—stary, łukowaty, zbudowany z kamienia, który delikatnie świecił mchem i światłem księżyca. Wisiał nad rzeką, której nie słyszałam aż do teraz.
Woda szeptała szybko pod nami w języku, którego nie rozumiałem.
A tam, na samym środku mostu, była drewniana kołyska.
W środku leżało niemowlę. Owinięte w jasnoniebieski kocyk, nie starsze niż dwa miesiące. Jej klatka piersiowa unosiła się i opadała powoli, jej skóra była miękka i nietknięta przez zimno. Nie płakała. Po prostu patrzyła na mnie szeroko otwartymi, nie mrugającymi oczami.
Coś we mnie pękło.
Pobiegłem.
Nie myślałem o tym, dlaczego. Po prostu wiedziałem — wiedziałem — że muszę do niej dotrzeć.
Ale w chwili, gdy moja stopa dotknęła pierwszego kamienia mostu, wszystko się rozpadło.
Świat złożył się w sobie.
Drzewa pociemniały.
Ogień zgasł.
Niebo się rozdarło.
I zacząłem spadać.
Nie w dół, nie naprawdę. Przez.
Przez gałęzie, które drapały, ale nie raniły. Spadałem obok echo — śmiech, szlochy, kołysanki i warczące zęby.
Otworzyłem oczy. Byłem z powrotem w lesie.
Drzewa znowu szeptały.
Byłem znowu boso. Mech pod stopami pulsował delikatnie, jakby miał własne bicie serca. Zapach sosny i dymu wypełniał moje płuca.
Zrobiłem krok do przodu, nie wiedząc dlaczego. Las wydawał się starożytny. Obserwujący. Czekający.
Wtedy to usłyszałem.
Wycie.
Niskie i samotne, wijące się przez drzewa jak wspomnienie. Nie przestraszyło mnie to, dokładnie — poruszyło coś głęboko w mojej piersi, coś nieznanego. Jakbym powinien to rozpoznać, ale nie mogłem.
Drugie wycie odpowiedziało.
To było bliżej.
Potem usłyszałem dźwięk łap — ciężkich, miażdżących liście tuż poza zasięgiem światła ognia. Odwróciłem się, ale cienie były gęste, oplatające drzewa jak winorośle. Serce zaczęło mi bić szybciej. Nie byłem sam.
Coś było za mną.
Pobiegłem.
Ziemia zamazywała się pod moimi stopami. Drzewa migały obok. Powietrze stało się zimniejsze i ostrzejsze, a za mną wciąż słyszałem kroki — teraz bliżej. W ciemności rozległo się niskie warczenie.
Nagle, zatrzymałem się.
Nie z własnej woli.
Coś wyszło przede mną.
Postać — nie w pełni ludzka i nie w pełni bestia. Wysoka. Umięśniona. W cieniu. Nie widziałem jej twarzy, ale jej oczy — jej oczy były burzliwie szare, które paliły się w ciemności.
I wtedy, głosem zarówno starożytnym, jak i znajomym, wyszeptała:
"Nie należysz do nich. Nigdy nie należałeś. Most był ofiarą, a las nie zapomina, co zostało obiecane."
Sen roztrzaskał się jak szkło.
Zerwałem się, siadając tak szybko, że prawie spadłem z łóżka.
Serce waliło. Gardło było suche. Ogień w pokoju zgasł, a chłód zawisł w powietrzu jak mgła. Sen wciąż echem odbijał się w moich kościach. Szare oczy. Las. Wypowiedziane słowa.
Przetarłem twarz i wypuściłem powietrze.
"To nie było prawdziwe," wyszeptałem do siebie. "To był tylko sen, zagmatwany, popieprzony sen. Ale tylko sen."
Ale nie czułem tego jak sen. Ani trochę.
