Rozdział 1 Anya
„Szybciej, myszko!” — szydził nade mną Siergiej Pietrow, kiedy szorowałam marmurową podłogę. Był najmłodszym synem tej rodziny, znów pijany, a z ust waliło mu wódką, jak z meliny o świcie. „Moja rodzina zapłaciła za ciebie ciężkie pieniądze. To się bardziej staraj!” Splunął mi na dłonie i odszedł.
Nie ruszyłam się z miejsca. Trzymałam głowę nisko. Tę lekcję przerobiłam już cztery lata temu, kiedy jego rodzina wykupiła dług mojego ojca. Siedź cicho. Nie wychylaj się, a przeżyjesz. Te słowa dudniły mi w głowie jak pacierz, jak tarcza na strach, który siedział mi w gardle i nie chciał puścić.
Szorowałam marmury w rezydencji Pietrowów na kolanach, na czworakach. Palce miałam czerwone, obdartę do żywego skórę od parzącej wody. Mam dwadzieścia dwa lata, ale gdy złapałam swoje odbicie w wypolerowanym kamieniu, zobaczyłam ducha. Dziecko z pustymi oczami i posiniaczonymi kostkami. Tamta dziewczyna sprzed lat, ta, która śmiała się i żyła w mieszkaniu zalanym słońcem, zniknęła. Został tylko ten duch.
Mój ojciec, detektyw Marco Koslov, był dobrym człowiekiem w mieście, które pożera dobrych ludzi. Próbował walczyć z korupcją, próbował trzymać ręce czyste w świecie zbudowanym na brudnych pieniądzach i krwi. To go zabiło. Miesiąc temu zginął w więzieniu — zadźgany pod prysznicem przez osadzonego, który robił przysługi dokładnie tym rodzinom, które ojciec próbował pogrążyć. Czasem, w ciszy tego domu, wciąż słyszę jego śmiech. To był głośny śmiech, ciepły, taki, co potrafił rozjaśnić pokój. Teraz to tylko echo, które boli jak drzazga pod paznokciem.
Rodzina Pietrowów przyszła do mnie po jego aresztowaniu z prostą ofertą. „Odrabiasz dług rodziny albo patrzysz, jak twój młodszy brat, Dmitrij, znika w systemie.” Dmitrij ma teraz czternaście lat, gdzieś w tym mieście — zabrany przez inną rodzinę jako „zabezpieczenie”. Nie widziałam jego twarzy od czterech lat. Trzymam się wspomnienia dziesięcioletniego chłopca z upartą brodą po ojcu i szerokimi, pełnymi nadziei oczami po mamie. To przez niego moje kolana wciąż są przyciśnięte do tego zimnego kamienia. To przez niego moje ręce nigdy nie przestają się ruszać.
Pracuję po osiemnaście godzin dziennie. Gotuję, sprzątam, usługuję na przyjęciach, gdzie wpływowi mężczyźni rozmawiają o terytorium i morderstwach przy drogim winie, jakby dyskutowali o pogodzie. Zrobiłam się niewidzialna. To jedyny sposób, żeby przeżyć. Jestem cieniem w kącie, jak mebel, jak wieszak, którego nikt nie zauważa. Wstrzymuję oddech, gdy mijają mnie niektórzy. Stawiam kroki tak lekkie, jakby były tylko pyłem.
W nocy, sama w tej ciasnej klitce, którą dali mi w piwnicy, nucę kołysanki, które śpiewała mama. Rosyjskie pieśni ludowe o zimie i wilkach i dziewczynach, które przeżyły rzeczy niemożliwe. Mama zmarła, gdy miałam osiem lat, zostawiając mi tylko te piosenki i przestrogę. „W tym świecie, Anyuszka, kobiety takie jak my muszą mieć łeb na karku. Nie zawsze możemy być silne, więc musimy być mądre.”
I przez cztery lata byłam mądra. Zniosłam każde upokorzenie, każdy cios, każdą noc, kiedy Siergiej wypijał za dużo, a jego ręce wędrowały o krok za blisko mojego ciała. Przetrwałam, bo musiałam. Bo gdzieś w Moskwie Dmitrij na mnie czeka.
A dziś po południu sprzątałam wielki gabinet — serce ich władzy. Wiktor Pietrow, głowa klanu Pietrowów, siedział za ogromnym biurkiem, a dym z jego kubańskiego cygara wił się ku sufitowi.
Dziś wieczorem mieli przyjechać ważni faceci. Słyszałam, jak służba szeptała o tym po kątach. Jakieś narady o terytoriach, transportach i handlu ludźmi.
Kolana bolały mnie od godzin klęczenia. Plecy darły się z bólu przy każdym ruchu. Ale szorowałam dalej, bo alternatywa była gorsza. Alternatywą był Wiktor Pietrow, który złamałby mi żebro i jeszcze zwalił winę na mnie, że „sobie odpoczywam”.
Popołudniowe światło wpadało ukośnie przez wysokie okna, malując złote kwadraty na marmurze, który dopiero co wyszorowałam. To było piękne. Kiedyś kochałam takie światło. Stawałam w nim i czułam jego ciepło na skórze. Teraz tylko liczyłam, ile jeszcze zostało dnia, żeby zdążyć skończyć robotę.
W pokoju unosił się zapach starej skóry i kubańskich cygar. Zebrałam środki do sprzątania i po cichu przesunęłam się do następnej części.
Polerowałam ogromne, ciemne drewno biblioteczki Wiktora Pietrowa, kiedy otworzyły się drzwi i wszedł jego najstarszy syn, Iwan. Zamarłam, starając się wtopić w tło jak kawałek wyposażenia, licząc, że cień mnie połknie.
— Mamy problem z tą dziewczyną Kosłow — powiedział Iwan, a jego głos zabrzmiał nisko, jak głuchy pomruk, i na moment zerknął na mnie.
Na ułamek sekundy zastygły mi dłonie, po czym zmusiłam je, żeby pracowały dalej. Gadali o mnie, jakbym była jakimś przedmiotem. Serce waliło mi jak oszalałe, kiedy roztrząsali mój los.
Wiktor Pietrow siedział w swoim fotelu z wysokim oparciem, a dym z cygara wił się wokół jego głowy jak korona. — Córka detektywa? — wskazał na mnie. — Jaki problem?
— Jest tu już cztery lata, ojcze. Swoje już na niej zarobiliśmy. — Iwan zrobił pauzę, a powietrze w pokoju zgęstniało. — Danina Krwi jest za trzy tygodnie, a Nikołaj Markow prosi o najlepsze ofiary. Inne rodziny szykują swoje najlepsze. Potrzebujemy czegoś, co… zrobi na nim wrażenie. Czegoś, co się wybije.
Nie wiedziałam, czym była ta Danina Krwi, ale sposób, w jaki Iwan to powiedział, zamienił mi żołądek w bryłę lodu. Ofiary? Jak zwierzęta? Jak własność?
Zobaczyłam, jak twarda twarz Wiktora pęka w uśmiechu — powolnym i okrutnym, rozciągającym mu wargi. — Detektyw, który dziesięć lat temu zabił ludzi Leonida Markowa. Człowiek, który o mało nie rozwalił całego układu. Ten, którego zeznania mogły nas wszystkich pogrążyć.
To był mój ojciec. Był cholernie odważny — stanął naprzeciw najgroźniejszej rodziny w Moskwie. Rodziny Markowów. Ale skończył w więzieniu i w końcu umarł.
— Jego córka — dokończył Iwan, głosem zimnym i twardym. Próbowałam połączyć kropki, ale nadal nie do końca rozumiałam, do czego zmierzają. — Jeśli oddamy ją Nikołajowi, to nie tylko spłacimy dług. Damy mu zemstę, a on będzie nam to winien. — Iwan podsumował, a mnie rozszerzyły się oczy.
Co?!
To ja mam być tą ofiarą?!
Musiałam wydać jakiś dźwięk — cichy, zdradliwy oddech — bo dwie pary zimnych oczu natychmiast zwróciły się w moją stronę.
Wiktor zgasił cygaro. Jego głos był chłodny i nieznoszący sprzeciwu. — Zrób przygotowania. Doprowadzić ją do porządku. W dzień równonocy Anya Kosłow zostaje Daniną Krwi.
Te słowa były wyrokiem. Nawet nie zdążyłam krzyknąć, kiedy szorstkie dłonie chwyciły mnie za ramiona.
Od razu wywleczono mnie z pokoju, a moje stopy ślizgały się i szarpały po wypolerowanym marmurze.
