Rozdział 1 Oprawiony na klatce schodowej
Perspektywa Leili
Stałam w rogu sali balowej rodziny Reedów, obserwując przyjęcie zorganizowane rzekomo po to, by powitać w domu „prawdziwą córkę” rodu. Elita San Francisco otaczała Chloe Reed — moje zastępstwo.
Miesiąc temu mój ojciec, John Reed, uparł się na badanie DNA przy okazji rutynowych badań medycznych. Ten niby zwyczajny zabieg w jedno popołudnie roztrzaskał dwadzieścia pięć lat mojego życia. Wyniki były jednoznaczne: nie byłam Reedówną z krwi.
— Jak na kogoś w jej położeniu, trzyma się nadzwyczaj dobrze — usłyszałam, jak jakaś kobieta szepcze do swojej towarzyszki, nawet nie próbując ściszyć głosu, kiedy przechodziłam obok. — Ale cóż, czego się spodziewać? Krew nie woda.
Utrzymałam wyćwiczony uśmiech, choć czułam, jak atmosfera w sali delikatnie, ale wyraźnie się zmienia. Ci sami ludzie, którzy przez lata zabiegali o moje towarzystwo na niezliczonych balach i dobroczynnych rautach, teraz patrzyli na mnie z mieszaniną litości i ledwie skrywanej pogardy. Ten dom, który był moim domem od niemowlęctwa, nigdy jeszcze nie wydawał mi się tak obcy.
Błyskawiczne przyjęcie Chloe do rodziny było doprawdy godne kronik towarzyskich. Miesiąc temu nikt z nas jej nie znał. Teraz rządziła salą, jakby się w niej urodziła — co, zgodnie z wynikami DNA, było najwidoczniej prawdą.
Chloe dostrzegła mnie i sunęła w moją stronę, w towarzystwie kilku przyjaciół rodziny Reedów. Złote włosy ułożone perfekcyjnie, lazur sukni dobrany tak, by podkreślić kolor jej oczu. Uśmiech ciepły, postawa pełna wdzięku.
— Leila — odezwała się, a w jej głosie brzmiała wyuczona litość. — Chcę, żebyś wiedziała, jak bardzo poruszyła mnie twoja sytuacja. Jeśli mogę zrobić cokolwiek, żeby ta cała zmiana była dla ciebie łatwiejsza, po prostu powiedz.
Rodzinni znajomi pokiwali z uznaniem głowami.
— Tyle współczucia — mruknęła jakaś starsza ciotka. — To jest właśnie prawdziwy duch rodziny Reed.
Kiedy reszta towarzystwa odpłynęła w stronę bufetu, uśmiech Chloe się zmienił. Całe ciepło zniknęło, zastąpione chłodem i wyrachowaniem.
— Nie licz na to, że dalej będziesz się podpierać koneksją ze Sterlingami — powiedziała cicho. — Wkrótce nie zostanie ci nic. Ani rodzina, ani status, ani mąż.
Patrzyłam jej prosto w oczy.
— Fascynujące, jak szybko spada ci maska, Chloe.
— Baw się dobrze, Leila — odparła, znów przyklejając uśmiech, gdy zbliżył się kelner. — To może być twój ostatni bal jako Reed.
Przez cały wieczór widziałam, jak Susan i John Reed — jedyni rodzice, jakich znałam — próbują mnie dorwać na osobności. Zgrabnie im umykałam, bo od kamerdynera zdążyłam już usłyszeć, co planują: „godne odejście” z rodziny i z mojego małżeństwa z Theronem Sterlingiem.
Uchwyciłam urwany fragment cichej rozmowy Johna z jakimś biznesowym wspólnikiem:
— To małżeństwo od początku miało tylko scementować sojusz między naszymi rodzinami. Teraz, kiedy Chloe wróciła…
Tymczasem Susan po kątach dyskretnie tłumaczyła swoim koleżankom z wyższych sfer, że moje małżeństwo z Theronem będzie trzeba „przemyśleć w świetle ostatnich wydarzeń”.
Dwadzieścia pięć lat opieki i rzekomej miłości, unieważnione jednym testem DNA.
Podeszłam do stołu z szampanem, potrzebując chwili spokoju tylko dla siebie. Myśli od razu uciekły mi do Therona — mojego męża od trzech lat. Od początku wiedziałam, że nasze małżeństwo jest układem biznesowym między technologicznym imperium Reedów a finansową dynastią Sterlingów. A jednak, wbrew zdrowemu rozsądkowi, zakochałam się w tym zimnym, genialnym mężczyźnie.
Bywały chwile, kiedy wydawało mi się, że w jego oczach dostrzegam coś więcej niż chłodną kalkulację – miękkość, gdy zostawaliśmy sami, odruch ochrony, gdy na przyjęciach ktoś podchodził do mnie zbyt nachalnie. Naiwnie uwierzyłam, że z czasem ten jego lodowaty dystans stopnieje.
Teraz zastanawiałam się, jak zareaguje na tę wiadomość. Czy stanie po mojej stronie, czy jednak zwyciężą rodzinne układy i sojusze? Wkrótce wracał z Londynu i byłam zdeterminowana, żeby usłyszał prawdę najpierw ode mnie.
Po drugiej stronie sali obserwowałam, jak układ sił zmienia się na moich oczach. Biznesowi krezusi i towarzyskie gwiazdy, którzy jeszcze niedawno zabiegali o moje względy, teraz krążyli wokół Chloe jak planety wokół słońca.
Dawni znajomi udawali, że mnie nie widzą, starannie unikając mojego spojrzenia, gdy przechodziłam obok. W zaledwie miesiąc z rodzinnej „perły w koronie” Reedów stałam się trędowatą – podróbką zdemaskowaną i wyrzuconą na bruk.
Kiedy wieczór się dłużył, postanowiłam pójść do łazienki, potrzebowałam chwili wytchnienia od tego teatru. Ledwo weszłam w korytarz, poczułam za plecami obecność Chloe.
– Wiesz, co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? – zapytała, zrzucając z siebie całą udawaną uprzejmość. – Kiedy Reedowie mnie znaleźli, byłam tylko dziewczyną z prowincji, z miasteczka, którego nikt nie zna. A ty? Bez nazwiska Reedów za plecami jesteś nikim.
– Theron potrzebuje prawdziwej damy z porządnego domu, nie uzurpatorki z wątpliwym pochodzeniem – ciągnęła.
Zachowałam spokój. – Theron i ja jesteśmy małżeństwem od trzech lat. Naszej relacji nie jesteś w stanie ogarnąć, choćbyś bardzo chciała.
Chloe roześmiała się, ostro, nieprzyjemnie, jakby ktoś pociągnął po szkle widelcem. – Pozbędzie się ciebie dla dobra rodziny, nawet nie mrugnie okiem. Tak samo jak MOI rodzice zrobili to ze mną.
– Przeceniasz swoje znaczenie – odparłam, choć niepewność zaczynała się we mnie sączyć jak zimna woda.
Gdy przyjęcie zbliżało się ku końcowi, zdecydowałam się wyjść wcześniej. Nie mogłam już znieść ani minuty tych fałszywych spojrzeń pełnych litości i szeptanych domysłów. Ruszyłam w stronę głównych schodów, ale nagle na ich szczycie pojawiła się Chloe.
– Wiedziałaś? – zawołała w dół, tak głośno, że kilka osób natychmiast się odwróciło. – Theron wkrótce się z tobą rozwiedzie, a ja zostanę nową panią Sterling.
Serce mi zadrżało, krew uderzyła do głowy, ale z całej siły pilnowałam się, żeby nic po mnie nie było widać. – Przepraszam, wychodzę.
– Wychodzisz? – prychnęła. – Naprawdę myślisz, że wciąż masz dokąd wracać? Do posiadłości Sterlingów? Nie oszukuj się. Jesteś bezdomna, podróbko!
Stanęłyśmy naprzeciwko siebie na schodach, między nami aż iskrzyło od napięcia. Spróbowałam ją ominąć, ale natychmiast zagrodziła mi drogę.
– Spójrz na siebie – wysyczała, twarz jej się wykrzywiła z nienawiści. – Wielka pani, salonowa elegantka. Dwadzieścia pięć lat „wychowania” i „klasy”, a w żyłach i tak płynie ci rynsztokowa krew!
Zacisnęłam pięści tak mocno, że aż zabolały, ale nie straciłam panowania nad sobą. – Nie zamierzam się z tobą wykłócać.
Zeszła o jeden stopień niżej, zbliżając się do mnie, na ustach pojawił się okrutny uśmiech. – Victoria powiedziała mi, że on nigdy cię nie kochał. Tylko cię znosił. Teraz wreszcie pozbędzie się oszustki i ożeni się z prawdziwą damą z towarzystwa!
Nagle Chloe chwyciła mnie za nadgarstek, a jej twarz diametralnie się zmieniła.
– Ratunku! – wrzasnęła, ile miała sił w płucach.
Zszokowana szarpnęłam ręką. – Co ty wyprawiasz? Puść mnie!
Ścisnęła moją dłoń jeszcze mocniej, przyciągając ją do siebie. Goście odwracali się w naszą stronę, przyciągnięci tym wrzaskiem, ich twarze tężały z niepokojem, kiedy patrzyli na schody.
John i Susan ruszyli biegiem.
Na obliczu Chloe pojawił się grymas triumfu, gdy szepnęła: – To dopiero początek…
Potem gwałtownie mnie puściła, jednocześnie celowo rzucając się do tyłu. W ostatniej sekundzie złapała moją rękę i pociągnęła ją tak, jakby to mój pchnięcie ją odepchnęło.
Patrzyłam z przerażeniem, jak Chloe spada po schodach, a salę wypełnił chór zduszonych okrzyków gości.
