Rozdział 1 ROZDZIAŁ 1
Perspektywa Vivian
Wpatrywałam się w tablicę, ale myślami byłam daleko od lekcji. Głos pana Allena był tylko szumem w tle, kiedy moje myśli uciekały do nowej książki, która leżała w mojej torbie. Fantastyka o wilkołakach — gruba, z ciemną okładką, taka, która wręcz błagała, żeby ją otworzyć. Nie miałam jeszcze czasu przeczytać choćby jednej strony, i doprowadzało mnie to do szału.
Właśnie wyobrażałam sobie, co może kryć pierwszy rozdział, kiedy głos pana Allena przeciął ostro moje marzenia.
– Vivienne.
Żołądek podszedł mi do gardła. Cała klasa odwróciła się w moją stronę.
– Tak, proszę pana? – Wymusiłam spokojny ton, choć serce waliło mi jak oszalałe.
– W którym roku traktat wersalski oficjalnie zakończył stan wojny między Niemcami a państwami sprzymierzonymi? – zapytał, unosząc jedną brew, jakby mnie przyłapał.
– W 1919. Podpisany 28 czerwca, choć rozejm obowiązywał już od listopada 1918. – Odpowiedź spłynęła mi z języka, zanim zdążyłam się nad nią w ogóle zastanowić.
Kilka osób zachichotało. Pan Allen zamrugał, po czym lekko skinął głową. – Poprawnie. Przynajmniej ktoś tu uważa.
Ukryłam uśmiech i znów spojrzałam w zeszyt, udając, że notuję. W tej samej chwili, gdy odwrócił się do tablicy, moje myśli od razu wróciły do książki w torbie.
W końcu zadzwonił dzwonek – głośny i wyzwalający. Uczniowie ruszyli do drzwi, śmiejąc się, rozmawiając, uciekając, jak tylko mogli najszybciej. Zostałam. Nie było powodu się spieszyć.
Kiedy w sali zrobiło się prawie pusto, wyciągnęłam książkę z torby. Palcami przesunęłam po wytłoczonym wilku na okładce i przeszedł mnie dreszczyk ekscytacji. Nareszcie. Otworzyłam ją i zaczęłam czytać, a słowa wciągnęły mnie tak szybko, że prawdziwy świat zniknął.
– Vivienne!
Podskoczyłam, a książka omal nie wypadła mi z rąk. Podniosłam wzrok i zobaczyłam Emmę, moją najlepszą przyjaciółkę, opartą o ławkę przede mną z wymownym uśmieszkiem.
– Serio? Nadal tu siedzisz? Wszyscy inni zwiali pięć minut temu. Co cię tak przykleiło? – zapytała, próbując podejrzeć okładkę.
Przytuliłam książkę mocniej do piersi, czując, jak policzki mi się rozgrzewają. – Nic. Po prostu… czytam.
Emma przewróciła oczami. – Czytasz. Jasne. To znowu jedna z tych twoich fantastycznych książek?
Zacisnęłam usta, nie zamierzając dać jej tej satysfakcji.
Uśmiechnęła się krzywo. – Wiedziałam.
Otworzyłam usta, żeby zaprotestować, ale mi przerwała. – W każdym razie, odpuść tę książkę na jeden wieczór. Chodź ze mną.
– Dokąd? – zapytałam, od razu czujna.
– Na mistrzostwa w hokeju. Nasza szkoła kontra Westfield. Właśnie się zaczęło. Wszyscy idą na halę.
Jęknęłam. – Emma, wiesz, że nie obchodzi mnie hokej. Banda chłopaków gania za krążkiem? Co w tym ekscytującego? Wolę czytać.
– Oczywiście, że wolałabyś. – Pochyliła się bliżej, a jej uśmiech zrobił się niemal diaboliczny. – Ale mój brat gra.
Serce mi zabiło mocniej. Gorąco wspięło mi się po szyi, zanim zdążyłam to powstrzymać. – Rafael? – wyszeptałam, jakby wypowiedzenie jego imienia zbyt głośno mogło mnie zdradzić.
Emma natychmiast to podchwyciła, a jej uśmieszek jeszcze się poszerzył. – Ooooch, powinnaś teraz zobaczyć swoją minę. Nie myśl, że nie zauważam, jak robisz się cała czerwona, kiedy on jest w pobliżu.
– Wcale nie – rzuciłam szybko, choć płonące policzki mnie zdradzały.
– Totalnie tak – droczyła się, szturchając mnie w ramię. – No chodź, Viv. Dzisiaj jest na lodzie. Finałowy mecz. Jeśli wygrają, nigdy nie da mi o tym zapomnieć.
Zawahałam się, patrząc na książkę na kolanach. Naprawdę chciałam czytać. Ale myśl o tym, że zobaczę Rafaela — jak sunie po tafli, a wszyscy mu kibicują — przewróciła mi żołądek w sposób, którego żadna historia nie potrafiła wywołać.
Emma uniosła brew. – No i? Idziesz, czy będziesz tu siedzieć sama ze swoimi wyimaginowanymi wilkami?
Westchnęłam, ostrożnie zamykając książkę. – Dobra. Ale tylko dlatego, że tak błagałaś.
Zaśmiała się. – Jasne. Wmawiaj to sobie.
I zanim zdążyłam zmienić zdanie, poderwała mnie, a my dołączyłyśmy do tłumu zmierzającego w stronę hali hokejowej.
Hala aż dudniła, gdy z Emmą weszłyśmy do środka. Trybuny były pełne uczniów machających transparentami i skandujących nazwę naszej szkoły. Emma przeciągnęła mnie przez tłum, aż znalazłyśmy dwa wolne miejsca z dobrym widokiem na lód.
– Idealnie – powiedziała, siadając obok mnie.
Usiadłam, przyciskając torbę do siebie, udając, że wcale już go nie wypatruję.
A potem go zobaczyłam.
Rafael Vega. Kapitan drużyny hokejowej Ridgeway Wolves. Najpopularniejszy chłopak w szkole. Ten, kim każdy albo chciał być, albo chciał z nim być. Wysunął się na lód, jakby należał do niego, z kaskiem pod pachą, posyłając ten swobodny uśmiech, który sprawiał, że tłum krzyczał jeszcze głośniej.
Nie mogłam oderwać wzroku.
Kochałam się w nim od pierwszego dnia, kiedy go zobaczyłam.
To było absurdalne, wiedziałam.
Ani razu nie spojrzał na mnie tak, jak ja patrzyłam na niego. Dla niego byłam tylko cichą koleżanką Emmy — kujonką z nosem wiecznie w książce. Dość jasno dawał mi to do zrozumienia, rzucając we mnie słowem „kujonka”, jakby to było moje imię. Czasem się krzywił z rozbawieniem, czasem przewracał oczami, ale najczęściej… ignorował mnie.
A jednak moje serce nie chciało słuchać.
Patrząc na niego teraz, silnego i szybkiego na lodzie, czułam ten sam beznadziejny pociąg. Jakby niezależnie od tego, jak niewidzialna dla niego byłam, jakaś część mnie zawsze krążyła w jego orbicie.
Emma szturchnęła mnie łokciem. — Gapiasz się.
Oderwałam wzrok i znów spojrzałam na mecz, a policzki zapłonęły mi gorącem. — Nie gapę się.
— Jasne — rzuciła z uśmiechem.
Zabrzmiał gwizdek i mecz się zaczął. Nie znałam zasad, nie tak naprawdę.
Widziałam tylko zderzające się kije, łyżwy tnące lód i krążek mknący zbyt szybko, żebym mogła go śledzić. Ale ilekroć wpadał do siatki, trybuny ryczały, a ja łapałam się na tym, że klaszczę i krzyczę razem z nimi.
Tyle że moje oczy nie były na krążku. Były na nim.
Rafael poruszał się tak, jakby lód należał do niego. Szybko, ostro, z pełną kontrolą.
Sposób, w jaki pochylał się w każdy zakręt, sposób, w jaki jego kij łączył się z krążkiem — to było jak oglądanie czegoś z filmu. Tłum skandował jego imię: „Raf! Raf! Raf!”, a w piersi narastało mi coś, czego nie umiałam nazwać. Duma, może. Podziw. Albo po prostu ta sama głupia fascynacja, która jakoś nigdy nie chciała zgasnąć.
Prawie nie zauważyłam, jak rośnie wynik, dopóki Emma nie szturchnęła mnie mocniej. — Prowadzimy dwoma! — krzyknęła ponad hałasem.
Uśmiechnęłam się do niej, a potem mój wzrok znów natychmiast uciekł do Rafaela. Nawet nie wyglądał na zmęczonego. Skupienie miał absolutne, ruchy gładkie i potężne. A kiedy pod koniec strzelił gola, arena eksplodowała. Zerwałam się na nogi razem ze wszystkimi, wrzeszcząc tak głośno, że aż paliło mnie w gardle.
Rozległ się końcowy sygnał. Ridgeway wygrało. Mistrzostwo zdobyte. Uczniowie wokół mnie krzyczeli, przytulali się, machali nad głowami transparentami. Emma wykrzykiwała mi coś do ucha, ale wszystko zlewało się w tło.
Bo ja wciąż patrzyłam tylko na niego. Rafael Vega, z kaskiem uniesionym wysoko, z uśmiechem jasnym w świetle reflektorów.
Gdy tylko wybrzmiał sygnał, Emma chwyciła mnie za ramię.
— No chodź! Idziemy im pogratulować!
Żołądek mi się przewrócił. — Czekaj—Emma, nie. Możemy po prostu klaskać stąd.
Już ciągnęła mnie w dół po trybunach. Przycisnęłam torbę do klatki piersiowej, starając się nie potknąć, kiedy przeciskałyśmy się przez tłum. Serce waliło mi coraz mocniej z każdym krokiem bliżej lodu. Wmawiałam sobie, że to tylko nerwy od tego hałasu, ale wiedziałam swoje.
Kiedy dotarłyśmy do bandy, zawodnicy już schodzili z lodu, spoceni i roześmiani, z kaskami pod pachą. Emma ścisnęła moją dłoń i wskazała palcem. — Tam jest!
Rafael.
Z bliska wyglądał jeszcze lepiej — blond włosy miał wilgotne od potu, a na twarzy ten sam swobodny uśmiech. Przez sekundę miałam wrażenie, że wszystko dookoła się rozmywa. To było to. Może Emma coś powie, może on wreszcie—
Ale wtedy się zatrzymał.
I ona tam była.
Dziewczyna z idealnymi falami brązowych włosów wpadła prosto w jego ramiona, piszcząc jego imię. Zanim w ogóle zdążyłam nabrać powietrza, Rafael pochylił się i ją pocałował. Porządnie, na całego, tak po prostu — na oczach wszystkich. Tłum ryknął jeszcze głośniej, jakby to też było częścią świętowania.
Zastygłam. W piersi zrobiło mi się ciasno, jakby ktoś jednym ciosem wybił ze mnie powietrze. Wymusiłam uśmiech, żeby Emma nic nie zauważyła, ale nie umiałam odwrócić wzroku.
Rafael Vega, kapitan drużyny hokejowej, chłopak, w którym od zawsze się podkochiwałam… już należał do kogoś innego.
