Rozdział 2 2- Nie szukaj kłopotów, ponieważ na pewno je znajdziesz
LEXI
– MAMO-O-O! – wrzeszczę przez cały dom na absolutnym szczycie swoich możliwości, tak głośno, że gdyby okna były otwarte, to pewnie pół osiedla by podskoczyło. Chwilę później słyszę ciężkie tupanie na schodach. Drzwi do mojego pokoju gwałtownie się otwierają i pojawia się ona – moja mama – w swoim kretyńskim, puchatym szlafroku w kaczki, takim z bazarku, co wygląda jakby był dla sześciolatki. Ciemne włosy ma rozpirzone jak gniazdo szczurów, sterczą jej wokół głowy w każdą możliwą stronę, jakby właśnie stoczyła z poduszką bój na śmierć i życie.
– Wszystko w porządku, skarbie? – pyta, a w jej głos wplata się niepokój. – Jesteś dziś wcześnie na nogach. Myślałam, że w urodziny będziesz chciała się wyspać.
Bez słowa wpycham jej list w ręce. Jej wzrok zjeżdża w dół, usta bezgłośnie układają się w sylaby, gdy czyta. Patrzę, jak jej brwi wspinają się coraz wyżej i wyżej, aż prawie znikają w jej potarganej grzywce.
– No cóż… – odzywa się w końcu, opuszczając kartkę. – To jest… bardzo niespodziewane. Nie mam pojęcia, jak do tego doszło. Zadzwonię do szkoły i dowiem się, o co chodzi, dobrze? Ty się ubierz i chodź na dół. Tata obiecał naleśniki.
Mówi to spokojnie, łagodnie. I tyle. Układa list równiutko na moim biurku, odwraca się i wylatuje z pokoju jakby właśnie zobaczyła ulotkę o szkolnym kiermaszu ciast, a nie zaproszenie do magicznej szkoły z internatem, dostarczone przez jakiegoś demonicznego ptaka. Patrzę za nią z otwartą gębą.
Serio, co jest, do cholery?!
Taka właśnie jest moja mama – spokojna do poziomu legendy. Naprawdę, to chyba jej supermoc. Umiejętność spojrzenia chaosowi prosto w ślepia, wzruszenia ramionami i pójścia dalej robić swoje. Huragany, przebite opony, rodzinne dramy – nic jej nie rusza. Zazdroszczę jej tego bardziej, niż umiem to wyrazić. I, jak zwykle, jej opanowanie działa na mnie lepiej niż kubeł lodowatej wody – zatrzymuje mój narastający atak paniki, zanim zdąży się rozkręcić na dobre. Skoro ona potrafi przeczytać ten list i nawet nie mrugnąć, to jaki ja mam niby powód, żeby świrować?
Więc… robię to, co mi kazała. Przekopuję szafę i wyciągam słodką, różową sukienkę na ramiączkach, którą trzymam na „specjalne okazje”. To trochę przesada jak na leniwą, niedzielną posiadówę w domu, ale hej, w końcu MAM urodziny. Wypada wyglądać jak solenizantka.
Potem przychodzi pora na bitwę z włosami. „Długie” to za mało powiedziane – sięgają mi prawie do tyłka, fale wiecznie balansujące na granicy buntu przy każdym pociągnięciu szczotki. Gdyby były krótsze, może kręciłyby się porządnie, ale nigdy nie miałam serca ich ściąć. Mają jasny, złocisty kolor i są chyba moją najbardziej charakterystyczną cechą. Zawsze je lubiłam. Nie wiem, czy to tylko moja opinia, czy to przez to, że ludzie od dziecka ciągle je chwalili, ale sprawiają, że czuję się lepiej we własnej skórze. Tak czy inaczej, dbam o nie jak o skarb, nawet kiedy walczą ze mną na każdym kroku.
Stopy zostawiam bose – skoro nie planuję nigdzie wychodzić, to po co mi buty. Staję przed lustrem i przyglądam się swojemu odbiciu krytycznym wzrokiem. Sukienka sprawia, że wyglądam lepiej niż na co dzień mi się chce, ale jednocześnie czuję się… jakbym świeciła. Jakbym naprawdę zasługiwała na to, żeby mnie dzisiaj świętować.
Potem, nieuchronnie, myśli znowu odpływają w stronę porównania, od którego nigdy tak do końca nie uciekam. Nie jestem w ogóle podobna do mojej mamy. Jej ciemne włosy, ciepłe brązowe oczy, oliwkowa cera – tu nie ma się co oszukiwać, widać od razu, że nie łączą nas geny. Co jest zresztą logiczne. Zostałam adoptowana, gdy byłam malutka, ledwie roczna. Nic sprzed tego nie pamiętam, nikogo innego nie znam. Mama i tata to moja rodzina. Jedyna, jakiej potrzebuję. Ale czasem, kiedy stoję tak z tymi swoimi jasnymi włosami i niebieskimi oczami, nie umiem nie poczuć tego kontrastu, jakby ktoś grubą kreską nas od siebie oddzielił.
Wzdycham i sięgam po kosmetyczkę. Niewiele. Tylko muśnięcie tuszu do rzęs, odrobina błyszczyka, kropka korektora na cienie pod oczami (dzięki, chroniczne siedzenie po nocach). Ten mały rytuał sprawia, że czuję się trochę ładniejsza, ale bardziej niż cokolwiek innego – czuję, że zakładam zbroję. Przygotowuję się.
Bo gdzieś głęboko w trzewiach czuję, że ten list, ten klucz, ten ptak – to nie jest jakiś absurdalny błąd w systemie. Dzisiejszy dzień wszystko zmieni. A ja będę potrzebować każdej odrobiny pewności siebie, jaką uda mi się w sobie znaleźć.
Bez żadnych kolejnych wymówek, żeby jeszcze odwlekać nieuniknione, zwlekam się w dół po schodach, idąc za zapachem naleśników i głosem mojej mamy przez telefon – tym przesłodzonym, trochę piskliwym tonem, którego używa tylko do telemarketerów albo pań z infolinii, kiedy bardzo chce być „miła”. W kuchni jest ciepło i swojsko, jak zawsze: słońce wlewa się przez firanki, a powietrze pachnie masłem i syropem klonowym, aż ślina sama napływa do ust.
Tata stoi przy kuchence i dzierży łopatkę jak jakieś bojowe narzędzie, przewracając naleśniki z wprawą człowieka, który od dwudziestu trzech lat doskonali to jedno jedyne danie. W chwili, gdy siadam, podsuwa przede mnie talerz, po brzegi zastawiony złocistą stertą. Aż mi żołądek cicho burczy. Złote, pulchne, idealne. Nie tracę czasu – wbijam się w nie od razu, przeżuwając powoli, z namysłem, jednym uchem słuchając końcówki rozmowy mamy.
– Tak. Rozumiem. Dobrze, ale ja po prostu nie bardzo rozumiem, jak to w ogóle mogło się stać… – mówi, z brwiami ściągniętymi tak mocno, że aż robi jej się zmarszczka pośrodku czoła. Zapada długa cisza, tylko szum w słuchawce, a ona marszczy się jeszcze bardziej.
– A co z kosztami? – pyta w końcu. Kolejna pauza. Mój widelec zastyga w pół drogi do ust.
– „O. Serio? Hm… okej. Pogadam z Lexi i zobaczę, co ona o tym wszystkim myśli. Tak, potwierdzimy w tę czy w tamtą stronę tak szybko, jak się da. Bardzo pani dziękuję za pomoc, naprawdę. Tak. Dobrze. Dziękuję. Do usłyszenia.”
Odkłada słuchawkę z wesołą nutką w głosie, która w ogóle nie pasuje do napięcia w jej ramionach. Głęboko oddycha, po czym opada na krzesło naprzeciwko mnie, splata dłonie na stole, jakby szykowała się na uderzenie.
– I? – pytam, czując, jak nerwy pełzną mi po kręgosłupie. Dzięki Bogu, że to nie ja dzwoniłam, pewnie rozłączyłabym się w połowie.
– No więc… zapewniono mnie, że faktycznie jesteś tam zapisana. I technicznie rzecz biorąc powinnaś zacząć za dwa tygodnie. Według ich dokumentów twoi biologiczni rodzice złożyli wniosek dwadzieścia trzy lata temu – mówi ostrożnie. Mój widelec stukiem wypada na talerz.
– To… nie ma sensu. Po co mieliby mnie zapisywać? Przecież jestem normalna. Całkowicie normalna… prawda? – pytam, a serce wali mi jak oszalałe. Jej wyraz twarzy łagodnieje, ale oczy wciąż mam wbite w swoje.
– Kobieta powiedziała, że ich akta nie precyzują, jakim jesteś magicznym bytem. Tylko że zostałaś zapisana jako uczennica–shifterka. Co oznacza… że musisz być jakimś rodzajem shiftera – wyjaśnia cicho. To słowo spada mi do żołądka jak kamień.
– Ale… czy ja bym o tym nie wiedziała? – mój głos się załamuje, brzmię wręcz błagalnie.
– O to też pytałam. Podobno u wielu shifterów to nic dziwnego, że nie wykazują żadnych oznak, dopóki ich ciało i psychika się w pełni nie rozwiną. A to zwykle wypada na wczesne lub środkowe dwudzieste – dodaje delikatnie. Patrzę na nią z otwartymi ustami, a w piersi narasta panika, aż podchodzi mi do gardła.
– Chcesz powiedzieć, że mogę tak po prostu… zamienić się w jakieś zwierzę… dosłownie z dnia na dzień?! – wykrztuszam.
– Tak – odpowiada spokojnie, jakbyśmy gadamy o pogodzie.
– Ale ja nic nie wiem o shifterach! Ani o magii! O niczym! Nie mogę tak po prostu… wypuścić sierści, łap i ogona i ogarniać to na bieżąco! – panika rośnie we mnie, gęsta i dławiąca.
– Dlatego właśnie myślę, że może byłoby dobrze, gdybyś pojechała. Do Instytutu – mówi mama łagodnie. Wpatruję się w nią, przekonana, że kompletnie jej odbiło.
– Uważasz, że powinnam jechać. Do Instytutu Istot i Stworzeń Magicznych. To jest chore! Przecież ja tam nie pasuję! – protestuję. Nawet nie drgnie.
– Nie musisz jechać. Ale kobieta, z którą rozmawiałam, zaleciła to dla twojego własnego dobra. Nie zawsze jest mądrze chodzić po świecie, nie wiedząc, kim się jest. I… chyba się z nią zgadzam. Ostatecznie jednak decyzja należy do ciebie – przypomina mi. W głowie mam totalny mętlik, wir paniki.
– Ale… nie mogę! – powtarzam.
„Dlaczego nie?” – odzywa się nagle tata. Do tej pory milczał, skupiony na naleśnikach, ale teraz wlepia we mnie wzrok.
„Bo… to jest drogie, no nie? Nie ma opcji, żeby nas było na to stać” – wyrzucam z siebie. To powinno uciąć temat. Ale twarz mamy łagodnieje, mięknie jej spojrzenie.
„Kochanie… oni wyjaśnili, że wszystko zostało opłacone z góry, kiedy cię zapisywali. Zakwaterowanie, wyżywienie, zajęcia, wszystko. Twoi biologiczni rodzice musieli wyłożyć na to majątek. Bardzo im na tym zależało” – tłumaczy. Zastygam w bezruchu, a jej słowa spływają po mnie jak lodowata woda.
„Ale… co z magisterką? Przecież jestem już na ostatnim roku pielęgniarstwa!” – protestuję, chwytając się tej jednej, pewnej rzeczy. Mama przygryza wargę, na moment pęka jej spokojna maska.
„Wiem. Jest też to. Ale możesz wziąć dziekankę. Wrócić do tego później. Wiem, byłoby to rozczarowujące… ale gdybyś nagle się zmieniła, w trakcie dyżuru, w trakcie praktyk? To mogłoby być niebezpieczne” – zauważa. Jęczę cicho i zakrywam twarz dłońmi.
„Oni naprawdę uważają, że jestem zmiennokształtna?” – pytam znowu, dużo ciszej.
„Najwyraźniej” – potwierdza miękko.
„Wiedzieliśmy, że jest taka możliwość, kiedy cię adoptowaliśmy” – dodaje tata. Podrywam gwałtownie głowę.
„Wiedzieliście?” – dopytuję.
„Tak. Nie dali nam żadnych informacji o twoich biologicznych rodzicach. A ponieważ wiele istot magicznych wygląda jak zwykli ludzie, wiedzieliśmy, że to możliwe. Ale kiedy przeszłaś przez dojrzewanie i nic się nie działo… uznaliśmy, że jednak jesteś człowiekiem. Nie mieliśmy pojęcia, że zmiennokształtni funkcjonują w innym cyklu” – wyjaśnia. Mama kiwa głową, jej głos jest delikatny, ale stanowczy.
„Zawsze myśleliśmy, że do tej pory byśmy już wiedzieli, gdyby było inaczej. Może coś przeoczyliśmy? I zgadzam się z twoim tatą, dobrze byłoby, żebyś poznała samą siebie. To było coś, czego twoi biologiczni rodzice wyraźnie chcieli. Jest opłacone. I to niesamowita szansa” – podkreśla. Zalega gęsta cisza. Moje naleśniki leżą nietknięte. Czy chcę odkładać studia? Nie. Ale jaką będę pielęgniarką, jeśli nie ogarnę nawet własnego zdrowia? Ta myśl siada mi ciężko na piersi. Wypuszczam długie, drżące westchnienie.
„Chyba… chcę jechać” – decyduję w końcu. Uśmiech mamy jest drobny, ale ciepły.
„Oddzwonię do nich i potwierdzę. Ale nie mamy dużo czasu. Dwa tygodnie to niedużo, a będziemy musieli wyjechać wcześnie w poniedziałek rano, żeby zdążyć na czas. To tuż za miastem. Będziesz musiała ogarnąć, co chcesz ze sobą zabrać” – mówi, najwyraźniej już w myślach układając plan działania. Kiwnę powoli głową, wciąż otępiała. Widelec zgrzyta o talerz, gdy biorę kolejny kęs naleśnika. Jak to możliwe, że wszystko jest naraz tak inne i tak znajome?
