
Jak nie zakochać się w smoku
Kit Bryan · Zakończone · 250.6k słów
Wstęp
Dlatego właśnie byłam co najmniej skołowana, kiedy przyszedł list z moim imieniem już wydrukowanym na planie zajęć, przydzielonym akademikiem i dobranymi przedmiotami, jakby ktoś znał mnie lepiej, niż ja sama siebie. O Akademii słyszeli wszyscy – to tam wiedźmy ostrzą swoje zaklęcia, zmiennokształtni opanowują swoje postaci, a każdy możliwy magiczny stwór uczy się panować nad swoim darem.
Wszyscy oprócz mnie.
Ja nawet nie wiem, czym właściwie jestem. Zero zmiany postaci, zero sztuczek, żadnej magii w stylu “patrzcie na mnie”. Po prostu dziewczyna otoczona ludźmi, którzy potrafią latać, przywoływać ogień albo leczyć jednym dotykiem. Więc siedzę na zajęciach, udaję, że tu pasuję, i wytężam słuch, szukając choćby najdrobniejszej wskazówki, która powie mi, co tak naprawdę płynie w mojej krwi.
Jedyną osobą, która jest chyba jeszcze bardziej ciekawa niż ja, jest Blake Nyvas – wysoki, o złotych oczach i jak najbardziej Smok. Ludzie szepczą, że jest niebezpieczny, powtarzają, żebym trzymała się od niego z daleka. Ale Blake wydaje się zdeterminowany, żeby rozwiązać zagadkę mnie, a ja… jakoś ufam właśnie jemu bardziej niż komukolwiek innemu.
Może to głupota. Może igranie z ogniem.
Ale kiedy wszyscy inni patrzą na mnie, jakbym była tu nie na swoim miejscu, Blake patrzy na mnie tak, jakby była zagadką, którą naprawdę warto rozwiązać.
Rozdział 1
LEXI
Urodziny znaczą dla ludzi masę różnych rzeczy. Dla jednych to przede wszystkim darcie kolorowego, błyszczącego papieru z prezentów albo zwołanie absolutnie wszystkich znajomych, jakich mieli od podstawówki, na wielką, głośną imprezę. Dla innych to taki kamień milowy – rok, w którym w końcu można prowadzić, legalnie się napić, wyprowadzić z domu, zacząć coś nowego. Jakby nie patrzeć, urodziny zwykle oznaczają zmianę, a na zmianę się czeka. Widać ją z daleka, planuje się ją, czasem wręcz się za nią goni.
Ale dla mnie? Skończenie dwudziestu trzech lat wcale nie brzmi jak początek. Raczej jak koniec. Prawie skończyłam licencjat z pielęgniarstwa. Trzy wyczerpujące, nieprzespane lata za mną, został jeszcze jeden, a potem czas na tak zwany prawdziwy świat z całym tym czekaniem, wysyłaniem miliona CV, krępującymi rozmowami kwalifikacyjnymi i stresem pierwszego dnia w pracy. Tym będę się martwić później.
Dzisiaj jest niedziela, a w niedzielę, zwłaszcza jeśli akurat mam urodziny, nie mam najmniejszego zamiaru być produktywna. Mój wielki plan? Zawinąć się w kołdrę jak burrito, może odpalić jakiś bezmózgi serial na raz, może zjeść kawałek tortu. Zero CV, zero planowania, zero spiny. Tylko święty spokój. Przynajmniej taki był plan.
Przewracam się na bok, wpychając się jeszcze głębiej w mój kołdrowy kokon, kiedy powietrze rozdziera najbardziej potworny, przeraźliwy skrzek. Ciało reaguje szybciej niż mózg – podrywam się do siadu, serce tłucze mi się tak mocno, jakby chciało wyrwać się z klatki piersiowej. Co to, do cholery, było?!
Mrugając gwałtownie, rozglądam się po pokoju półprzytomnym, zamglonym wzrokiem. Wszystko wygląda normalnie: zagracone biurko, stos prania w kącie, miękkie, poranne światło przeciskające się przez zasłony. I wtedy to się powtarza – jeszcze ostrzej, jeszcze głośniej – tym razem razem z wyraźnym, uporczywym stuk, stuk, stuk w szybę. Szkło aż dygocze w ramie, przez co odruchowo się wzdrygam. Co się, u diabła, dzieje?!
Wytaczam się z łóżka, plącząc się nogami w prześcieradle, i chwiejnym krokiem idę w stronę okna. Odruchem chwytam z podłogi trampka. Sama nie wiem po co – mam zamiar nim rzucać? Machać nim jak jakąś idiotyczną bronią? Nieważne. Fakt jest taki, że coś napieprza w moje okno i rozwala mi święty spokój w urodzinowy poranek, a ja jestem tym totalnie NIE zachwycona.
Szarpnięciem odgarniam zasłonę i mrużę oczy w zalewającym pokój porannym słońcu. Moja mina od razu się pogarsza. Na parapecie, siedzi sobie grzecznie, jakby przed chwilą nie próbował mi rozerwać bębenków w uszach, ogromny czarny ptak. Tkwi tam nienaturalnie spokojny, błyszczące pióra połyskują mu w słońcu, a ostre oczy wbijają się we mnie tak, jakby doskonale wiedział, jak blisko byłam, żeby cisnąć mu tym butem prosto w łeb.
– Chyba sobie jaja robisz – jęczę, rzucając trampka z powrotem na podłogę i z impetem tłukąc z powrotem w stronę łóżka. Z hukiem padam na materac jak tragiczna ofiara losu i zakopuję się pod poduszkami. Budzik nawet jeszcze nie zadzwonił! Musi być przed ósmą, a to jest zdecydowanie, ale to zdecydowanie za wcześnie, żeby się użerać z naturalnym budzikiem. Ale oczywiście temu durnemu ptakowi mój ból wisi i powiewa. Prawie w momencie, kiedy znowu się układam, on odpala kolejną serię przeszywających pisków, każdy z ostrym stuk-stuk-stuk dzioba o szybę. Ten dźwięk wierci mi się prosto w czaszce. Dwie minuty. Całe dwie minuty męczarni, jak drapanie paznokciami po tablicy, i pękam.
– Koniec, dość! – warczę, wlokąc się z powrotem z łóżka. Maszeruję do okna, absolutnie przekonana, że zaraz przepłoszę to pierzaste paskudztwo. Ale kiedy tylko podchodzę bliżej, ptaszysko nagle cichnie i przechyla łepek w moją stronę takim słodkim, niewinnym gestem. Podejrzane. Za bardzo podejrzane. I wtedy to dostrzegam. W jednej szponiastej łapie ściska… kartkę papieru. Nie, nie zwykłą kartkę, tylko złożony list. Mózg mi się zacina. Kto przy zdrowych zmysłach wysyła listy ptakiem? To się tak nie robi. Może go ukradł? Ptaki zbierają świecidełka, nie? Może ten akurat dorobił się nowego hobby – kradzieży poczty. Mimo wszystko ciekawość zaczyna mnie gryźć mocniej niż wkurzenie. Otwieram okno centymetr po centymetrze, z taką ostrożnością, jakbym rozbrajała bombę.
– Spokojnie, ptaszku, tylko… nie rzucaj mi się na twarz – mruczę pod nosem. W chwili, gdy tylko jest wystarczająca szpara, to stworzenie wciska się do środka z furkotem skrzydeł. Piszczę i robię unik, kiedy wlatruje do pokoju, zataczając nad moją głową koła jak jakiś pierzasty huragan. Serce łupie mi w piersi jak oszalałe. Ono się tym bawi. O tak, ten diabelski ptak dokładnie wie, jak bardzo wyprowadza mnie z równowagi, i delektuje się każdą sekundą! Ostro zakończone pazury, błyszczący dziób – niby zwykły ptak, ale te malutkie szpony wyglądają, jakby bez problemu poradziły sobie z moją skórą. Kucam i zakrywam głowę rękami, kiedy przelatuje jeszcze raz, czując muśnięcie powietrza, gdy śmiga tak nisko, że aż czupryna mi faluje.
W końcu ptak wypuszcza list na środek podłogi. A potem, jakby chciał mi coś bardzo wyraźnie zakomunikować, przelatuje dokładnie nad moją głową, tak blisko, że czuję wiatr jego skrzydeł na karku, po czym błyskawicznie wylatuje przez otwarte okno. Rzucam się za nim i trzaskam szybą z o wiele większą siłą, niż to naprawdę potrzebne.
– Ani mi się waż. Nie tym razem. – Rzucam za nim spojrzenie, jakbym mogła spalić je wzrokiem. Przez chwilę tylko stoję, dysząc ciężko, z adrenaliną wciąż szumiącą w żyłach. Potem mój wzrok pada na kopertę leżącą niewinnie na dywanie. Może to nic, pewnie to nic. Najbardziej prawdopodobne, że to coś ukradzionego, coś zupełnie przypadkowego. Ale jestem zbyt ciekawska, żeby teraz to tak po prostu zostawić. Zgarnę ją z podłogi i opadam z powrotem na łóżko, trzymając list ostrożnie między palcami. Serce dalej mi wali, ale przez mgłę wkurzenia przebija się iskierka ekscytacji. Może to nic. Może to jakiś śmieć. A może, tylko może, to coś naprawdę ciekawego. Oby to było warte tego ataku paniki, który właśnie zafundował mi ten ptak, bo nie ma najmniejszych szans, żebym teraz znowu zasnęła!
Koperta jest cięższa, niż się spodziewałam, papier gruby i luksusowy, zdecydowanie nie ten rodzaj tandety, który ptak mógłby wyrwać z czyjejś skrzynki na listy przez pomyłkę. Przesuwam po niej palcami. Gładka, solidna, droga. Jedyny raz, kiedy dotykałam takiego papieru, był na ślubie, gdy jakaś daleka kuzynka rozesłała idiotycznie wystylizowane zaproszenia z tłoczeniami i złotą ornamentyką. Odwracam kopertę, nie spodziewając się niczego szczególnego, i nagle zamarzam. Jest. Moje imię. Alexis Elle. Napisane takim eleganckim, płynnym pismem, jakie widuje się tylko na kaligraficznym TikToku albo w starych filmach. Przez moment potrafię tylko gapić się jak zaczarowana. Czyli ten ptak NAPRAWDĘ był gołębiem pocztowym. A list NAPRAWDĘ jest do mnie.
– Świetnie, tylko po co wysyłać diabelskiego ptaka z piekła rodem zamiast, nie wiem, listonosza? Albo maila? Mamy dwudziesty pierwszy wiek, halo. – Burczę pod nosem, choć bardziej jestem zaintrygowana niż wściekła. Wcieram resztki snu z oczu, w połowie bojąc się, że wciąż śnię, i ostrożnie podważam klapkę. Ten papier jest zbyt porządny, żeby go po prostu podrzeć. Pachnie… prawie jak coś świętego. Leciutki zapach atramentu i czegoś słodkiego, jak sprasowane kwiaty, unosi się, kiedy wysuwam zawartość. Coś metalowego stuknięciem ląduje na kołdrze. Klucz? I to wcale nie jakiś nudny, nowoczesny, tylko staroświecki, ozdobny, taki, jakim otwiera się pradawną skrzynię albo drzwi zamku. Jego powierzchnia błyszczy srebrzyście, wypolerowana, ale wyraźnie stara, a wzór na główce jest misterny, wijący się. Przez oczko przechodzi delikatny łańcuszek, długi na tyle, by nosić go na szyi. Przełykam ślinę. Naszyjnik. Klucz. Co tu się, do cholery, dzieje? Drżącymi palcami wyciągam złożoną kartkę papieru. Charakter pisma jest taki sam jak na kopercie – nieskazitelny, elegancki i absolutnie onieśmielający.
Gratulacje, Alexis Elle,
zostałaś przyjęta do Instytutu Istot i Stworzeń Magicznych na bieżący rok akademicki.
Prosimy stawić się przy bramie Akademii nie później niż o godzinie 9:00 w poniedziałek, piętnastego lutego.
W załączeniu przesyłamy klucz do pokoju. Wyżywienie, odzież oraz wszystkie inne niezbędne rzeczy zostaną zapewnione. Prosimy zabrać jedynie przedmioty, bez których nie możesz się obyć.
Z niecierpliwością oczekujemy spotkania z Tobą i wspólnej pracy.
Podpisano,
Sherry Istvan – Dyrektorka
Rozdziawiam usta, czytam list jeszcze raz, po czym upuszczam go na podłogę, jakby miał mnie poparzyć. Sekundę później rzucam się, żeby go podnieść, i czytam każde słowo raz za razem, jakby treść miała się zmienić, jeśli sprawdzę ją wystarczająco wiele razy. Spoiler: nie zmienia się. Instytut Istot i Stworzeń Magicznych… Wiem, co to jest, każdy wie. To najbardziej prestiżowa magiczna szkoła w kraju, miejsce, do którego chodzą ludzie z prawdziwą mocą i magią. I zasada numer jeden brzmi: żadnych niemagicznych istot. A ja? Ja jestem… człowiekiem. Zwykłą. Normalną. Przeciętną. Przynajmniej… tak mi się wydaje. Ale nawet gdybym nie była, nawet gdyby kryło się we mnie jakieś maleńkie ziarenko dziwności, nigdy nie składałam żadnego podania! Do Instytutu się tak po prostu nie wchodzi. Kolejki oczekujących ciągną się tam przez pokolenia. Ludzie zapisują swoje dzieci, zanim te nauczą się raczkować, tak na wszelki wypadek. Reszta? Wykupuje miejsce odpowiednią liczbą zer na czeku – taką, że mój rachunek w banku dostałby zawału na sam widok. A jednak oto jest. List z moim imieniem. Przyjęcie. Klucz. Panika zaczyna mnie dusić, wspina mi się do gardła. Serce tłucze jak oszalałe. To musi być jakaś pomyłka. Biorę głęboki wdech, który w niczym nie pomaga. Więc robię jedyną naturalną rzecz.
– MAAAAAMAAA! – wrzeszczę na całe mieszkanie.
Ostatnie Rozdziały
#158 Rozdział 158 ROZDZIAŁ KOŃCOWY- Rozdział bonusowy 10- Nie udawaj, że nie jesteś zainteresowany
Ostatnia Aktualizacja: 5/7/2026#157 Rozdział 157 Rozdział bonusowy 9- Nigdy nie zapomnij, że smoki nie uprawiają „swobodnych” randek
Ostatnia Aktualizacja: 5/7/2026#156 Rozdział 156 Bonus Rozdział 8- Nie zachowuj się w szoku, gdy da ci diament większy niż twoja twarz
Ostatnia Aktualizacja: 5/7/2026#155 Rozdział 155 Dodatkowy rozdział 7- Nigdy nie zapomnij, że smoki biegną gorętniej niż piekarniki
Ostatnia Aktualizacja: 5/7/2026#154 Rozdział 154 Bonus Rozdział 6- Nigdy nie pozwól mu zobaczyć, jak bardzo ci zależy
Ostatnia Aktualizacja: 5/7/2026#153 Rozdział 153 Bonus Rozdział 5- Nie sugeruj zakupu sejfu zamiast tego
Ostatnia Aktualizacja: 5/7/2026#152 Rozdział 152 Bonus Rozdział 4- Nigdy, Nigdy nie ciągnij za ogon (poważnie)
Ostatnia Aktualizacja: 5/7/2026#151 Rozdział 151 Bonus Rozdział 3- Nie dotykaj niczego, co palą
Ostatnia Aktualizacja: 5/7/2026#150 Rozdział 150 Bonus Rozdział 2- Nigdy nie mów, że nie możesz go zabrać ze sobą
Ostatnia Aktualizacja: 5/7/2026#149 Rozdział 149 Bonus Rozdział 1- Nigdy nie zapraszaj go do swojej przestrzeni
Ostatnia Aktualizacja: 5/7/2026
Może Ci się spodobać 😍
Jak nie zakochać się w smoku
Dlatego właśnie byłam co najmniej skołowana, kiedy przyszedł list z moim imieniem już wydrukowanym na planie zajęć, przydzielonym akademikiem i dobranymi przedmiotami, jakby ktoś znał mnie lepiej, niż ja sama siebie. O Akademii słyszeli wszyscy – to tam wiedźmy ostrzą swoje zaklęcia, zmiennokształtni opanowują swoje postaci, a każdy możliwy magiczny stwór uczy się panować nad swoim darem.
Wszyscy oprócz mnie.
Ja nawet nie wiem, czym właściwie jestem. Zero zmiany postaci, zero sztuczek, żadnej magii w stylu “patrzcie na mnie”. Po prostu dziewczyna otoczona ludźmi, którzy potrafią latać, przywoływać ogień albo leczyć jednym dotykiem. Więc siedzę na zajęciach, udaję, że tu pasuję, i wytężam słuch, szukając choćby najdrobniejszej wskazówki, która powie mi, co tak naprawdę płynie w mojej krwi.
Jedyną osobą, która jest chyba jeszcze bardziej ciekawa niż ja, jest Blake Nyvas – wysoki, o złotych oczach i jak najbardziej Smok. Ludzie szepczą, że jest niebezpieczny, powtarzają, żebym trzymała się od niego z daleka. Ale Blake wydaje się zdeterminowany, żeby rozwiązać zagadkę mnie, a ja… jakoś ufam właśnie jemu bardziej niż komukolwiek innemu.
Może to głupota. Może igranie z ogniem.
Ale kiedy wszyscy inni patrzą na mnie, jakbym była tu nie na swoim miejscu, Blake patrzy na mnie tak, jakby była zagadką, którą naprawdę warto rozwiązać.
Związana z jej Alfa Instruktorem
Kilka tygodni później na salę wchodzi nasz nowy instruktor walki, alfa. Regis. Ten facet z lasu. Jego spojrzenie od razu chwyta się mojego i wiem, że mnie rozpoznaje. Wtedy moja skrywana tajemnica uderza we mnie jak cios w brzuch: jestem w ciąży.
Ma dla mnie propozycję, która splata nas jeszcze mocniej. Ochrona… czy złota klatka? Szepty robią się coraz bardziej jadowite, mrok zaczyna się zacieśniać. Dlaczego tylko ja nie mam wilka? Czy on jest moim wybawieniem… czy pociągnie mnie prosto na dno?
Ostatnia Szansa Chorej Luny
Wszystko zmieniło się w dniu, kiedy dowiedziałam się, że moja wilczyca zapadła w stan uśpienia. Lekarz ostrzegł mnie, że jeśli nie oznaczę lub nie odrzucę Alexandra w ciągu roku, umrę. Jednak ani mój mąż, ani mój ojciec nie przejmowali się na tyle, aby mi pomóc.
W mojej rozpaczy podjęłam decyzję, aby przestać być uległą dziewczyną, jakiej ode mnie oczekiwali.
Wkrótce wszyscy nazywali mnie szaloną, ale właśnie tego chciałam — odrzucenia i rozwodu.
Nie spodziewałam się jednak, że mój kiedyś arogancki mąż pewnego dnia będzie błagał mnie, żebym nie odchodziła...
Tym Razem To On Ściga Mnie Całym Sercem
Na korytarzu przed salą balową podeszła do niego, gdy palił przy drzwiach, chcąc chociaż spróbować się wytłumaczyć.
– Nadal jesteś na mnie zły?
Strzepnął papierosa, odrzucił niedopałek i spojrzał na nią z jawną pogardą.
– Zły? Myślisz, że jestem zły? Zgadnę – Maya wreszcie się dowiaduje, kim jestem, i nagle ma ochotę „odnowić kontakt”. Kolejna szansa, odkąd wie, że moje nazwisko oznacza pieniądze.
Kiedy próbowała zaprzeczyć, wszedł jej w słowo.
– Byłaś epizodem. Przypisem na dole strony. Gdybyś się tu dzisiaj nie pojawiła, nawet bym o tobie nie pamiętał.
Łzy zapiekły ją pod powiekami. Prawie powiedziała mu o jego córce, ale się powstrzymała. Uznałby tylko, że próbuje go wrobić, złapać go na dziecko i dobrać się do jego kasy.
Maya przełknęła wszystko razem z łzami i odeszła, święcie przekonana, że ich drogi już nigdy się nie przetną – a jednak on zaczął pojawiać się w jej życiu raz za razem, aż w końcu to on musiał się przed nią schylić, pokornie błagając, by dała mu jeszcze jedną szansę.
Okrutny Raj - Romans mafijny
Wykręcenie tyłkiem numeru do własnego szefa…
I zostawienie mu sprośnej poczty głosowej, kiedy jesteś, yyy… „w trakcie” myślenia o nim.
Praca jako osobista asystentka Rusłana Orłowa to robota rodem z piekła.
Po długim dniu, podczas którego spełniam każdą zachciankę tego miliardera, potrzebuję jakiegoś ujścia dla stresu.
Więc kiedy tamtego wieczoru wracam do domu, robię dokładnie to.
Problem w tym, że moje myśli wciąż kręcą się wokół tego szef-dupka, który rujnuje mi życie.
I niech będzie—bo ze wszystkich licznych grzechów Rusłana, to że jest tak cholernie przystojny, może być najniebezpieczniejsze.
Dziś w nocy fantazje o nim są dokładnie tym, czego potrzebuję, żeby przekroczyć granicę.
Ale kiedy spuszczam wzrok na telefon, przygnieciony obok mnie,
jest.
Poczta głosowa: 7 minut i 32 sekundy…
Wysłana do Rusłana Orłowa.
Wpada we mnie panika i ciskam telefon przez pokój.
Tyle że nie da się cofnąć szkód wyrządzonych przez moje bardzo głośne „O”.
Więc co ja mogę zrobić?
Plan był prosty: unikać go i udawać, że to się nigdy nie wydarzyło.
Poza tym—kto tak zajęty w ogóle odsłuchuje pocztę głosową, co?
Tylko że kiedy on wpisuje mi w kalendarz spotkanie jeden na jeden ze mną na równe 7 minut i 32 sekundy,
jedno jest pewne:
On.
Słyszał.
Wszystko.
Sekretarko, Czy Chcesz Się Ze Mną Przespać?
Może dlatego żadna z nich nie wytrzymywała dłużej niż dwa tygodnie. Szybko mu się nudziły. Ale Valeria powiedziała „nie” i to tylko sprawiło, że zaczął gonić ją jeszcze zawzięciej, kombinując coraz to inne sposoby, żeby dostać to, czego chciał — nie rezygnując przy tym ze swoich rozrywek z innymi kobietami.
Nawet nie zauważył, kiedy Valeria stała się jego prawą ręką, i potrzebował jej do wszystkiego, jakby bez niej nie potrafił nawet oddychać. Mimo to nie przyznał się, że ją kocha, dopóki ona nie dotarła do swojej granicy i po prostu nie odeszła.
Zakazane Pulsowanie
Moje zmieniło się w czasie, który zajęło otwarcie drzwi.
Za nimi: mój narzeczony Nicholas z inną kobietą.
Trzy miesiące do naszego ślubu. Trzy sekundy, żeby zobaczyć, jak wszystko się rozpada.
Powinnam była uciec. Powinnam była krzyczeć. Powinnam była zrobić cokolwiek, zamiast stać tam jak głupia.
Zamiast tego usłyszałam, jak sam diabeł szepcze mi do ucha:
"Jeśli chcesz, mogę cię poślubić."
Daniel. Brat, przed którym mnie ostrzegano. Ten, który sprawiał, że Nicholas wyglądał jak aniołek.
Opierał się o ścianę, obserwując, jak mój świat się rozpada.
Moje serce waliło jak młot. "Co?"
"Słyszałaś mnie." Jego oczy wwiercały się w moje. "Poślub mnie, Emmo."
Ale kiedy patrzyłam w te magnetyczne oczy, uświadomiłam sobie coś przerażającego:
Chciałam powiedzieć mu "tak".
Gra rozpoczęta.
Niechętna Panna Młoda Miliardera
Jednak jeden kontrakt małżeński zrujnował moje spokojne życie. Aby chronić moją rodzinę, musiałam poślubić Alexandra Kingsleya — potentata technologicznego, który jest ode mnie starszy o osiem lat.
Naiwnie myślałam, że przynajmniej będziemy mogli żyć w zgodzie. Nie wiedziałam, że już mnie zaszufladkował jako łowczynię fortun, co od pierwszego dnia postawiło nas na kursie kolizyjnym.
Teraz, uwięziona w rodzinie Kingsleyów, nie tylko muszę radzić sobie z zimnym mężem. Muszę też stawić czoła jego mściwej szwagierce Victorii i Karen — wieloletniej adoratorce Alexandra, która jest zdeterminowana, by sprawić, że poczuję się jak niechciany intruz.
Jak mam przetrwać w rodzinie Kingsleyów...
Nocne lekarstwo prezesa
Nazywam się Aria Harper i właśnie przyłapałam mojego narzeczonego Ethana na zdradzie z moją przyrodnią siostrą Scarlett w naszym łóżku. Podczas gdy mój świat się rozpadał, oni planowali ukraść wszystko—moje dziedzictwo, spuściznę mojej matki, nawet firmę, która powinna należeć do mnie.
Ale nie jestem naiwną dziewczyną, za jaką mnie uważają.
Wchodzi Devon Kane—jedenaście lat starszy, niebezpiecznie potężny i dokładnie taki, jakiego potrzebuję. Jeden miesiąc. Jeden tajny układ. Wykorzystać jego wpływy, aby uratować moją firmę, odkrywając jednocześnie prawdę o "śmierci" mojej matki Elizabeth i fortunie, którą mi ukradli.
Plan był prosty: udawać zaręczyny, wyciągnąć informacje od wrogów, odejść czysto.
Czego się nie spodziewałam? Ten bezsenny miliarder, który może spać tylko wtedy, gdy jestem w jego ramionach. Czego on się nie spodziewał? Że jego wygodna aranżacja stanie się jego obsesją.
W świetle dnia jest mistrzem obojętności—jego spojrzenie przesuwa się obok mnie, jakbym nie istniała. Ale gdy zapada ciemność, podciąga moją koronkową sukienkę, jego dłonie zdobywają moje piersi przez przezroczysty materiał, jego usta odnajdują mały pieprzyk na moim obojczyku.
„Tak właśnie,” oddycha przeciw mojej skórze, głos napięty i chrapliwy. „Boże, czujesz się niesamowicie.”
Teraz granice są zamazane, stawki wyższe, a wszyscy, którzy mnie zdradzili, zaraz się dowiedzą, co się dzieje, gdy nie doceniają Arii Harper.
Zemsta nigdy nie była tak słodka.
Zdobyta przez miłość Alfy
Cztery lata temu misternie uknuta intryga Fiony zamieniła mnie z zwyczajnej omegi w skazańca, na którego barkach ciąży zarzut morderstwa.
Po czterech latach wracam do świata, którego prawie nie poznaję.
Moja najlepsza przyjaciółka Fiona, a zarazem moja przyrodnia siostra, stała się w oczach mojej matki idealną córunią. A mój były chłopak, Ethan, za chwilę będzie urządzał huczną, wystawną ceremonię zawarcia więzi… właśnie z nią.
Miłość, więzi rodzinne i reputacja, które kiedyś były dla mnie wszystkim, zostały mi przez Fionę odebrane, co do okruszka.
Kiedy dotarłam już do granic wytrzymałości i zaczęłam się zastanawiać, po co w ogóle jeszcze żyję, w moim życiu nagle pojawił się legendarny Alfa Lucas z Moonhaven.
Jest potężny i tajemniczy, budzi respekt i niemal nabożny lęk wśród wszystkich wilkołaków.
A jednak wobec mnie okazuje niezwykłą wytrwałość i zaskakującą czułość, taką, jakiej nigdy się nie spodziewałam.
Czy pojawienie się Lucasa jest darem od losu, czy początkiem kolejnego spisku?
Zaginiona Księżniczka Lykanów i Jej Oczarowany Alfa
Nagle staje się księżniczką z prawdziwego zdarzenia – Zaginiona królewna w końcu odnaleziona.
Sebastian odrzucił Cindy i zlekceważył ich przeznaczoną więź, wybierając inną na swoją Lunę.
Ale los miał wobec niego zupełnie inne plany. Mężczyzna, który jeszcze niedawno trzymał wszystkich w garści, pada na kolana.
Kiedy jego życie i jego wilk wiszą na włosku, los okazuje się okrutnie przewrotny. Ta sama kobieta, którą kiedyś złamał, teraz trzyma w rękach jego przyszłość.
Głos Sebastiana drżał, gdy wyciągnął do niej rękę.
– Proszę… Cindy… Lisa – wyszeptał błagalnie. – Musisz mi pomóc. Jestem twoim partnerem. Twoim przeznaczonym.
Jej spojrzenie pozostało twarde, niewzruszone, jakby przez te wszystkie lata nauczyła się już nie drżeć przed nikim.
– Będziesz się do mnie zwracał jak należy – odparła spokojnie, aż lodowato.
– Dla ciebie jestem Wasza Wysokość.
Tylko ci, którzy stali przy mnie, kiedy byłam nikim, zasłużyli na prawo, by mówić do mnie po imieniu.
Czy Cindy okaże łaskę mężczyźnie, który kiedyś odmówił jej jakiejkolwiek wartości?
CEO Nad Moim Biurkiem
„Wiem, że tak.”
„A co, jeśli nie chce takiej ochrony?”
„Będzie chciała” — odpowiadam, a mój głos nieznacznie cichnie. „Bo potrzebuje faceta, który potrafi dać jej cały świat.”
„A jeśli świat stanie w ogniu?”
Moja dłoń odruchowo zaciska się mocniej na talii Violet.
„To zbuduję jej nowy” — mówię. „Nawet jeśli będę musiał sam spalić ten stary do gołej ziemi.”
Nie pracuję dla Rowana Ashcrofta.
Pracuję pod nim.
Z mojego biurka decyduję, kto dostaje przepustkę do najbardziej bezwzględnego prezesa w mieście, a kto nawet nie przechodzi przez recepcję i odbija się od ochrony jak od ściany. Ogarniając wszystko, trzymam w ryzach jego kalendarz, jego milczenie i jego wrogów. Pilnuję, żeby jego świat chodził jak w zegarku, podczas gdy mój po cichu się sypie: zaległe rachunki piętrzą się na kuchennym blacie, matka jest zamknięta na odwyku, a brat zniknął bez słowa, nawet bez głupiego „trzymaj się”.
Rowan Ashcroft to władza opakowana w idealnie skrojony garnitur.
Zimny. Nietykalny. Bez litości.
On nie flirtuje. On się nie uśmiecha. On nie widzi ludzi — tylko ich przydatność.
I przez długi czas ja też byłam po prostu przydatna.
Aż zaczął się przyglądać.
Na początku ta zmiana w jego uwadze jest ledwie zauważalna. Pauza o sekundę za długa. Spojrzenie, które zostaje. Polecenia, które zamiast odsuwać mnie na bok, ściągają coraz bliżej. Mężczyzna stojący nad moim biurkiem zaczyna kontrolować coś więcej niż mój grafik — i dociera do mnie za późno, że bycie zauważoną przez Rowana Ashcrofta jest o wiele bardziej niebezpieczne niż bycie ignorowaną.
Bo tacy faceci nie łakną czułości.
Oni łakną posiadania.
To miała być praca.
Nie sprawdzian moich granic.
Nie powolne, metodyczne osuwanie się w jego władzę.
Ale jeśli Rowan Ashcroft uzna, że moje miejsce jest pod jego biurkiem, to trudno.
Przetrwanie ma swoją cenę, a rachunki mają to gdzieś, jak je opłacę.











