Rozdział 1 1

POV Venessy

Otworzyłam oczy, kompletnie skołowana i zdezorientowana. Myśli miałam ociężałe, jakby ktoś owinął mi głowę watą i nie dało się tego strząsnąć. Za skroniami pulsował tępy ból, ale szybko zaczął odpuszczać. Co się ze mną działo?

Jeszcze chwilę temu musiałam być w porządku, a teraz wszystko było… nie tak. Świat dookoła migotał jakimś niepokojącym, znajomym blaskiem, a we mnie narastało upiorne déjà vu, od którego ścisnęło mnie w żołądku.

Szorstki piasek wbijał mi się w kolana, gdy klęczałam na ziemi, a skóra piekła pod warstwami pyłu, ran i zaschniętej krwi. Wokół stali strażnicy, do połowy przemienieni w swoje bestialskie formy, z oczami jarzącymi się agresją i gotowością do ataku.

Czy ja… byłam ich wrogiem?

Gorączkowo grzebałam w głowie, szukając odpowiedzi, ale nie było tam nic. Tylko zamęt. Ciężki, nienaturalny zamęt. Coś głęboko we mnie wrzeszczało, żebym się ruszała — więc się ruszyłam.

Pobiegłam.

W chwili, gdy moje stopy uderzyły o ziemię, ruszyli za mną — warczenie i wściekłe pomruki niosły się echem. Panika ścisnęła mi gardło jak zacisk. Czemu mnie gonili? Co ja zrobiłam? Przez umysł przemykały mi urywki wspomnień — poszarpane, mgliste, zbyt rozrzucone, żeby miały sens.

— Hej! — wrzasnął czyjś głos, a potem znów odezwały się warknięcia.

Strażnicy byli blisko, ich pazury dudniły o leśną ściółkę. Zmusiłam nogi, żeby biegły szybciej, serce waliło mi jak młot. Nie miałam pojęcia, dokąd biegnę — wiedziałam tylko, że muszę uciec.

I wtedy — trzask.

Dwa potężne drzewa runęły przede mną, tarasując drogę. Zahamowałam z piskiem oddechu, dysząc ciężko, jak w potrzasku. Zanim zdążyłam wymyślić, jak to obejść, strażnicy już mnie dopadli. Wbrew instynktowi opadłam na kolana, splatając dłonie z tyłu głowy w geście poddania.

Zimne, srebrne kajdanki zacisnęły mi się na nadgarstkach, parząc skórę. Szarpnięto mnie i zaciągnięto z powrotem — tam, skąd uciekłam — prosto w ten sam krąg wrogości i żądzy krwi.

I wtedy… ona się pojawiła.

Jej głos przeciął hałas jak nóż. Przepchnęła się przez linię strażników i stanęła przede mną. Serce ścisnęło mi się boleśnie, gdy zobaczyłam jej twarz — Luna Jalisa.

Wspomnienia uderzyły we mnie naraz.

RETROSPEKCJA

Znów klęczałam, z nadgarstkami mocno związanymi za plecami. Świat dookoła był przytłumiony, jakbym siedziała pod wodą. Głosy tłumu brzmiały zniekształcone, odbijały się echem gdzieś daleko. A potem nagle powietrze wpadło mi do płuc i wszystko wskoczyło na swoje miejsce, ostre i bezlitosne.

Twarze falowały przede mną — znajome i dzikie, wykrzywione nienawiścią. Wyglądali mniej jak ludzie, a bardziej jak potwory, kiedy wrzeszczeli:

— Wykonać wyrok! Zabić ją!

To był dzień mojej egzekucji.

Luna Jalisa stała wśród nich, ubrana na czarno, szlochając teatralnie, podczas gdy jej kochanek trzymał ją przy sobie. Dłonie opierała ochronnie na nabrzmiałym brzuchu, zawodząc o sprawiedliwość.

Tłum rzucał we mnie obelgami, domagał się mojej śmierci. Rozglądałam się, szukając choć jednej twarzy, w której byłaby litość — ale widziałam tylko furię i osąd. Jedyna osoba, która mogła to wszystko zatrzymać, już nie żyła. Zginęła. A winę za jego morderstwo zwalono na mnie.

— Wykonać wyrok! Wykonać wyrok! — ryczeli.

Kaci przycisnęli mnie do ziemi. Kolana wbijały mi się w brud, a ja uniosłam głowę i zobaczyłam, jak Jalisa patrzy na mnie chłodno, triumfująco. Ruszyła w moją stronę powoli, delektując się moją klęską.

Od dawna chciała, żebym zniknęła. Byłam niewygodą, przeszkodą, którą musiała usunąć. I teraz wreszcie dopięła swego.

Jalisa przykucnęła przede mną i zacisnęła palce na moim podbródku, zmuszając mnie, żebym uniosła twarz. Jej oczy błyszczały satysfakcją, a na wargach rozpełzł się okrutny uśmiech.

— Byłaś zbyt głupia i naiwna, żeby myśleć, że możesz wygrać, Venesso — wyszeptała. — Rozejrzyj się. Jak to jest wiedzieć, że to twoje ostatnie oddechy?

A potem mnie uderzyła — jej dłoń trzasnęła ostro o mój policzek.

Cofnęła się i uniosła drżący palec w moją stronę, a łzy spływały jej po twarzy w idealnie wyreżyserowanej, teatralnej rozpaczy.

„Obyś się smażyła za to, co zrobiłaś. Moje dziecko będzie dorastać bez ojca przez ciebie!” — wrzeszczała.

Wściekłość przepaliła mój strach. Gdybym dostała jeszcze raz szansę, nie oszczędziłabym jej. Sprawiłabym, żeby zapłaciła — i ujawniła prawdziwego zabójcę. Ona nie była żadną pogrążoną w żałobie Luną; była potworem, który nosił smutek jak maskę.

Kiedy kat uniósł ostrze, podniosłam wzrok ku niebu i zawołałam do Bogini o litość, o odkupienie, o jeszcze jedną szansę.

A potem wszystko pociemniało.

KONIEC WSPOMNIENIA

Wspomnienia uderzyły we mnie jak taran, aż serce waliło mi jak oszalałe. Kiedy obraz wreszcie się wyostrzył, znów byłam w teraźniejszości — w chwili sprzed mojej pierwszej śmierci. Luna Jalisa stała przede mną, a na jej twarzy mieszało się zagubienie z chłodnym wyrachowaniem.

Czyli to była prawda.

Zostałam odesłana.

Cofnięta dokładnie do momentu, kiedy mnie aresztowano za wtargnięcie na teren watahy. Scena rozgrywała się identycznie jak wcześniej, szczegół w szczegół.

„Zachowuj się, Venessa. Czas nas goni” — ostrzegła mnie w myślach moja wilczyca, Nyla. Jej ton był lodowaty. Tak jak i mój.

Na emocje nie było już miejsca. Miałam czystą głowę, a mój cel był ostrzejszy niż kiedykolwiek. Dostałam drugą szansę — rok, żeby zdemaskować Jalisę i jej kochanka, znaleźć prawdziwego mordercę i przepisać los, który mnie pogrzebał.

„Spójrz na mnie” — rozkazała Jalisa.

Uniósłłam głowę powoli, walcząc, żeby zdusić warczenie narastające w gardle. Ta kobieta zabrała mi wszystko: reputację, życie, przyszłość. Gdybym nie odkryła jej romansu, może pozwoliłaby mi żyć. Ale teraz byłam jej wrogiem — a ona nawet nie miała pojęcia, że wróciłam.

Zanim zdążyłam się odezwać, znajomy głos zatrzymał mnie jak wryta.

„Nie krzywdź jej.”

Ten zapach. Ten głos. Serce zacięło mi się w piersi.

Alfa Denzel.

Mój mate.

Wystąpił krok do przodu; sama jego obecność narzucała się wszystkim dookoła, a spojrzenie miał ostre i nie do odczytania. Już czułam, jak okrutny ciężar przeznaczenia zaciska się na mnie jak pętla — miałam przeżyć to wszystko jeszcze raz, każdą upokarzającą sekundę.

„Czemu uciekłaś?” — zapytał. Głos miał spokojny, ale twardy. Nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy.

„Ty jesteś jakaś tępa?” — syknęła Jalisa, zanim zdążyłam odpowiedzieć.

Cios spadł na tył mojej głowy i runęłam na ziemię jak worek kartofli. Ból przeszył czaszkę, a obraz popłynął.

„Jeszcze raz to zrobisz, a pożałujesz” — ostrzegł strażnika Denzel, chłodno. Tamten mruknął przeprosiny i cofnął się.

Spojrzenie Denzela wróciło do mnie. „Czemu uciekłaś?” — powtórzył.

Zmusiłam się, żeby wstać, trzymając głowę spuszczoną. „Bałam się” — wyszeptałam.

Cisza. Tylko wiatr i mój puls wypełniały powietrze. Walczyłam z odurzającym przyciąganiem zapachu mojego mate’a, zamykając na klucz kłucie w klatce piersiowej. Ta więź raz już doprowadziła mnie do zguby. Nie mogłam pozwolić, żeby zniszczyła mnie ponownie.

„Jak się nazywasz?” — zapytał w końcu Denzel. „I czemu weszłaś na nasz teren?”

Już wiedziałam, co powiedzieć; przeżyłam tę scenę wcześniej.

„Nazywam się Venessa Gordon” — powiedziałam. „Jestem samotną wilczycą. Podróżowałam z mamą, kiedy napadli nas lykanie. Ona… ona nie przeżyła. Ledwo uciekłam.”

Po tłumie przeszedł zbiorowy szmer, niemal westchnienie, na słowo „lykanie”. Byli wszystkim, czego wilkołaki się bały: szybsi, silniejsi, bezlitośni. Okrutnie dopracowani przez naturę drapieżnicy.

„To kłopoty, Alfa. Trzeba ją wyrzucić” — odezwał się znajomy, jadowity głos Bety Tyrella Henry’ego.

Zacisnęłam pięści. Zdrajca.

Denzel pokręcił głową. „Nie. Nie porzucamy tych, którzy nie potrafią się bronić” — powiedział, powtarzając tę samą łaskawą formułkę, którą słyszałam wcześniej.

„Za tą granicą zaczyna się królestwo Króla Wilkołaków” — ciągnął. „Jeśli zawrócisz, nie masz szans przeżyć. Zostań tutaj, przysięgnij mi lojalność, przestrzegaj naszych praw, a dostaniesz moją ochronę. W przeciwnym razie…” Jego głos stwardniał. „Wtargnięcie jest karane śmiercią.”

Decyzję podjęto za mnie, tak jak poprzednio. Tyle że tym razem wiedziałam, co muszę zrobić.

Zostanę.

Przeżyję.

I tym razem nie zawiodę.

Następny Rozdział