Balkon

Braxton

Była spóźniona. Przegapiła kolację, którą przygotowałem dla swoich współpracowników i ich gości. Zastanawiałem się, dlaczego nie przyszła na czas jak wszyscy inni, ale kiedy zobaczyłem, jak wchodzi przez drzwi, zdezorientowana, nerwowo rozglądająca się za swoim mężem, który stał po drugiej stronie pokoju, oparty o ścianę, rozmawiając z kilkoma osobami z naszego zespołu, które nie radziły sobie najlepiej, zrozumiałem, że Thompson prawdopodobnie nawet jej nie zaprosił na kolację.

Pobiegła do niego, a on wyprostował się, wyglądając na zirytowanego, jakby przerwała mu jakąś ważną dyskusję o pracy. Udawałem, że słucham kobiety stojącej obok mnie, jednej z prezesów działu marketingu, która mówiła o koncie, na którym mi nie zależało, ale moje oczy były na niej, pięknej kobiecie, która niestety była związana z tym łajdakiem, Jeffem Thompsonem.

Patrzyłem, jak odchodzą od innych, jak Jeff chwyta ją za łokieć i przyciąga do siebie, zbyt gwałtownie jak na mój gust. Widziałem jej twarz i wiedziałem, że chce mu coś powiedzieć o tym, jak jest traktowana, ale boi się. Patrzyłem, jak wychodzą na balkon. Patrzyłem - a potem przeprosiłem i podszedłem bliżej miejsca, gdzie zniknęli, ustawiając się wystarczająco blisko drzwi, aby słyszeć, co mówią, choć nie mogli mnie zobaczyć przez matową szklaną barierę między balkonem a pokojem.

"Dzwoniłam do ciebie kilka razy," mówi, jej głos błagalny, pełen bólu.

"No, przepraszam bardzo, że mam swoje życie!" Jeff odpowiada ostro, wyraźnie dając upust swojej złości. "Co ty w ogóle masz na sobie?"

"Srebrną sukienkę, jak mówiłeś," odpowiada. Nie widzę jej, ale wyobrażam sobie, jak patrzy na swoją suknię, oglądając ją. Wyglądała pięknie z daleka. Jaki problem mógłby mieć ten kretyn z jej sukienką?

"Nie pamiętam, żeby była tak wycięta," mówi. "Połowa twoich piersi wystaje!"

Jest cicho przez chwilę, a potem dodaje, "Przyniosłam tę chustę."

"Wyglądasz jak stara baba!" krzyczy na nią. "Słuchaj, nie mam na to czasu, dobrze? Zaprosiłem cię, bo zostałem wyraźnie poproszony; niektóre z innych żon chciały cię poznać czy coś w tym stylu. Spełniłem swój obowiązek. Jesteś tutaj. Wracam do picia z przyjaciółmi. Może powinnaś po prostu... iść."

"Iść?" Słyszę agonię w jej głosie, ból jego nagłego odrzucenia, jakby została odrzucona przez kogoś, kogo głęboko kocha. Jak tak piękna kobieta mogła kiedykolwiek poczuć coś do tego egoistycznego świniaka?

"Albo zostań tutaj, jeśli chcesz. Tylko mnie nie zawstydzaj, dobrze? Moja praca i tak jest wystarczająco trudna bez tego, żebyś wyglądała jak dziwka przed wszystkimi moimi szefami i współpracownikami."

On tupie nogami, wracając w stronę drzwi. Udaję, że słucham rozmowy toczącej się wokół mnie i nie patrzę na niego, choć kusi mnie, żeby wystawić nogę i go podciąć – wtedy zobaczymy, kto będzie zawstydzony. Ponieważ moje oczy nie są zwrócone na Thompsona, gdy przemyka obok, nie wiem, czy zauważył, że stoję tam, czy nie, ale wątpię. Zazwyczaj jest świadomy tylko siebie.

Gdy wraca do swoich kumpli, przepraszam za wyjście z rozmowy i wychodzę na zewnątrz.

Jest już ciemno, światła miasta i gwiazdy zapewniają trochę oświetlenia, które dociera do postaci stojącej przy poręczy, wystarczająco daleko od światła przesączającego się przez drzwi i okno, jak również słabego światła na ścianie przy drzwiach, że jest głównie w cieniu.

Słyszę jej płacz, zanim jeszcze zbliżę się na kilka stóp. Wydaje się, że nie zauważyła, że nie jest już sama. Nie chcę jej zawstydzać ani przeszkadzać, ale czuję jej ból, jakby wbijał się w moje własne serce. Nie mogę zrozumieć Jeffa Thompsona, jak taki płytki, idiotyczny człowiek mógł być żonaty z tak piękną istotą i traktować ją w taki sposób, ale to mnie złości w sposób, którego nie potrafię opisać.

Robię kolejny krok bliżej i wtedy ona mnie słyszy, przeciera policzki i owija się szczelniej szalem, zanim jeszcze odwróci głowę. Nie jestem pewien, czy mnie rozpozna, ani jak dobrze mnie widzi teraz, gdy również jestem z dala od światła, ale gdy jej oczy spotykają moje, jestem prawie pewien, że wie, kim jestem.

„Wszystko w porządku?” pytam ją łagodnym głosem.

Kiwa głową, odchrząkuje. „Tak. Przepraszam. Nie chciałam….” Przestaje mówić, nie wiedząc, co powiedzieć. „Wszystko w porządku.”

„Nie wyglądasz na osobę, której wszystko w porządku,” przypominam jej, robiąc krok bliżej. „Czy mogę coś zrobić?”

„Och, nie! Naprawdę, wszystko w porządku. Chciałam tylko zaczerpnąć świeżego powietrza.”

Wciągam powietrze, czując spaliny miasta, samochody poniżej nie robią nic, aby powietrze było świeże, po czym patrzę na nią, unosząc brew.

Ona naprawdę się uśmiecha. „No, może nie świeże. Ale… nie duszne. Nie, że ludzie w środku są duszni – ani że impreza jest duszna. Tylko że….” Wzdycha i odwraca wzrok, kręcąc głową. „Nie wiem, co próbuję powiedzieć.”

„W porządku,” zapewniam ją. Potem, czekając, aż znowu na mnie spojrzy, wyciągam do niej rękę. „Jestem Braxton.”

„Wiem,” mówi, drobny uśmiech pojawia się w kąciku jej ust. „Rozpoznaję cię. Jestem Julia Thompson.”

„Wiem,” odpowiadam, co sprawia, że jej idealnie ukształtowane brwi unoszą się. „Czekałem, żeby cię poznać.”

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział