Kolacja

Julia

Braxton Merriweather stoi przede mną - i zna moje imię. Ledwo mogę uwierzyć własnym uszom. Mrugam kilka razy, zastanawiając się, skąd on wie, kim jestem i dlaczego przyszedł ze mną porozmawiać.

Wiem, że Jeff był zły, kiedy przyjechałam. To nie była jego wina. To była moja wina. Byłam roztrzęsiona, a on miał pełne prawo się na mnie gniewać. Niemniej jednak, osoby, które nie znały sytuacji, mogłyby pomyśleć, że to była wina Jeffa, że był dla mnie zbyt surowy.

Chciałabym zapytać pana Merriweathera, skąd zna moje imię, ale jestem zbyt nieśmiała, by zadać to pytanie. Zamiast tego stoję tam, wpatrując się w niego, próbując przetworzyć sytuację. Jest absolutnie najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek widziałam na żywo i prawdopodobnie nawet przystojniejszym niż większość facetów, których widziałam w telewizji czy filmach. Jest również niewyobrażalnie bogaty.

Zanim zdążę cokolwiek odpowiedzieć, Braxton pyta: "Czy jadłaś już kolację?"

Marszczę czoło na to pytanie. Wydaje się takie dziwne. "Uhm, nie," jąkam się, zastanawiając się, dlaczego pyta.

"Tak myślałem," mówi. "Przegapiłaś kolację."

Patrzę na niego nadal zdezorientowana. "Była..." przerywam. Oczywiście, że była kolacja, inaczej by o niej nie wspominał.

"Tak, i nie znoszę myśli, że którykolwiek z moich gości jest głodny." Braxton spogląda w głąb budynku, chociaż przez matowe szkło niewiele widać. "Podają przystawki, ale to po prostu nie wystarczy." Pan Merriweather oferuje mi swoje ramię. "Chodź, znajdę ci coś porządnego do jedzenia."

Patrzę na jego ramię przez chwilę, nie chcąc być niegrzeczna, ale też nie chcąc sprawiać kłopotu. Albo sprawić, że Jeff będzie jeszcze bardziej zły, skoro już kazał mi zostać na zewnątrz. "Och, nie, to w porządku," zapewniam go. "Jestem dobrze."

"Nie bądź śmieszna, Julio. Musisz coś zjeść." Jego ramię jest nadal wyciągnięte do mnie.

Patrzę na jego ramię, a potem z powrotem w jego oczy. Są jasnoniebieskie, błyszczące w przyćmionym świetle, jakby świeciły, choć nie w obcy sposób. "Naprawdę..."

"Nie może być tak, że ktoś na mojej imprezie zostanie bez kolacji."

Sposób, w jaki to mówi, sprawia, że nie mogę mu odmówić. To jakby jakieś polecenie, choć nie w niegrzeczny sposób.

Zanim się obejrzę, zaplatam swoje ramię w jego, mimo że wiem, że Jeff wpadnie w szał, jeśli dowie się, że wróciłam do środka, zwłaszcza z jego szefem. Będzie na mnie krzyczał i mówił, że jestem dla wszystkich utrapieniem. Może ma rację, ale w tej chwili nie czuję się jak utrapienie, przynajmniej nie dla pana Merriweathera. Czuję się jak zaproszony gość, któremu chce zapewnić miły czas. Minęło już tyle czasu, odkąd ktoś sprawił, że czułam się ważna, że nie jestem pewna, jak sobie z tym poradzić.

Czuję jego ramię na moim, nawet przez jego kurtkę, i to jest elektryzujące. Chciałabym owinąć drugie ramię wokół jego i przytulić go mocno, ale to byłoby śmieszne. Tylko dlatego, że przystojny miliarder jest również troskliwy i uprzejmy, nie daje mi prawa, by trzymać się go jak małe dziecko trzymające się rodzica w nieznanej sytuacji.

Rozglądam się, gdy wchodzimy do budynku, ale nigdzie nie widzę Jeffa. Myślę, że wrócił do swoich przyjaciół. Pan Merriweather przyciąga dużo uwagi, gdy przechodzimy przez imprezę. Ludzie chcą jego uwagi. Jest uprzejmy, ale nie zatrzymuje się, dopóki nie dotrzemy na drugi koniec dużego pokoju. Następnie przepycha się przez drzwi, których nawet nie zauważyłam, i nagle jesteśmy w innym pomieszczeniu, a dźwięki za nami zanikają. Biorę głęboki oddech, zdając sobie sprawę, że to apartament - duży salon przed nami, a po drugiej stronie pokoju ogromne łóżko z baldachimem.

Nie jesteśmy jednak sami. Jest tam kobieta, ubrana w piękną suknię w kolorze szampana. Na jej twarzy maluje się przyjazny uśmiech.

„Cindy, właśnie się dowiedziałem, że pani Thompson nie mogła do nas dołączyć na kolację. Czy mogłabyś dopilnować, aby jak najszybciej przyniesiono jej najlepszy stek, jaki mamy? Świeżo przygotowany, oczywiście.”

„Tak, panie Merriweather,” mówi z błyskiem w oku.

Następnie zwraca się do mnie. „Lubisz stek, prawda?”

Kiwam głową. „Dziękuję.”

Cindy wychodzi z pokoju, a my zostajemy sami. „Proszę, usiądź,” mówi, wskazując na kanapę. Siadam, ale on do mnie nie dołącza. Czuję się nerwowa pod jego ciężkim spojrzeniem. Mój szal zsuwa się trochę, więc go poprawiam. Wcale nie jest tu zimno, ale pamiętam, co Jeff powiedział o tym, jak obsceniczna jest moja sukienka. Nie zdawałam sobie sprawy, że widać tak dużo dekoltu. Patrzę w dół. Nadal nie rozumiem, dlaczego mój mąż jest tak zdenerwowany tą sukienką. Kiedy znowu podnoszę wzrok, oczy pana Merriweathera również są skierowane na mój dekolt. Odwraca wzrok, gdy tylko zauważa, że na niego patrzę. Prawie się uśmiecham; w przeciwieństwie do niektórych mężczyzn, którzy gapią się na piersi kobiety, wydaje się, że po prostu podążał za moimi oczami. Ale nawet jeśli nie, i faktycznie mnie oglądał, z jakiegoś powodu mi to nie przeszkadza. W końcu to nie ma znaczenia. Jestem mężatką, a on jest najbardziej pożądanym kawalerem w naszym mieście, może nawet w całym kraju.

„Mogę ci coś przynieść do picia?” pyta mnie.

Nie mogę sobie wyobrazić, żeby ten miliarder, który jest przyzwyczajony do tego, że inni ludzie obsługują go na każde skinienie, przynosił mi cokolwiek, ale jestem spragniona i zdecydowanie przydałby mi się alkohol, żeby się odprężyć. „Pewnie…” mówię.

Idzie do barku i wraca chwilę później z kieliszkiem czerwonego wina. „To powinno dobrze pasować do twojej kolacji.”

Biorę kieliszek, a nasze palce delikatnie się stykają, co wywołuje dreszcze na moim kręgosłupie. Prawie wylewam wino. „Dziękuję,” udaje mi się powiedzieć.

Braxton Merriweather uśmiecha się do mnie, a ja czuję, jak moje wnętrzności płoną.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział