Apartament typu Suite

Braxton

Julia Thompson jest oszałamiająca i nie mogę oderwać od niej oczu. Wiem, że powinienem być bardziej dyskretny. Patrząc na nią, jak siedzi nerwowo na sofie w prywatnym apartamencie, który mam tuż obok głównej sali balowej w moim kompleksie mieszkaniowym, chcę zapomnieć, że po drugiej stronie dźwiękoszczelnych drzwi mam kilkuset gości, w tym jej męża. Chcę powiedzieć Cindy, żeby nie zawracała sobie głowy stekiem, że dam Julii wszystko, czego potrzebuje.

Nie mogę jednak tego zrobić, przynajmniej na razie. Byłoby niemoralne z mojej strony podrywać tę zamężną kobietę – chyba że, oczywiście, jej mąż by to zaakceptował – i ona też. Myślałem o tym, co mogę zrobić, aby Jeff Thompson zrozumiał, że nie jest godny swojej żony, ale jest takim aroganckim dupkiem, że chyba jakoś doszedł do wniosku, że jest dla niej zbyt dobry. Wkrótce przypomnę mu, że jest nikim, że jest nieistotnym pionkiem i że cała jego kariera istnieje tylko dlatego, że nie obniżyłem kciuka i nie zmiażdżyłem go jak robaka.

Julia widzi, że na nią patrzę. Spuszcza wzrok, a ja robię to samo. Jej mąż oskarżył ją o pokazywanie zbyt dużego dekoltu. Z mojego punktu widzenia, prawie nic nie pokazuje, z pewnością nie za dużo; prawdopodobnie za mało. I naprawdę patrzę.

Ale kiedy widzi, że to robię, odwracam wzrok, starając się zachować status dżentelmena – na razie.

Podaję jej drinka. Nasze palce się stykają. Czuję, jak elektryczność pulsuje przez moje ciało. Chcę tej kobiety. Chcę jej teraz.

Nie mogę jej jednak mieć – jeszcze nie.

„Cindy powinna zaraz wrócić,” mówię, starając się brzmieć nonszalancko.

„Okej. Dziękuję.” Jest nerwowa. Oblizuje dolną wargę, a ja chciałbym móc nachylić się i zrobić to samo. Zamiast tego kręcę się przy drzwiach. „Nie musisz tu ze mną zostawać,” mówi, jakby była nieistotna. Nie jestem jej mężem. Nie uważam jej za mniej niż wartą mojego czasu.

„Nie przeszkadza mi,” mówię do niej, w końcu siadając na skraju kanapy. Trzymam dystans od niej nie dlatego, że uważam ją za odpychającą. Wręcz przeciwnie, jestem do niej przyciągany jak magnes. „Czym się pani zajmuje, pani Thompson?”

„Julia, proszę,” mówi szybko. „Jestem... gospodynią domową.” Wydaje nerwowy chichot, jakby myślała, że bycie gospodynią domową jest zabawne, albo znów, nieistotne.

„Lubi pani być gospodynią domową?” pytam ją.

Jej oczy biegają w przód i w tył, z boku na bok, szybko, szukając właściwej odpowiedzi. Nie ma właściwej odpowiedzi dla mnie – tylko prawda. Ona tego nie wie. Myśli, że powinna być, mówić lub robić coś innego niż to, co jest dla niej naturalne, bo tyle razy słyszała, że jest w błędzie. „Lubię... sztukę,” mówi w końcu z uśmiechem.

Uśmiecham się do niej. Chcę, żeby wiedziała, że uwielbiam, że lubi sztukę. „Jest pani artystką?” pytam ją zachęcającym tonem.

Wzrusza ramionami. „Chciałabym być, chyba. Ale... nie mam na to czasu.”

Po sposobie, w jaki wypowiada te ostatnie słowa, widać, że to nieprawda. Ma mnóstwo czasu, prawdopodobnie za dużo czasu. Ma więcej czasu, niż wie, co z nim zrobić, i chciałaby go wykorzystać na swoją sztukę, ale nie może. Bo nie wolno jej.

Jeff Thompson to okropny dupek, i chcę go złamać na pół.

Zanim zdążę dać jej znać, jak bardzo jestem wściekły na jej dupkowatego męża, Cindy wraca z jej posiłkiem, a ja mam ochotę zostawić ją samą. Wstaję, gdy Cindy podnosi klosz. „Wrócę,” zapewniam ją, nie określając, kiedy, bo wiem, że będę zajęty rozmowami z ludźmi, z którymi nie chcę rozmawiać.

„Dziękuję, panie Merriweather,” mówi Julia, zanim jeszcze kroi stek.

Jestem już przy drzwiach, ale zatrzymuję się i odwracam, by na nią spojrzeć. Uśmiecham się. Nie mogę się powstrzymać. Jest taka cholernie piękna. „Braxton,” mówię do niej. Uśmiech Julii się poszerza, a jej policzki robią się różowe. Wiem, że nie nazwie mnie tak, jeszcze nie, ale mam nadzieję, że niedługo będzie krzyczeć moje imię w szale namiętności.

Odwracam się i wychodzę, zanim całkowicie stracę głowę, moje stopy niosą mnie przez tłum, szukając jednego człowieka, i tylko jednego: Jeffa Thompsona.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział