Rozdział 1
MIA
W dniu mojego ślubu, kobieta w sukni równie białej i czystej jak moja, wkroczyła do mojego pokoju dla panny młodej.
Sądząc po jej postawie, była to kobieta, która przeczytała każdą książkę o etykiecie, jaka kiedykolwiek została napisana. Musiała przeczytać rozdział, który mówił, że nigdy nie wolno nosić białego na cudzym ślubie.
Zrobiła to celowo.
Musiałam przyznać, że była oszałamiająco piękna. Kruczoczarna włosy, wysokie kości policzkowe, czerwone usta w kolorze trucizny. Ale w chwili, gdy przemówiła, jej słowa były dalekie od przyjemności, jaką sprawiała jej uroda.
„Więc,” powiedziała, rzucając mi szerokie, oceniające spojrzenie. „Jesteś tą 'dziewczyną wyrzutkiem'.”
Określenie 'dziewczyna wyrzutek' uderzyło jak policzek. To było, co członkowie stada szeptali za moimi plecami, gdy myśleli, że nie słyszę. Przypomnienie o mojej nieznanej przeszłości i wątpliwym statusie paliło mnie.
Jednak to była prawda, byłam wyrzutkiem, gdy poznałam Dereka, mojego Alfe przeznaczonego partnera. Nie należałam do tego, ani żadnego stada.
„Tak, jestem Mia,” odpowiedziałam, zmuszając usta do przyjemnego uśmiechu. „Partnerka Dereka.”
Pierwsze spojrzenie przed ceremonią, pierwszy raz, gdy Derek zobaczy mnie ubraną jako jego pannę młodą - jako nową Lunę stada Srebrnego Pazura - było tylko kilka minut stąd. Miałam stać się Luną jednego z najpotężniejszych Alf w istnieniu.
Musiałam zachować spokój, grację, być ponad małostkowymi obelgami, nawet gdy moja wilczyca warczała w środku, namawiając mnie, bym pokazała tej kobiecie, do czego zdolna jest 'dziewczyna wyrzutek'.
Zanim zdążyłam zapytać, kim była ta kobieta, głos dobiegł z drzwi.
„Cassandra!”
Caroline i Joe, Beta stada Srebrnego Pazura, weszli za nią.
Caroline podeszła do przodu i pocałowała kobietę - Cassandrę - w policzek. Chwyciła obie ręce Cassandry i trzymała je, aby mogła zobaczyć jej cały strój, zachwycając się nią, jakby była panną młodą.
„Oszałamiająca, jak zawsze,” zachwycała się Caroline.
Joe uśmiechnął się złośliwie, jego wzrok przesunął się na mnie, jakby wyzywając mnie do reakcji. „Anielska,” powiedział. „Jak sama Bogini Księżyca.”
Cassandra chłonęła komplementy, a potem jej oczy spoczęły na mnie, ostre i oceniające. Powolny uśmiech zakrzywił jej usta, zanim przechyliła głowę w udawanej ciekawości, zanim odwróciła się z powrotem do Caroline.
„Czy mogłabyś mnie przedstawić?” powiedziała.
Joe chrząknął. „Mia, to jest Cassandra Laurent. Jest córką Alfy Laurenta z Wschodniego Grzbietu.”
„Cassandra jest jedną z naszych najstarszych przyjaciółek,” wyjaśniła Caroline, protekcjonalnie.
Wiedziałam, że Joe i Caroline nigdy mnie nie lubili. Czy Cassandra była tylko kimś, kogo Joe i Caroline zaprosili, aby upewnić się, że nie będę mogła cieszyć się swoim wielkim dniem?
Sięgnęłam, by dotknąć małej blizny na moim brwi - nerwowy tik - ale opuściłam rękę, gdy zobaczyłam, że oboje patrzą.
Zmusiałam się do odprężenia. Nauczyłam się kontrolować swoje emocje dawno temu, prezentować się jako godna. Może nie pamiętałam, jak nauczyłam się tej lekcji, ale nie przestanę tego robić dzisiaj, z wszystkich dni.
Podniosłam podbródek, wygładzając wyraz twarzy na coś grzecznego. „Witaj, Cassandro,” powiedziałam, mój głos był równy. „Cieszę się, że do nas dołączyłaś.”
„Zaraz będziemy mieć Pierwsze Spojrzenie,” powiedziała Caroline do kobiety. „Tuż za tym pokojem.” Wskazała na korytarz tuż za pokojem, w którym czekałam. „Derek zaraz tu będzie.”
„Och!” powiedziała Cassandra. „Nie zdawałam sobie sprawy, że wpadłam na coś tak ważnego! Szukałam łazienki. Nie chciałam się zachować jak wyrzutek.”
Na słowo „wyrzutek” rzuciła mi spojrzenie, jej oczy były ostre.
Znowu to było, to słowo, jak ostrze wślizgujące się między moje żebra. Wypuściła cichy śmiech, a Beta zaśmiali się razem z nią.
Gorąco przepływało przez mnie. Ten etykietka. Wieczne przypomnienie, kim byłam dla nich. Kim byłam dla stada.
Bezdomna. Outsiderka. Ta, którą ledwie zaakceptowali, nawet po miesiącach udowadniania swojej wartości.
Przełknęłam ślinę, zmuszając się do spokoju. Derek mnie wybrał - przeznaczony partner czy nie, i pracowałam, aby zasłużyć na swoje miejsce. Nie pozwolę jej mnie zachwiać.
„Jakie to szczęście, że nas znalazłaś,” powiedziałam słodko.
Jej brwi uniosły się, jakby zaskoczona moją odpowiedzią. Przez chwilę w pokoju panowała cisza, napięcie było gęste między nami. Potem, jakby znudzona rozmową, Cassandra westchnęła i odwróciła się.
„Czy możemy iść?” powiedziała, zwracając się do Joe i Caroline.
Nie czekając na moją odpowiedź, poprowadzili mnie do małej sali, gdzie czekał Derek. Szłam za nimi, trzymając ramiona prosto i stawiając kroki z namysłem. W środku skręcało mnie w żołądku z niepokoju.
Sala ceremonii została przekształcona na tę okazję, każda powierzchnia w budynku była przystrojona w biel i srebro. Kwiaty były wplecione w każde dostępne miejsce, świece migotały na krawędziach pomieszczenia.
Spodziewałam się, że pokój będzie prawie pusty, oprócz fotografa i mojego narzeczonego - sama ceremonia ślubna miała się odbyć w wielkiej sali na tyłach budynku - ale stado Silverclaw zebrało się tutaj, ich szepty tworzyły niski szum, czekając. Bez wątpienia zostali zaproszeni przez Dereka, swojego Alfę.
„Czy możesz uwierzyć, że nikt z całego stada Moonstone się dzisiaj nie pojawił?” usłyszałam, jak jeden z nich mruczy do wilkołaka stojącego obok niego.
„Niewiarygodne,” jego przyjaciel pokręcił głową. „Czy przynajmniej wysłali prezent?”
Pierwszy mężczyzna prychnął. „Lepiej, żeby to był ładny prezent,” powiedział. „Stado może być w żałobie tylko przez jakiś czas. Nie obchodzi mnie, że stracili córkę Alfy. Nie pojawienie się dzisiaj, kiedy wszystkie inne stada są reprezentowane?”
„Obraza,” potwierdził jego przyjaciel.
Prawie każde stado było tutaj, co świadczyło o statusie Dereka. Tylko stado Moonstone było nieobecne. Krążyły plotki, że wciąż opłakują swoją córkę, która zaginęła i prawdopodobnie zmarła rok temu.
Chociaż uważam, że tragedia zasługiwała na trochę więcej współczucia, ich nieobecność wyraźnie nie przypadła do gustu naszemu stadu. W końcu stado Moonstone było wrogami Silverclaw od pokoleń.
Oczyściłam gardło i obaj spojrzeli na mnie z zaskoczeniem, odsuwając się, bym mogła wejść do pokoju.
To był mój moment, pomyślałam i wzięłam głęboki oddech.
Ale wszystkie oczy były skierowane na Cassandrę.
Przemieszczała się łatwo przez tłum, otoczona ludźmi, którzy patrzyli na nią z wygodną znajomością. Uśmiechali się, śmiali, witali ją jakby była panną młodą, jakby była Luną. Łatwość, z jaką akceptowali jej obecność, sprawiła, że zaczęłam się zastanawiać, czy jest w niej coś więcej.
Wtedy wszedł Derek.
Nawet przez mgłę mojej frustracji i niepokoju, wstrzymałam oddech. Był oszałamiająco przystojny w swoim czarnym garniturze, jego ciemne włosy z tą srebrną smugą nad prawym okiem opadały mu na czoło dokładnie tak.
Usłyszałam klik i szum aparatu fotografa robiącego zdjęcia.
Stoicki, surowy wyraz twarzy Dereka złagodniał na ułamek sekundy, gdy mnie dostrzegł. Jego usta lekko się rozchyliły, a w jego spojrzeniu coś mignęło - głód, rozpoznanie.
Pożądanie.
Też to czułam. Przyciąganie. Więź.
Była tam od tego fatalnego dnia, kiedy się poznaliśmy. Kiedy znalazł mnie na granicy ziem swojego stada - zbłąkaną wilkołaczkę bez pamięci.
Ciepło rozlało się po mojej piersi, przypominając o więzi między nami. Mój towarzysz. Wybrany przez samą Boginię Księżyca.
Ale wtedy Cassandra zrobiła krok naprzód.
Wyraz twarzy Dereka zmienił się, jego postawa zesztywniała, gdy zarejestrował jej obecność. Jego spojrzenie prześlizgnęło się po jej sukni, coś nieczytelnego przemknęło przez jego twarz.
Zaskoczenie. Może niepewność. I coś jeszcze, coś łagodniejszego.
Ścisnęłam bukiet kwiatów mocno w dłoniach.
„Derek,” zamruczała Cassandra, podchodząc do niego, przyjazna i znajoma. „Minęło dużo czasu.”
Derek zwrócił się do swojej przyjaciółki i przemówił do niej, słów nawet moje wyostrzone wilcze uszy nie mogły wyłapać.
Z mojego łokcia dobiegł głos. Joe.
„Zawsze myślałem, że to będzie ich ślub,” powiedział. Odwróciłam się, by na niego spojrzeć, a jego wzrok spoczywał na Dereku i Cassandrze. „Przysięgli sobie, dawno temu, że oznaczą tylko siebie.”
Zesztywniałam.
Oznaczanie - święty akt między towarzyszami, łączący ich na zawsze.
Spojrzałam z powrotem na Dereka. Jego oczy wciąż były na Cassandrze.
Myślałam, że Cassandra była tylko kolejną kobietą, która niechętnie przyjęła moją obecność jak wszystkie pozostałe. Ale teraz, patrząc na sposób, w jaki ludzie na nią patrzyli, sposób, w jaki Derek z nią rozmawiał, intymnie i miękko - zdałam sobie sprawę, że się myliłam.
Chociaż Bogini Księżyca wybrała mnie na jego towarzyszkę, Derek, jak się wydaje, dawno temu wybrał ją.
A teraz była tutaj, stojąc śmiało na naszym ślubie - jak burza, której nigdy nie widziałam nadchodzącej.
