Rozdział 2

MIA

Cassandra wyciągnęła rękę i położyła dłoń na ramieniu Dereka. Wilk we mnie, Nox, warknął. Ale uspokoiłam ją i zapanowałam nad sobą z niezłomnym przekonaniem.

Zrobiłam krok do przodu, prostując kręgosłup, stojąc prosto, otulając się iluzją odwagi i godności. Wilki z watahy Dereka jeszcze nie widziały we mnie swojej Luny, a ja nie zamierzałam dawać im satysfakcji, pokazując, jak bardzo nagle poczułam się niepewna, jak zagrożona.

Joe stanął obok mnie, jego oczy zwęziły się, jakby widział we mnie swoją ofiarę.

"Są razem od dzieciństwa, Mia," powiedział. Nie próbował być subtelny ani cichy. Wszyscy w pokoju mogli go usłyszeć.

"Gdyby nie śmierć ojca Dereka, gdyby Derek nie musiał zostać tutaj i przejąć rolę Alfy-"

"Joe," ostrzegł Derek, jego głos ostry jak brzytwa.

Ale Joe mówił dalej, każde jego słowo było jak igła, która zdawała się przebijać moją skórę.

"Mieli wyjechać w podróż," kontynuował. "Derek i Cassandra. Dookoła świata. Planowali to od lat."

Caroline wślizgnęła się, by wesprzeć swojego partnera. "To prawda," powiedziała, łącząc swoje ramię z ramieniem Joe. "Wszyscy wiedzieliśmy, co to oznacza. Podróż zaręczynowa."

Derek wyglądał na wściekłego, ale na policzkach Cassandry pojawił się uśmiech, jak u węża.

"Gdyby Derek nie musiał zostać tutaj i zająć się wszystkim, co się stało, pojechaliby na tę podróż i nigdy by się nie rozdzielili," kontynuował Joe. "To było tymczasowe rozstanie. Ten dzień ślubu miał być ich dniem."

Derek warknął, dźwięk niski i groźny. Zauważyłam, że Cassandra odsunęła się od niego o krok.

"Gdybyśmy nie stracili jego ojca, naszego Alfy, ty," splunął, "samotniczko... nigdy nie miałabyś szansy."

Poczułam, jak podłoga chwieje się pod moimi stopami.

Moje palce zacisnęły się wokół bukietu, płatki zgniotły się pod moim uściskiem. Słyszałam wcześniej, jak członkowie watahy wspominali Cassandrę.

Ale to? To było coś, czego nigdy mi nie powiedział.

Spojrzałam na Dereka, szukając jakiegokolwiek znaku zaprzeczenia. Jego szczęka była zaciśnięta, ale nic nie powiedział.

Matka Dereka wyszła do przodu. Kiedyś wielka Luna Silverclaw, kobieta, która wzięła mnie pod swoje skrzydła i nauczyła mnie, jak prowadzić watahę przez ostatnie kilka miesięcy, która była tak pod wrażeniem, jak szybko wszystko przyswajałam, starała się rozładować napięcie.

"Mia i Derek zaraz się pobiorą," przypomniała zgromadzonej watasze, jej głos był ciepły, ale stanowczy. "Dajmy im trochę prywatności."

Odwróciłam się, aby posłać jej wdzięczne spojrzenie, ale już prowadziła zgromadzony tłum z sali. Zamiast tego zwróciłam się do Dereka.

Chwila rozciągnęła się między nami, niewypowiedziane słowa unosiły się w powietrzu. Cassandra zwlekała, jej oczy były utkwione w twarzy Dereka, zanim w końcu się odwróciła i wyszła z pokoju, zabierając ze sobą resztki mojej pewności siebie.

Gdy zostaliśmy sami, zmusiłam się, by spojrzeć Derekowi w oczy.

"Dlaczego mi nie powiedziałeś?" Mój głos zabrzmiał pewniej, niż się czułam.

Derek powoli wypuścił powietrze, pocierając twarz dłonią, zanim odpowiedział.

"Bo to nie ma znaczenia. Wybrałem ciebie."

Chciałam mu uwierzyć. Chciałam pozwolić, by ta chwila minęła i pozwolić sobie ponownie wciągnąć się w ekscytację naszego ślubu.

We mnie, mój wilk wołał do jego. Zbliżyłam się, składając delikatny pocałunek na jego ustach.

Przez chwilę wahał się - wystarczająco długo, by wątpliwości wkradły się - ale potem odpowiedział, jego dłonie uchwyciły moją talię, jego pocałunek pogłębił się. Więź między nami rozbłysła, rozpalając ciepło w mojej piersi. To było wystarczające.

Musiałam uwierzyć, że to wystarczy.

Ale słowa Cassandry - i Joe - echem odbijały się w mojej głowie.

W pokoju do przebierania ledwo miałam czas na złapanie oddechu, zanim ją zobaczyłam.

Kassandra. Czekała na mnie.

  • Kassandra - powiedziałam, bardziej pewnie niż się czułam. Nie chciałam, żeby wiedziała, jak bardzo jej obecność mnie wytrąciła z równowagi.

Sięgnęłam do kieszeni, którą miałam wszytą w suknię ślubną, i dotknęłam ukrytego tam medalionu, przesuwając palcami po jego gładkich płaszczyznach i twardych krawędziach. Był moim talizmanem od czasów, gdy wędrowałam po pograniczu jako łotr.

  • Nie zasługujesz na Dereka - powiedziała bez zwłoki, jej głos był jak jedwab owinięty wokół sztyletu.

  • Teraz, gdy wróciłam, nie będzie dla ciebie miejsca. Jestem pewna, że zgromadziłaś bogactwo Silverclaw, odkąd Derek cię przyjął. Każdy łotr by to zrobił.

Przerzuciła ciemne włosy przez ramię i spojrzała na mnie, jakbym była czymś przyklejonym do spodu jej drogich butów.

  • Weź pieniądze i odejdź.

Mrugnęłam, zaskoczona. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby kraść od Dereka i stada Silverclaw. Łotr czy nie.

Powoli we mnie narastała złość, zastępując niepokój, który wywołały jej słowa.

Uniosłam podbródek. - Jesteśmy przeznaczeni sobie - przypomniałam jej.

Przełknęła ślinę, a ja czułam, jak Nox we mnie uśmiecha się wilczo, zachęcając mnie. - Ani razu o tobie nie wspomniał - podniosłam bukiet kwiatów w rękach. - Przypomnieć ci, że to nasz dzień ślubu?

Kassandra poruszyła się niespokojnie na nogach.

  • Jesteś gościem, Kassandra - powiedziałam, prostując się. - To po prostu dobre maniery zaprosić byłą.

Kassandra zaśmiała się nisko i drwiąco, choć wyczuwałam w niej rosnące wątpliwości. Widziałam, jak na jej twarzy pojawia się maniakalna furia.

  • Tak myślisz? - Zrobiła krok bliżej, zapach drogiego perfumu drażnił w ciasnym pomieszczeniu. - To powiedz mi, jeśli miałby wybierać między nami, kogo by wybrał?

Otworzyłam usta, by odpowiedzieć, ale Kassandra poruszyła się, szybka jak żmija. Chwyciła parę nożyczek z toaletki - zostawionych tam po ostatnich poprawkach sukni ślubnej wcześniej tego dnia.

Byłam pewna, że zaraz mnie zaatakuje. Wściekłość Noxa ogarnęła mnie i warknęłam nisko w gardle.

To nie był gniewny, zagubiony warkot łotra. To był bojowy ryk Luny. Czułam, jak przepływa przez mnie fala siły.

Kassandra się zawahała, ale jej uchwyt na nożyczkach się wzmocnił, jej knykcie zbielały.

  • Odejdź - powiedziała, tracąc wszelką pozę arogancji w głosie. - On jest mój.

  • Bogini Księżyca mówi inaczej - powiedziałam, robiąc krok naprzód.

  • Zawsze był mój! - jej głos drżał od niepohamowanych emocji. - Zawsze będzie!

  • Odłóż nożyczki, Kassandra - powiedziałam spokojnym, stanowczym głosem.

  • Jeśli nie mogę go mieć, to...

  • Co zrobisz? - zapytałam spokojnie. - Skrzywdzisz mnie? Jak myślisz, jak zareaguje, gdy się dowie, że mi groziłaś? Gdy się dowie, że mnie skrzywdziłaś?

Stała przez chwilę niezdecydowana. A potem na jej twarzy pojawił się powolny uśmiech.

Ruszyła do drzwi prowadzących na korytarz, gdzie miała odbyć się nasza ceremonia. Słyszałam za nimi zgromadzony tłum, mamroczący bez wątpienia plotki o tym, co już się wydarzyło.

W rękach podniosła nożyczki i przecięła nimi własną suknię, delikatny biały materiał rozdarł się. Potem rzuciła nożyczki w moją stronę i z udawanym westchnieniem wybiegła z garderoby do wielkiej sali.

Rzuciłam się za nią.

  • Co... - zaczęłam mówić, ale wtedy wydała przeraźliwy, desperacki krzyk.

Wszystkie oczy w pokoju zwróciły się na nas, szokowane westchnienia odbijały się od elegancko udekorowanych ścian.

Zanim zrozumiałam, co zrobiła i dlaczego to zrobiła, było już za późno.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział