Rozdział 1 Klient

W chwili, gdy przekroczyłam próg Blackwood Tower, złożyłam sobie obietnicę: nie drgnę.

Nie byłam już kobietą wyprowadzaną z tego budynku we łzach, z ochroniarzem po każdej stronie, z odprawą, która przypominała pieniądze za milczenie. Pięć lat mnie zahartowało. Odbudowałam się od zera, cegła po cegle, aż pęknięcia przestały być widoczne.

Teraz byłam Avą Winters, właścicielką Ever After Events, najbardziej rozchwytywaną wedding plannerką w mieście. Moją zbroją była skrojona na miarę czarna sukienka, szpilki warte więcej niż mój pierwszy czynsz po rozwodzie, i uśmiech, który nie zdradzał niczego. Teczka z portfolio spoczywała pod moim ramieniem, ciężka od ciężaru setki idealnych ślubów, które zorganizowałam dla innych.

Nigdy dla siebie. Nigdy więcej.

Recepcjonistka poprowadziła mnie korytarzem pachnącym pieniędzmi i władzą. Szłam nim już kiedyś, gdy byłam na tyle głupia, by wierzyć, że tu pasuję.

Drzwi gabinetu się otworzyły, a ja weszłam do środka.

Okna od podłogi do sufitu kadrowały miasto w posiniaczonym zmierzchu. Pośrodku stało ogromne biurko, wyrzeźbione z ciemnego drewna, uporządkowane z lodowatą precyzją. Za nim, na fotelu wyglądającym jak tron, siedział Damian Blackwood.

Nie podniósł wzroku. Kciukiem przewijał ekran tabletu z nonszalancką arogancją człowieka przekonanego, że świat poczeka. Miał na sobie grafitowy garnitur, idealnie dopasowany — szyty na miarę, taki, który kosztuje więcej niż samochody większości ludzi. Szczękę zaciskał w tej znajomej, twardej linii.

Przestałam oddychać dokładnie na jedną sekundę.

Potem przypomniałam sobie obietnicę.

— Panie Blackwood. — Mój głos zabrzmiał pewnie. — Jestem Ava Winters. Dziękuję, że mnie pan zaprosił.

Podniósł wzrok.

Szare oczy. Chłodne, oceniające, zupełnie pozbawione rozpoznania.

Coś skręciło mi się w piersi. Nie znał mnie. Pięć lat zmieniło moje myszowate brązowe włosy w gładki blond. Straciłam miękkość świeżo poślubionej żony, która wierzy w bajki. Poruszałam się jak kobieta, którą złamano i złożono na nowo.

A jednak mnie nie znał.

— Pani Winters. — Odłożył tablet i wstał. — Słyszałem znakomite rzeczy o pani pracy.

— Zasłużyłam na nie.

Przez jego twarz przemknął cień rozbawienia. — Bezpośrednio. Doceniam to.

Wskazał krzesło, więc usiadłam. Skóra była maślano miękka, zaprojektowana tak, by goście czuli się jednocześnie mile widziani i pomniejszeni. Utrzymałam proste plecy.

Damian wrócił na swoje miejsce, przyglądając mi się jak arkuszowi kalkulacyjnemu. — Planuję ślub. Potrzebuję kogoś, kto potrafi dopiąć wszystko bez dramatu, bez przecieków do prasy i bez emocjonalnych teatrzyków.

— To moja specjalność. — Przesunęłam po jego biurku starannie wyselekcjonowany zestaw moich realizacji. — Prywatność moich klientów jest absolutna.

Rzucił okiem na zdjęcia. — Pani praca robi wrażenie.

— Wiem.

Tym razem rozbawienie nie zniknęło. — Nie jest pani onieśmielona.

— Powinnam?

Kąciki jego ust uniosły się. — Większość ludzi jest.

— Ja nie jestem większością ludzi.

Odchylił się na oparcie. — Ślub odbędzie się za sześć tygodni. Około trzystu gości. Chcę czegoś eleganckiego, stonowanego, ale zapadającego w pamięć. Panna młoda ma konkretne upodobania, ale ufam, że zdoła pani odpowiednio ustawić jej oczekiwania.

Panna młoda. Byłam na to przygotowana. Wmawiałam sobie, że to nie ma znaczenia. Ale usłyszeć, jak to mówi, było policzkiem, którego się nie spodziewałam.

— Oczywiście. Będę musiała spotkać się z wami obojgiem.

— Spotka się pani z Isabelle. — Jego ton zbył ją jednym ruchem. — Ona zajmie się estetycznymi szczegółami. Mnie interesuje realizacja.

Isabelle. Wyobraziłam sobie kobietę o idealnych włosach i z funduszem powierniczym, taką, jaką powinien był poślubić. Nie dziewczynę pracującą na trzech etatach. Nie żonę, którą odrzucił.

— Będę potrzebowała informacji o pańskiej dyspozycyjności — powiedziałam. — Lubię poznać oczekiwania obu stron.

Spojrzenie Damiana stwardniało.

— To, co sobie wyobrażam, to ślub, który mnie nie skompromituje. Już raz to przerabiałem. Źle się skończyło.

Mówił o naszym ślubie. O tej małej ceremonii w winnicy. O tym, jak patrzył na mnie, jakbym była jedyną rzeczą, która się liczy.

— Czytałam o pańskim poprzednim małżeństwie w prasie — skłamałam.

Jego szczęka się zacisnęła.

— W takim razie rozumie pani, dlaczego dyskrecja nie podlega negocjacjom.

— Rozumiem, że pewne sprawy lepiej zostawić pogrzebane.

Przez ułamek sekundy coś przemknęło mu w oczach. Cień. Wspomnienie. Potem zniknęło.

Wstał. Spotkanie dobiegło końca.

Odprowadził mnie do drzwi, rytuał władzy.

— Przejrzę pani ofertę i moja asystentka się odezwie.

— Z niecierpliwością czekam na współpracę, panie Blackwood.

Staliśmy na progu, kiedy pojawiła się jego asystentka.

— Panie Blackwood, samochód czeka. I jeszcze: dzwoniła niania. Potrzebuje potwierdzenia planu bliźniąt na przyszły tydzień. Jest konflikt z przymiarką Isabelle.

Bliźnięta. To słowo uderzyło mnie jak pociąg towarowy.

Damian machnął ręką.

— Nie teraz. Zajmiemy się tym później.

Asystentka wycofała się.

Nie mogłam się ruszyć. Miał bliźnięta. A przecież nigdy nie ożenił się ponownie. Sprawdzałam to. Wmawiałam sobie, że chodzi o to, by wiedzieć, czy poszedł dalej, ale prawda była okrutniejsza: chciałam wiedzieć, czy jest szczęśliwy. Czy wyrzucił mnie ze swojego życia na darmo.

A teraz bliźnięta.

Drzwi windy rozsunęły się. Damian skinął w jej stronę.

— Pani Winters?

Weszłam do środka i odwróciłam się, gdy drzwi zaczęły się zamykać.

— Dziękuję za poświęcony czas.

Skinął raz.

— Będę w kontakcie.

Drzwi się zamknęły, odcinając jego zimne, szare oczy i budynek, który kiedyś był moim domem.

Oparłam plecy o zimną ścianę windy, dłonie mi drżały.

Bliźnięta. Nie miał pojęcia, że dwie małe dziewczynki, które mówią do mnie „mamusia”, mają jego kruczoczarne włosy i jego przeszywające szare oczy. Nie miał pojęcia, że pięć lat temu wyszłam z tego budynku, niosąc w sobie jego dzieci, jego bliźnięta — i że nigdy się o nich nie dowiedział.

A teraz w jego życiu były inne bliźnięta.

Przycisnęłam dłoń do piersi, próbując uspokoić serce. Winda zjeżdżała w dół, niosąc mnie z powrotem do świata, który zbudowałam, gdzie byłam Avą Winters, konsultantką ślubną, samotną matką, kobietą, która poszła dalej.

Ale ja nie poszłam dalej. Ja przetrwałam. Planowałam. Czekałam na właściwy moment, by sprawić, żeby poczuł choć ułamek bólu, który mi zadał.

Teraz miałam nowe pytanie, na które nie umiałam odpowiedzieć: czyje bliźnięta były w jego życiu i dlaczego mój sekret nagle zaczął przypominać tykającą bombę?

Następny Rozdział