Rozdział 4 Inna kobieta

Przez kolejne trzy dni unikałam Damiana Blackwooda.

Nie całkiem, oczywiście. Odpowiadałam na e-maile. Przeglądałam umowy z lokalami. Wysłałam mu szczegółowy protokół dla mediów, który zatwierdził bez ani jednej poprawki. Profesjonalnie. Sprawnie. Wersja mnie, którą zbudowałam specjalnie dla takich klientów jak on.

Ale nie postawiłam stopy w Blackwood Tower. Nie pozwoliłam sobie zastanawiać się nad bliźniakami, o których wspomniała jego asystentka. Nie odpowiedziałam tak, jak powiedział: przypominasz mi kogoś.

Okłamywałam samą siebie w każdej z tych spraw.

W czwartek rano dostałam wiadomość od osobistej asystentki Isabelle. Pani Laurent chciałaby spotkać się dziś z panią na lunch, aby omówić swoją wizję ślubu. Dwunasta w Café Rosalie. Proszę o potwierdzenie.

Wpatrywałam się w ekran. Isabelle Laurent. Kobieta, która miała poślubić mojego byłego męża. Kobieta, która — jeśli słowa Damiana były jakąkolwiek wskazówką — nie miała pojęcia, że wchodzi w małżeństwo zbudowane na tej samej kruchej podstawie, która zawaliła się pode mną.

Odpisałam: Będę.

Café Rosalie było takim miejscem, gdzie jedna sałatka kosztowała więcej niż tygodniowy budżet większości ludzi na zakupy spożywcze. Białe marmurowe stoliki, świeże kwiaty na każdej powierzchni, kelnerzy poruszający się z bezgłośną precyzją dobrze opłacanych duchów. Przyszłam dziesięć minut wcześniej, wybrałam stolik przy oknie i zamówiłam wodę, której nie zamierzałam wypić.

Przeglądałam menu, kiedy czyjś głos przebił się przez cichy gwar rozmów.

— Musisz być Ava.

Podniosłam wzrok.

Isabelle Laurent była olśniewająca. Nie było na to innego słowa. Blond włosy opadające w idealnych falach, kości policzkowe ostre jak szkło, sukienka, która pewnie kosztowała więcej niż mój czynsz. Poruszała się jak ktoś, komu nigdy nie powiedziano, że jest niewystarczająca, kogo nigdy nie zmuszono, by poczuł się mały.

Usiadła naprzeciwko mnie z wyćwiczonym uśmiechem, który nie sięgał oczu.

— Mam nadzieję, że nie kazałam ci czekać.

— Wcale nie. — Zamknęłam menu i złożyłam dłonie na stole. — Dziękuję, że znalazła pani czas na spotkanie. Zawsze lubię poznać wizję panny młodej, zanim zacznę planowanie.

— Moja wizja jest prosta. — Skinęła na kelnera i zamówiła wodę gazowaną, nawet nie zerkając do karty. — Chcę, żeby ten ślub był wydarzeniem sezonu. Czymś, o czym ludzie będą mówić latami. Damian uważa, że przesadzam, ale nie rozumie, jak to jest być na moim miejscu.

Wypowiedziała jego imię tak, jakby do niej należało. Jakby było nagrodą, którą wygrała i zamierzała wystawić na pokaz.

Zachowałam obojętną twarz.

— A na jakim to miejscu?

— Wychodzić za mężczyznę, któremu już raz nie wyszło małżeństwo. — Wypuściła krótki śmiech, ale pod spodem brzmiała stal. — Wszyscy patrzą. Czekają, aż poniosę porażkę tak jak jego pierwsza żona. Więc ten ślub musi być idealny. Nie tylko piękny. Idealny.

Jego pierwsza żona. To byłam ja. Kobieta, która zawiodła.

Zastanowiłam się, jaką historię opowiedział jej Damian. Że byłam łowczynią pieniędzy? Kłamczuchą? Pomyłką, którą naprawił? Przez pięć lat zastanawiałam się, jak usprawiedliwiał to, co zrobił. Teraz wiedziałam. Po prostu przepisał historię, aż stałam się przestrogą.

— Rozumiem tę presję — powiedziałam ostrożnie. — Pracowałam z wieloma klientami, którzy są pod publiczną lupą. Moim zadaniem jest dopilnować, żeby wszystko przebiegło gładko, żeby mogła się pani skupić na tym, co najważniejsze.

— Najważniejszy jest odbiór. — Isabelle pochyliła się do przodu, ściszając głos. — Chcę, żeby każdy detal krzyczał elegancją i stabilnością. Żadnych szeptów o przeszłości Damiana. Żadnych porównań do niej.

Powiedziała to takim tonem, jakim ktoś mógłby powiedzieć: rak albo katastrofa.

Podniosłam szklankę z wodą i wzięłam powolny łyk. Ręka mi nie drgnęła. — Zapewniam panią, że jedyne, co mnie interesuje, to realizacja pani wizji. Nie wnoszę osobistych opinii do swojej pracy.

— Dobrze. — Odchyliła się na oparcie, usatysfakcjonowana. — Bo zrobiłam rozeznanie na pani temat, Avo. Pani prace są wyjątkowe. Obsługiwała pani już klientów z pierwszych stron. Wie pani, jak dochować tajemnicy.

Wiedziałam. Przez pięć lat dochowywałam największej tajemnicy w swoim życiu.

— Wiem — powiedziałam.

Isabelle przyglądała mi się przez chwilę; w jej wyrazie twarzy coś mignęło. Ciekawość, może. Albo podejrzenie. — Wie pani, nie taka panią sobie wyobrażałam.

— A jakiej się pani spodziewała?

— Kogoś starszego. Bardziej… korporacyjnego. — Przechyliła głowę. — Jest pani naprawdę uderzająca. Rozumiem, czemu Damian panią wybrał.

Te słowa uderzyły mnie jak lodowata woda. — To nie on mnie wybrał. Zostałam polecona przez byłą klientkę.

— Oczywiście. — Jej uśmiech wrócił, ale oczy pozostały czujne. — Nie chciałam niczego sugerować. Po prostu jestem spostrzegawcza. Zauważam różne rzeczy.

Nie podobało mi się, jak na mnie patrzyła. Jakbym była zagadką, którą próbuje rozwiązać.

— Skupmy się na ślubie — powiedziałam, wyciągając z torby notes. — Wspomniała pani, że chce, by to było wydarzenie sezonu. Proszę mi powiedzieć, jak to ma wyglądać w pani oczach.

Przez następne czterdzieści minut mówiła bez przerwy. Kwiaty z Amsterdamu. Pięciopiętrowy tort ze jadalnym złotym płatkiem. Suknia zaprojektowana przez couturiera, którego nazwisko kojarzyłam z magazynów, na które nie było mnie stać. Chciała kwartet smyczkowy na ceremonię, słynnego DJ-a na przyjęcie i pokaz fajerwerków, który wymagałby pozwolenia od miasta.

Wszystko zapisywałam. Zadawałam pytania. Uśmiechałam się.

Ale pod moją profesjonalną maską coś się przesuwało.

Isabelle Laurent nie była czarnym charakterem. Była kobietą, która próbowała kontrolować narrację, nad którą już zaczynała tracić panowanie. Chciała idealnego ślubu, bo przerażała ją myśl, że stanie się mną. Pierwszą żoną. Porażką.

Powinnam była jej współczuć.

Zamiast tego poczułam coś chłodniejszego. Coś, co próbowałam zakopać przez pięć lat.

Damian się nie zmienił. Wciąż żenił się z kobietami, których nie kochał, składał obietnice, których nie potrafił dotrzymać, zostawiał po sobie zgliszcza. A teraz w grę wchodziły dzieci. Jego bliźnięta. Te, o których wspomniała jego asystentka.

Musiałam się dowiedzieć, kim są te dzieci.

Kiedy lunch dobiegł końca, Isabelle podała mi teczkę ze zdjęciami inspiracji i listą żądań, które nie podlegały negocjacjom. — Będę oczekiwać cotygodniowych aktualizacji. I proszę trzymać Damiana z dala od kreatywnych decyzji. Wydaje mu się, że wie, czego chce, ale nie wie.

Wzięłam teczkę. — Odezwę się.

Wyszła pierwsza; jej obcasy stukały o marmurową posadzkę, a blond włosy łapały światło. Głowy odwracały się, gdy przechodziła. Ludzie szeptali. Była kobietą, która przyciągała uwagę, nie prosząc o nią.

Siedziałam przy stoliku jeszcze długą chwilę po jej wyjściu, wpatrując się w teczkę w swoich dłoniach.

W środku były zdjęcia ślubów wyglądających jak bajki. Białe róże. Kryształowe żyrandole. Panna młoda w chmurze jedwabiu i tiulu.

Ślub, którego nigdy nie dane mi było mieć.

Zamknęłam teczkę i dałam znak, prosząc o rachunek. Miałam pracę do wykonania. Miałam tajemnice do dochowania. A gdzieś w tym mieście Damian Blackwood wychowywał dzieci, o których nie wiedziałam nic.

Miałam zamiar się dowiedzieć dlaczego.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział