Rozdział 6 Nowy stażysta robotów
~Kael
Moja asystentka złożyła wypowiedzenie dokładnie o 7:12 rano.
Jakie są na to szanse?
Bez uprzedzenia. Bez planu przekazania obowiązków. Tylko zgrabny mail, który kończył się: Życzę firmie dalszych sukcesów.
Wpatrywałem się w ekran, aż słowa naprawdę zaczęły mi się rozmazywać, po czym zatrzasnąłem laptopa z hukiem — mocniej, niż było trzeba.
Akurat dzisiaj. Ze wszystkich dni.
W samym momencie, kiedy rada nadzorcza chciała poprawionych liczb, inwestorzy zaczęli krążyć, a dział prawny przysłał trzy oflagowane umowy jeszcze przed dziewiątą. Mój grafik nie był po prostu napięty — był duszący.
A ona po prostu wyszła.
Wcisnąłem interkom z większą siłą, niż było to konieczne. — Ethan, wejdź. Natychmiast.
Przyszedł szybko, ale nie był spokojny. Ethan pracuje ze mną wystarczająco długo, żeby wyczuwać atmosferę. Wszedł niepewnie i ostrożnie zamknął drzwi.
— Odeszła — powiedziałem, a mój głos był lodowaty i niósł ze sobą właściwe napięcie.
Ethan natychmiast zesztywniał. — Wiem.
— No to znajdź kogoś.
Jego szczęka drgnęła lekko. — Nikt nie chce tego stanowiska, proszę pana.
W skroni pulsował mi tępy ból; byłem czymś więcej niż zirytowany. — To nie jest program wolontariacki.
— Ja… to nie jest takie proste — powiedział ostrożnie. — Wszyscy wiedzą, jak wymagające jest to… biuro. Myślą, że—
— Nie obchodzi mnie, co myślą. — Mój głos uniósł się odrobinę, słowa wyszły ostrzej, niż zamierzałem, ale ich nie cofnąłem.
Cisza naparła między nami, a ja patrzyłem, jak w jego głowie obracają się tryby.
— My… mamy wewnętrzne oceny z zeszłego tygodnia — ciągnął Ethan. — Jest nowa referentka. Najwyższy wynik w każdej kategorii. Wydajna i bez żadnych dyscyplinarnych zastrzeżeń.
— Doświadczenie?
— Minimalne. Ale jest bystra.
Posłałem mu spojrzenie. Minimalne? Co ja mam z tym zrobić?
— I nie jest politycznie związana z nikim tutaj — dodał. — To może pomóc.
Potarłem skroń. Prawda, to akurat miało większe znaczenie niż doświadczenie.
— Dobrze — powiedziałem. — Przyślij ją.
Zawahał się. — Eee… będzie potrzebna korekta wynagrodzenia.
— Potrój je — rzuciłem, już skończony tą rozmową.
Ethan jednak mrugnął. — Ale… to przyciągnie uwagę.
— To niech przyciągnie.
Skinął raz głową, ale widziałem to w jego oczach — kalkulację. Jeśli ona zawiedzie, spadnie to na niego.
Dobrze.
— Przyślij ją za dziesięć minut — powiedziałem.
Kiedy wyszedł, podszedłem do szklanej ściany z widokiem na główną przestrzeń poniżej. Moje biuro zostało celowo tak zaprojektowane. Ja widziałem wszystko, ale oni nie widzieli nic.
Kontrola miała znaczenie.
Patrzyłem, jak Ethan podchodzi do biurka. Wyglądała na zaskoczoną, kiedy krótko rozmawiali. Zobaczyłem, jak powoli się prostuje, cofając ramiona, jakby szykowała się na uderzenie.
Ruszyła za nim w stronę windy pewnym, opanowanym krokiem.
W połowie korytarza obcas zahaczył jej o krawędź dywanika i potknęła się.
Nie dramatycznie, ale wystarczająco, by Ethan natychmiast złapał ją za ramię, żeby ją podtrzymać.
Prychnąłem.
Niewiarygodne.
Jeśli nie potrafi przejść korytarzem pod presją—
Szybko jednak się poprawiła. Skinęła lekko Ethanowi, jakby zbywała to zdarzenie. Znów wyprostowała kręgosłup i uniosła podbródek.
Interesujące.
Rozległo się pukanie, kiedy dotarli do moich drzwi.
— Wejść.
Weszła sama, a pierwsze, co zauważyłem, to nie była jej twarz. To było napięcie, które ją otaczało.
Tak wyraźne i gęste, że mógłbym przeciągnąć po nim pazurami.
Palce miała ciasno zaciśnięte na tablecie z logo mojej firmy. Knykcie pobielały, a usta były ściśnięte odrobinę zbyt mocno.
Kiedy uniosła wzrok, by spotkać się z moim, nie uciekła nim. Utrzymała kontakt. Wyglądało to jednak na wymuszone, jakby wkładała ogromny wysiłek w to, żeby nie odwrócić spojrzenia.
Parsknąłem w myślach. Świetnie. Wyglądała jak przestraszony królik.
Pozostałem stojąc za biurkiem.
— Zostajesz przeniesiona — powiedziałem.
Skinęła głową, ale dziwnie mi to nie pasowało. Chciałem usłyszeć jej głos.
— Słowa.
Zaczęła, jakby miała znów skinąć, ale w porę się powstrzymała, zanim się odezwała.
— Tak, proszę pana.
Jej głos był cichy, ale równy. Prawie.
Z bliska widziałem ledwie dostrzegalne drżenie, które tłumiła. Delikatne przenoszenie ciężaru z jednej stopy na drugą. To, jak kciuk raz przesunął się po krawędzi tabletu, jakby potrzebowała czegoś, czego mogłaby się uczepić, żeby się ustabilizować.
I irytowało mnie, że tak się wierci.
— Będziesz zarządzać moim grafikiem — ciągnąłem. — Filtrować połączenia, prowadzić korespondencję, koordynować spotkania. Odzywasz się tylko wtedy, kiedy to konieczne. Nie wcześniej.
Skinęła głową, po czym dodała ciche „tak”.
— Nie zgadujesz ani nie zakładasz. Jeśli nie masz pewności, pytasz. Prywatnie.
— Tak, proszę pana. — Jej spojrzenie mignęło w górę na sekundę, po czym natychmiast opadło.
Dlaczego tak bardzo się starała?
— Punktualność nie podlega negocjacjom. Jeśli o coś proszę, ma być zrobione natychmiast. Jeśli popełnisz błąd, naprawiasz go, zanim trafi na moje biurko.
Cichy oddech wymknął się spomiędzy jej warg w kontrolowanym westchnieniu. A może to był spazmatyczny wdech? Potem jej szczęka lekko się zacisnęła, jakby hamowała nerwy.
Mimo wszystko utrzymała kontakt wzrokowy.
Powoli obszedłem biurko. Z bliska napięcie było wyraźniejsze i coś we mnie drgnęło. Jej ramiona były wyprostowane, ale sztywne, a oddech odrobinę zbyt płytki.
Większość ludzi unikała patrzenia mi prosto w oczy albo bała się mojej obecności.
Ale ona. Patrzyła — i przegrywała. A jednak nie przestawała.
To było dziwne, ale mówiłem dalej.
— Nie będziesz mi się sprzeciwiać przy pracownikach — powiedziałem. — Nie będziesz powodować opóźnień. I nie powtarzam poleceń.
— Tak, proszę pana. — Tym razem odpowiedź padła szybciej.
Przyglądałem jej się przez dłuższą chwilę. Nie była słaba, ale też nie była pewna siebie.
A ja nie lubię takiej nieprzewidywalności i zmiennych, których nie uwzględniłem w kalkulacjach.
A jednak coś w jej odmowie spuszczenia wzroku irytowało mnie bardziej, niż gdyby to zrobiła.
— Rozumiesz, że to nie jest wygodne stanowisko? — sprawdziłem ją.
— Tak.
— A mimo to je przyjęłaś.
Przez moment zapanowała cisza, po czym—
— Tak.
Żadnego wyjaśnienia ani komentarza. Ona jest jakimś robotem czy co?
Warknąłem:
— Twoje stanowisko jest bezpośrednio na zewnątrz tego gabinetu. To twoje nowe biuro. Jeśli zawołam, reagujesz natychmiast.
Skinęła głową, nadal stojąc.
Zmarszczyłem brwi.
— Idź.
Ostrość mojego tonu ją spłoszyła; zawahała się na sekundę, zdezorientowana, po czym grzecznie skłoniła głowę i odwróciła się w stronę drzwi.
Kiedy szła do wyjścia, zauważyłem, jak jej palce raz się zaciskają i rozluźniają, jakby wypuszczała napięcie, które trzymała w sobie przez cały ten czas.
Wyszła na korytarz i usiadła dokładnie naprzeciwko mojego gabinetu.
Stąd widziałem ją wyraźnie. Nawet gdy powoli wypuściła powietrze, zanim otworzyła tablet.
Potem zaczęła pracować, ani razu nie podnosząc wzroku znad urządzenia. Zbyt skupiona.
Założyłem ręce na piersi, a moja irytacja wypełniła cały gabinet.
Jest dziwna i z jakiegoś powodu, którego nie potrafiłem nazwać… intrygująca.
Zobaczymy, jak długo wytrzyma.
