Rozdział 1 Brudny symbol zastępczy

„Bez znieczulenia” — głos Aidena Colemana przebił się przez telefon, lodowaty jak styczniowy wiatr. — „To jej kara za to, że jest nieczysta”.

Keira Lynn leżała na zimnym stole operacyjnym, z nogami rozchylonymi i przypiętymi pasami, patrząc z rozpaczą, jak lekarz podnosi lśniący skalpel.

Żeby udowodnić, że jest „czysta”, żeby odzyskać miłość męża, musiała znieść to piekło.

— Dobra, przestań udawać, że umierasz. To tylko prosty zabieg. — Matka Keiry, Martha Lynn, spojrzała na Keirę, gdy ta wyszła z sali operacyjnej blada jak ściana; w jej oczach nie było nic poza obrzydzeniem. — Wytrzyj te łzy. Zoey ląduje za godzinę i jeśli twoja żałosna mina zepsuje to przyjęcie, Aiden ci tego nie podaruje.

Aiden.

Na dźwięk tego imienia świeżo zszyta rana Keiry posłała przez jej ciało widmowe fale rozdzierającego bólu, jakby ktoś znów ją szarpał od środka.

Był jej mężem. Przez nieporozumienie w noc poślubną uznał, że jest puszczalska. Za każdym razem, gdy był niezadowolony, ciągnął ją do szpitala na tę upokarzającą „rekonstrukcję” błony dziewiczej.

Keira ciężko oparła się o zimną ścianę, twarz miała białą jak kartka. Nogi trzęsły jej się tak, że ledwo stała.

Nazwanie zabiegu naprawy błony dziewiczej, przeprowadzanego bez znieczulenia, „prostym” było naprawdę jak ponury żart.

Keira przygryzła wargę, aż poczuła smak krwi. — Jestem gotowa.

— No. — Martha prychnęła, podając jej płaszcz, żeby zakryć drżące ciało.

Keira poszła za Marthą do samochodu; każdy krok był torturą. Dla nich była tylko naczyniem. Workiem do bicia dla furii Aidena i kartą przetargową dla chciwości Marthy.

W aucie, w drodze powrotnej do rezydencji Lynnów, atmosfera była dusząca. Martha przez całą drogę wisiała na telefonie, dopinając na ostatni guzik, żeby media były gotowe przywitać powrót Zoey Lynn, kompletnie ignorując bladą twarz Keiry obok.

Kiedy dojechały, w rezydencji już wrzało jak w ulu.

— Zoey! Mój aniołku!

W chwili, gdy otworzyły się drzwi wejściowe, chłodna obojętność prysła i ustąpiła miejsca dzikiej radości. Martha rzuciła się do przodu, obejmując młodą kobietę wysiadającą z luksusowego sedana.

Zoey. Siostra Keiry, skarb rodziny Lynnów, ta, którą Aiden od początku chciał poślubić.

Zoey miała na sobie limitowaną Chanel, a jej spojrzenie prześlizgnęło się ponad ramieniem Marthy i zatrzymało na Keirze, która ledwo trzymała się na nogach, oparta o ścianę.

— Keira — Zoey uśmiechnęła się, ale ta słodycz nie dotarła do jej oczu. — Wyglądasz okropnie. Z którym facetem się wczoraj w nocy szlajałaś?

Twarz Marthy natychmiast pociemniała. — Widzisz? Nawet Zoey, ledwo wróciła do kraju, już wie o twojej brudnej reputacji. A teraz bierz jej bagaże i zanieś na górę!

Keira zacisnęła zęby, znosząc ból niżej. Podniosła ciężkie torby i weszła po schodach krok po kroku.

Za jej plecami niósł się śmiech szczęśliwej rodziny — rodziny, do której nigdy nie należała.

Ale prawdziwe upokorzenie dopiero miało się zacząć na kolacji.

Żeby przywitać Zoey, Aiden nie szczędził grosza i zarezerwował na wyłączność całą salę bankietową.

Keira stała w kącie holu, próbując wtopić się w cień. Miała na sobie zabudowaną pod szyję, długorękawną suknię, żeby ukryć siniaki na ciele i zimny pot na skórze.

– Jak poszła operacja?

Niski, okrutny głos wybuchł jej tuż przy uchu.

Aiden stał za nią, leniwie kręcąc w dłoni kieliszkiem szampana. Był oszałamiająco przystojny, a jednocześnie lodowato zimny.

– Aiden… – jej głos zadrżał. – Czemu tak bardzo mnie nienawidzisz? Nigdy cię nie zdradziłam.

– Zamknij się, ty parszywa kłamczucho – syknął, na tyle głośno, że goście obok bez trudu usłyszeli. – Twoja obecność to dla mnie największa zniewaga. Stoisz tu tylko przez Zoey. I nie myśl sobie, że jesteś moją żoną.

Wokół rozległy się chichoty. Keirę oblał rumieniec wstydu, jakby ktoś ją wychłostał na oczach wszystkich, do gołej skóry.

– Aiden! Nie pozwól, żeby taki śmieć zepsuł ci humor!

Pojawiła się Zoey w błyszczącej, srebrnej sukni, olśniewająca jak gwiazda na sylwestra. Wzięła Aidena pod ramię i posłała Keirze spojrzenie pełne wyzwania.

Aiden, jeszcze przed chwilą lodowaty, natychmiast zmiękł. – Masz rację. Nie jest tego warta.

Pociągnął Zoey na parkiet, zostawiając Keirę tylko z widokiem jego stanowczych pleców.

Keira poczuła, jak ktoś wbija jej nóż w serce—dziesięć tysięcy razy boleśniej niż ta operacja. Zachwiała się i ruszyła w stronę tarasu, łapiąc powietrze jak tonąca.

Osunęła się na ławkę w cieniu. Dopiero wtedy łzy w końcu popłynęły jej po policzkach.

Dlaczego? Zadawała sobie to pytanie tysiąc razy. Dlaczego nie potrafił zobaczyć prawdy?

Usłyszawszy zbliżające się kroki, Keira wstrzymała oddech, otarła łzy i przygotowała się, żeby odejść.

Z drugiej strony balkonu dobiegły znajome głosy.

– Aiden, tak strasznie za tobą tęskniłam. – To była Zoey.

Keira zajrzała przez przerwy między roślinami—Zoey tuliła Aidena mocno, a Aiden z czułością gładził ją po włosach.

– Ja też za tobą tęskniłem – w głosie Aidena brzmiała miękkość, jakiej Keira nigdy u niego nie słyszała. – Te trzy lata życia z Keirą to było piekło. Za każdym razem, gdy jej dotykam, robi mi się niedobrze.

– Wiem… – zamruczała Zoey. – Gdybym wtedy nie zachorowała, nie musiałbyś być zmuszony do ślubu z tą bękarcią, Keirą.

– Nieważne. To już prawie koniec. – Aiden uniósł podbródek Zoey, a jego ton znów stężał. – Keira to tylko zapchajdziura. Tymczasowe, brudne naczynie. Kiedy fuzja z rodziną Lynn będzie dopięta na ostatni guzik, zniszczę ją od razu. Zmuszę do rozwodu i wyrzucę z rodziny Colemanów jak żebraka.

W tamtej chwili świat Keiry rozsypał się na kawałki.

Czyli to nie chodziło o jej dziewictwo ani o jakieś nieporozumienie.

Nawet gdyby wyrwała sobie serce i położyła mu je w dłoniach, nawet gdyby przeszła niezliczone operacje, żeby udowodnić niewinność, i tak byłaby dla niego obrzydliwa—po prostu dlatego, że nie była Zoey.

Chciał ją zniszczyć?

Keira stała w cieniu, a jej płynące łzy wyschły w jednej chwili, jakby ktoś zgasił w niej ostatnie ciepło. Zastąpił je chłód, jakiego nigdy wcześniej nie czuła.

Patrząc, jak całują się w blasku księżyca, Keira uniosła kąciki ust w gorzkim, twardym uśmiechu.

– Chcesz, żebym wyszła z rodziny Colemanów jak żebrak? Aiden… skoro nie zostawiasz mi miejsca do życia, to idźmy wszyscy do piekła razem.

Odwróciła się i odeszła. Tym razem nie obejrzała się za siebie.

Następny Rozdział