ROZDZIAŁ 1

„Czy mogłabyś się uciszyć?”

„Nic nie powiedziałam.”

„No to przestań myśleć tak głośno.”

Usłyszałam, jak Mady westchnęła gdzieś za mną, ale moje oczy były skupione na tym, co miałam przed sobą.

Z sztywnymi i bolącymi palcami podniosłam mały pędzelek z palety i pochyliłam się do przodu, ignorując ból w dolnej części pleców.

Wstrzymując oddech, delikatnie przeciągnęłam pędzel po płótnie, pozwalając beżowej farbie akrylowej pokryć miejsca, gdzie wcześniej zaznaczyłam ołówkiem.

Wypuściłam długie, zrezygnowane westchnienie ulgi, gdy skończyłam ostatni pionowy ruch pędzla. „Skończyłaś? Mogę zobaczyć?”

Poczułam, jak obecność Mady wkracza za mną, gdy pochyliła się, żeby lepiej przyjrzeć się płótnu opartemu o ścianę, przed którym siedziałam.

„Carrie, to wygląda świetnie.”

„Nienawidzę malować rąk,” przyznałam, czując nagłą falę zmęczenia.

„Nie, naprawdę wygląda dobrze.”

Rzuciłam okiem na płótno, które było częściowo pomalowane, a częściowo zaznaczone ołówkiem. Stare zakurzone zdjęcie było przypięte na górze płótna, służąc jako przewodnik, jak obraz będzie wyglądał po ukończeniu.

„Jestem wykończona.”

„Nie rozumiem, czemu musiałaś siedzieć nad tym całą noc,” powiedziała Mady. „Mogłabyś malować po kawałku i skończyłabyś to stopniowo, zamiast pracować tylko w przypływach energii.”

„Wtedy maluję najlepiej,” upierałam się, wrzucając pędzel do plastikowego kubka z wodą.

Powoli zaczęłam schodzić ze stołka, na którym siedziałam przez godziny, wykręcając dłonie. Rozciągając ramiona za siebie i przed siebie, poczułam, jak mój kręgosłup strzela w kilku miejscach. Wypuszczając głęboki oddech, pochyliłam się, żeby złapać za łydki, jeszcze bardziej rozciągając plecy.

„Poza tym,” kontynuowałam, „muszę to skończyć na ich rocznicę pod koniec przyszłego miesiąca.”

Wstałam powoli, żeby jeszcze raz rzucić okiem na niedokończony obraz, który wkrótce miał być prezentem. Był to portret moich rodziców, jak szli do ołtarza, świeżo po ślubie.

Ona była w długiej, zwiewnej sukni ślubnej; jej welon powiewał za nią, a na twarzy miała promienny, młodzieńczy uśmiech. On był w prostym czarnym garniturze, maszerując pewnie, trzymając moją matkę za rękę. Podobny uśmiech rozjaśniał jego twarz.

Sięgnęłam nad sobą, żeby wyłączyć światło wiszące nad płótnem.

„Która godzina?” zapytałam, przecierając zmęczone oczy.

Mady spojrzała na zegarek.

„Prawie trzecia.”

Jęknęłam. „Idę spać,” powiedziała, ziewając. Czułam się strasznie winna. Miałyśmy skończyć ostatni sezon serialu, który oglądałyśmy przez ostatnie tygodnie, ale ja zanurzyłam się w malowanie.

„Przepraszam, Mady,” powiedziałam szczerze. „Nie chciałam się tak wciągnąć.”

„Nie ma sprawy. Udało mi się skończyć czytanie do procedury cywilnej, więc wszystko w porządku.”

Skrzywiłam się na myśl o obowiązkowej lekturze.

Mady była na pierwszym roku studiów prawniczych. Studiowała, żeby zdobyć tytuł doktora prawa, by zostać adwokatem, a pewnego dnia sędzią jak jej ojciec.

Ja z kolei byłam zadowolona z moim licencjatem z anglistyki. Pozwalał mi to żyć jako profesjonalna głodująca artystka, mimo że technicznie nigdy nie głodowałam, bo pracowałam jako bibliotekarka na pół etatu i nauczycielka sztuki w szkole podstawowej na pół etatu.

„O której jutro wyjeżdżamy?” zapytałam ją.

„Planuję być tam na dziesiątą.”

Skinęłam głową, gdy odwróciła się, by opuścić pokój.

„Do zobaczenia rano,” powiedziała. „Dobranoc.”

Gdy tylko wyszła i usłyszałam, jak drzwi do jej sypialni otwierają się i zamykają, jęknęłam i upadłam na łóżko.

Dziesiąta rano było zdecydowanie za wcześnie, biorąc pod uwagę, że była prawie trzecia, a ja dopiero miałam iść spać.

Na domiar złego, jeszcze nie spakowałam rzeczy, co oznaczało, że będę musiała wstać około dziewiątej, żebyśmy mogli wyjechać na czas. Zawsze sprawiałam, że się spóźnialiśmy, gdziekolwiek byśmy nie szli, i byłam zdeterminowana, żeby jutro rano tak się nie stało.

Mady i ja mieliśmy spotkać się z naszymi rodzicami w domu jej rodziny, aby pojechać z naszymi ojcami na konferencję. Jej ojciec był Alfą naszej watahy w południowym Oregonie, a mój ojciec był jego Betą. Oboje również reprezentowali Oregon w komitecie ds. wilkołaków na zachodnich Stanach Zjednoczonych. Co jakiś czas jeździli do Las Vegas na spotkania z innymi członkami komitetu.

Zazwyczaj te spotkania odbywały się dwa razy do roku, ale zdarzały się tak często, jak było to potrzebne. Ponieważ był dopiero maj, a to było już ich czwarte spotkanie w tym roku, miałam wrażenie, że w świecie wilkołaków i sprawach watahy dzieje się coś niestandardowego.

Jednak to spotkanie przypadało na długi weekend. Ponieważ Mady i ja podjęłyśmy decyzję, że potrzebujemy przerwy od szkoły i pracy, postanowiłyśmy dołączyć do naszych ojców na trzydniowy wypoczynek w Vegas.

Kiedy sięgnęłam, żeby wyłączyć lampkę, zauważyłam zaschniętą farbę akrylową na moich rękach. Zmęczona, pogodziłam się z faktem, że rano będę musiała wyprać pościel. Nie miałam nawet siły, żeby wejść pod kołdrę, zanim zasnęłam.

Wydawało się, że minęły tylko sekundy, zanim Mady otworzyła drzwi do mojej sypialni, mówiąc, żebym wstała.

"Jest prawie dziewiąta czterdzieści pięć," powiedziała. "Musimy wyjechać za piętnaście minut."

Szybko usiadłam, moje włosy opadły mi na twarz. "O cholera." Jęknęłam, widząc poranne promienie słońca wpadające przez okno. Zrzuciłam nogi z łóżka i wstałam. Mady zniknęła w korytarzu, gdy ja szybko podeszłam do szafy i w półśnie ściągnęłam torbę podróżną z najwyższej półki.

Chaotycznie ściągałam ubrania z wieszaków i pakowałam je do torby, po czym wyciągnęłam garść bielizny z szuflady i również wrzuciłam do torby.

Ledwo miałam czas, żeby uczesać włosy, związać je w kucyk i przebrać się z piżamy, zanim Mady zaczęła krzyczeć, że czas jechać.

"Sekundkę!" krzyknęłam, zakładając buty.

Zabrałam telefon z łóżka, wzdychając, gdy zdałam sobie sprawę, że zapomniałam go naładować w nocy. Wrzuciłam go do torebki razem z ładowarką, szkicownikiem i piórnikiem.

Rzuciłam ostatnie spojrzenie po pokoju, aby upewnić się, że niczego nie zapomniałam, i przypomniałam sobie, że nie wyprałam pościeli, jak planowałam. Wzruszyłam ramionami, zanim pobiegłam korytarzem.

"Masz koszulkę na lewą stronę," powiedziała Mady, patrząc, jak idę w stronę drzwi wejściowych. Spojrzałam w dół i zobaczyłam, że miała rację, więc wyciągnęłam ręce z rękawów, żeby ją odwrócić.

"Spakowałaś szczoteczkę do zębów?" zapytała.

"Tak, mamo."

"Pasta do zębów?"

Zatrzymałam się nagle, a Mady zaśmiała się, idąc za mną do naszego wspólnego mieszkania.

"Spakowałam," powiedziała, zamykając za nami drzwi wejściowe na klucz. Westchnęłam, wdzięczna, że przynajmniej jedna z nas okazała się odpowiedzialnym dorosłym.

To była krótka, pięciominutowa jazda od naszego mieszkania do dzielnicy, w której mieszkali nasi rodzice. Rodzice Mady mieszkali naprzeciwko moich, tak jak przez całe nasze życie.

Wciąż żywo pamiętam, jak obie matki mnie strofowały, bo nigdy nie patrzyłam w obie strony, zanim przechodziłam przez ulicę, żeby się bawić. Pamiętam też te czasy w liceum, kiedy pod osłoną nocy wymykałyśmy się do domów naszych przyjaciół.

Następny Rozdział