ROZDZIAŁ 4

Powtarzające się dźwięki rozbijania i mechanicznych awarii zaczęły odbijać się echem po całym pomieszczeniu, choć nie mogłem określić, z której strony dochodzą. Przez dźwięk wirujących maszyn i krzyków ludzi zauważyłem, że muzyka, która grała, gdy weszliśmy, przestała grać.

Ludzie teraz tłoczyli się do przodu, starając się jak najszybciej uciec.

"Musi być więcej niż jedno wyjście," powiedziałem do Mady.

"Zacznij szukać wyjścia ewakuacyjnego."

Przepychaliśmy się przez tłum, nasze oczy wytężały się, aby znaleźć czerwono świecący znak wyjścia na ścianach wokół nas.

Gdy mijaliśmy tych, którzy wciąż biegli w kierunku wejścia, wychwyciłem fragmenty ich gorączkowych rozmów:

"Szukają kogoś..."

"Myślę, że to federalni."

"Widziałeś tego gościa? Rzucił kołem ruletki w stół do blackjacka!"

Mady i ja wymieniliśmy spojrzenia, kiedy oboje usłyszeliśmy, co powiedziała ostatnia kobieta. Czy Bruce Banner przegrał zakłady i zmienił się w Hulka?

Wyróżnialiśmy się w tłumie przez kierunek, w którym szliśmy. Jeśli próbowaliśmy być niezauważeni, to totalnie nam nie wychodziło.

"Patrz!" powiedziała, wskazując wyjście na tyłach pomieszczenia.

"Tam są drzwi."

Skinąłem głową i zacząłem podążać za nią, gdy biegła w ich stronę.

"Zaczekaj, Mady!"

Chwyciłem ją za tył koszulki i pociągnąłem do tyłu, aby stanęła obok mnie, za automatem do gry.

W momencie, gdy byliśmy ukryci, obok przeszła grupa trzech mężczyzn.

"Powiedział, że zapach dochodzi stąd," powiedział jeden z nich.

"Nikt nie wychodzi, dopóki jej nie znajdziemy."

Spojrzałem na Mady tylko po to, by zobaczyć, że już na mnie patrzyła.

"Powiedział 'zapach'," zauważyła cicho. "To nie są federalni."

Pokręciłem głową, wciąż próbując to zrozumieć.

"Powiedział też 'ona'." wyszeptałem.

"Kogo oni mogą szukać?" Wzruszyłem ramionami, czując się nieswojo.

"Chodźmy stąd."

Mady skinęła głową na zgodę, gdy wychodziliśmy z naszej kryjówki.

Schylając się, aby nikt nas nie zauważył, szybko biegliśmy między automatami do gry i stołami karcianymi, starając się jak najszybciej dotrzeć do drzwi wyjściowych, zanim ktoś nas zobaczy. Gdy byliśmy już tylko kilka stóp od nich, telefon Mady zaczął dzwonić. Poczułem, jak serce mi zamiera, gdy zobaczyłem, że gorączkowo szuka go w torebce.

"Cholera, cholera, cholera," mamrotała.

"Kto trzyma dzwonek włączony?!" zapytałem z niedowierzaniem.

Spojrzałem jej przez ramię, aby zobaczyć, że kilka głów się odwróciło. Zostaliśmy zauważeni.

"Zapomnij o tym," powiedziałem szybko.

Odwróciłem się i pobiegłem jak najszybciej w kierunku drzwi wyjściowych, alarm pożarowy wył, gdy je otwierałem.

Prawie oślepiony przez światło słoneczne, gdy zdałem sobie sprawę, że jesteśmy na zewnątrz, zajęło mi kilka chwil, aby zorientować się, dokąd dalej iść.

Mady była tuż za mną, gdy wybiegłem na ulicę. Słyszałem, jak mężczyźni krzyczą za nami, każąc nam się zatrzymać.

"Musimy ich zgubić!" krzyknęła Mady.

No, oczywiście, pomyślałem.

"Znajdź basen lub fontannę." powiedziałem jej, gdy skręcaliśmy za róg. Pomyślałem, że może woda pomoże ukryć nasz zapach na tyle długo, żeby zmylić mężczyzn.

"Musimy dostać się przed hotel." powiedziałem, przypominając sobie fontannę, którą widziałem tamtego ranka.

Mając nadzieję, że tłum ludzi będzie wystarczającą tymczasową osłoną, zacząłem biec w kierunku, który, jak myślałem, prowadził do przodu hotelu, a Mady podążała za mną.

W końcu wyciągnęła telefon z torebki i jęknęła.

"To był mój tata," powiedziała, przykładając telefon do ucha, aby do niego oddzwonić.

"Serio?" zapytałem.

"Teraz nie jest czas na oddzwanianie na nieodebrane połączenia."

Gdy byliśmy przed hotelem, odwróciłem się, aby zobaczyć, że mężczyźni, którzy nas śledzili, nie mogli znaleźć, dokąd poszliśmy.

Prawdopodobnie nasz zapach został lekko zakryty przez tłum ludzi wokół nas. Rozglądali się szybko i wiedziałem, że nie minie dużo czasu, zanim znów go złapią.

"Tato!" krzyknęła Mady do telefonu.

"Musisz nas odebrać."

Jej oddech był krótki i panikujący, gdy kłóciła się z nim, mówiąc, że nie ma czasu na wyjaśnienia. Rozejrzała się, próbując zorientować się, gdzie dokładnie jesteśmy.

"Mady! Tutaj."

Pomachałem jej w stronę krzaków, palm i innych roślin otaczających dużą fontannę. Ukryliśmy się pod osłoną liści, otrzymując dziwne spojrzenia od wszystkich wokół nas. Na szczęście wydawało się, że jesteśmy ukryci przed wzrokiem mężczyzn, którzy nas śledzili.

Pociągnąłem ją za sobą, ciągnąc w stronę fontanny.

"Jesteśmy przy fontannie przed Mandalay Bay," powiedziała.

"Odbierz nas tutaj." Wskazałem fontannę, gdy na jej twarzy pojawił się zdezorientowany wyraz.

"Co się stało?" zapytała, przykładając palec do drugiego ucha, aby lepiej słyszeć ojca.

Gorączkowo wskazałem na fontannę, podczas gdy ona próbowała zrozumieć, co dokładnie słyszy.

"Twój zapach," powiedziałem jej. "Znajdą nas."

Odpędziła moją rękę, gdy próbowałem ją pociągnąć do przodu. Spojrzałem za siebie, widząc, że nasi prześladowcy stali tuż przed nami, oddzieleni od nas jedynie krzakami.

Odwracając się, popchnąłem Mady, obserwując, jak wpada do fontanny.

Szybko podążyłem za nią, upewniając się, że całkowicie zanurzyłem się w wodzie.

Na szczęście Mady była na tyle mądra, że nie krzyczała, gdy wynurzyła się na powierzchnię. Spojrzała na mnie gniewnie i zaczęła wytrząsać wodę z telefonu. Wskazałem jej, żeby się schowała, obserwując cienie, które wciąż przemieszczały się przed roślinami, które nas osłaniały.

Kilka męczących chwil minęło, zanim mężczyźni odeszli. Gdy w końcu to zrobili, wypuściłem długi oddech ulgi.

"Co on mówił?" zapytałem.

"Nie zdążył skończyć, zanim wysłałeś mnie na kąpiel," powiedziała. "Ale coś się wydarzyło na ich porannym spotkaniu."

"Nie słyszałaś, co to było?"

Pokręciła głową. "Mam nadzieję, że usłyszał, gdzie mu powiedziałam, że jesteśmy," powiedziała.

"Obawiam się, że bardziej powinniśmy bać się ochrony hotelu niż tych ludzi, którzy nas śledzili." Skinąłem głową, zdając sobie sprawę, że jeśli nas złapią w fontannie, wylądujemy w więzieniu.

Wyszliśmy ostrożnie z krzaków, oboje mokrzy, z ubraniami przylegającymi do ciał.

Starałem się ignorować oceniające spojrzenia, które otrzymywaliśmy, rozglądając się za ciężarówką mojego ojca.

Minęło kilka minut, zanim ciężarówka pojawiła się za rogiem, wjeżdżając na pas przeciwpożarowy. Mój ojciec ledwo zdążył zaparkować, zanim Mady i ja wskoczyliśmy na tylne siedzenie.

"Wszystko w porządku?" zapytali jednocześnie obaj ojcowie.

Mady i ja skinęliśmy głowami.

Gdy zaczęliśmy odjeżdżać, szukałem odpowiednich słów. Byłem zdenerwowany.

"Ścigali nas z kasyna," powiedziała Mady, wciąż ciężko oddychając. "Chyba potrzebuję inhalatora."

"Kto was ścigał?" zapytał jej ojciec z poważną miną.

Pokręciła głową. "Nie wiem, kim byli. Na początku myślałam, że to ochroniarze."

Zmarszczyłem brwi, słysząc, jak mówi "ochroniarze."

"Chwila, rozpoznałem jednego z nich." powiedziałem.

"Stał przed naszym hotelem zeszłej nocy, kiedy wróciliśmy z kolacji. Myślałem, że jest częścią ochrony."

"Najprawdopodobniej był," powiedział pan Reid.

"Był pewnie z innym Alfą, z którym mieliśmy się spotkać."

"Kto to jest?" zapytała Mady.

Mój ojciec westchnął. "Luca Ronan."

Zmarszczyłem brwi. "Kto to? Nigdy o nim nie słyszałem."

"Jest Alfą kilku watah na północy Montany."

"Kilku watah? Ma więcej niż jedną?" zapytała Mady.

"Cóż, technicznie rzecz biorąc, teraz tylko jedną," odpowiedział jej ojciec. "Z czasem zdobywał coraz więcej terytorium."

"Więcej terytorium?" zapytałem.

"Myślałem, że są wytyczne, których Alfy muszą przestrzegać, ograniczające populację każdej watahy."

"To właśnie o tym były nasze tegoroczne spotkania," odpowiedział mój ojciec.

"Nie jest zbyt współpracujący i nie rozumie, że łamie wiele zasad, ciągle przejmując kolejne terytoria."

"I nie wspominając już o liczbie Alf, Bet i ich rodzin, które zabił, aby dojść do tego miejsca," dodał ojciec Mady.

"Zabił?" zapytała Mady, unosząc brwi.

"Zmasakrował," odpowiedział mój ojciec.

"W ich własnych domach."

"Nie pojawił się na kilku ostatnich spotkaniach," powiedział ojciec Mady.

"W końcu przekonaliśmy go, żeby przyszedł na to. Nie wiedzieliśmy, że tu jest, aż do tego poranka."

"Nie rozumiem," powiedziała Mady. "Kogo szukał? Dlaczego jego ochroniarze nas ścigali?"

"Nie wiem, ale mi się to nie podoba," powiedział mój ojciec. "Wyjeżdżamy i wracamy do domu. Nie zostaję tu ani chwili dłużej."

"Ale musimy wrócić do hotelu, prawda?" zapytałem nerwowo.

"Wszystkie nasze rzeczy są tam."

Mój ojciec pokręcił głową. "Nie, zostawiamy wszystko. Im mniej ma do śledzenia was, tym lepiej."

"Ale tato, mój szkicownik..."

"To tylko sto stron związanych papierem," powiedział.

"Kupię ci nowy, jeśli będzie trzeba."

Spojrzałem na Mady, która się skrzywiła. Tylko ona rozumiała, co ten szkicownik dla mnie znaczył. Nie powiedziałem już nic, opierając mokrą głowę o okno i patrząc, jak miasto mija nas.

Chociaż cieszyłem się, że jesteśmy bezpieczni, nie mogłem pozbyć się uczucia, że zostawiłem w Las Vegas coś znacznie cenniejszego niż bagaż.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział