Sto pięćdziesiąt jeden

Powietrze zmiękło od zachodu słońca.

Zniknęło nieustępliwe gorąco Florydy, zastąpione przez słony wiatr, który rozwiewał włosy i owijał się wokół kostek jak szept. Wyszłam boso na dziób jachtu, pokład pod moimi stopami wciąż ciepły od dziennego słońca. Niebo nad nami było jak akwarela - miękkie fiol...

Zaloguj się i kontynuuj czytanie