Sto osiemdziesiąt sześć

Dom był cichszy niż kiedykolwiek go znałam. Moje ramię bolało, ale to nic w porównaniu z bólem w piersi. To nie był tylko smutek – to było rozdarcie, oderwanie się jedynej kotwicy, która zawsze trzymała mnie na ziemi, bez względu na to, jak burzliwe było życie.

James zaniósł mnie na górę bez pytani...

Zaloguj się i kontynuuj czytanie