Dwieście dziewięćdziesiąt

Dni zaczęły się rozciągać, długie i nierówne, wypełnione cieniami, których nie mogłam się pozbyć. To już nie była gala firmowa, ani ciepłe słowa dumnego dziadka Jamesa – to była Victoria, unosząca się wszędzie jak burzowa chmura, która nie chciała odejść.

Ostatnio rozwinęła nowy nawyk: zapominalstw...

Zaloguj się i kontynuuj czytanie