Dwieście dziewięćdziesiąt siedem

Gdy wszyscy siedzieliśmy w gabinecie, zdałem sobie sprawę, że jest zimniej niż zwykle, choć ciężkie zasłony były zasunięte, a w kominku palił się niski ogień. Usiadłem na skraju jednego ze skórzanych foteli, dłonie płasko przyciśnięte do kolan, serce bijące jak bęben w mojej piersi. Oddychałem płytk...

Zaloguj się i kontynuuj czytanie